Goździkowa wyspa

Zanzibar to zupełnie inny świat niż reszta Tanzanii. Sprawił to dominujący tutaj islam wprowadzony przed wiekami przez Arabów, którzy jako pierwsi skolonizowali wyspę

- Zanzibar karibu! - Witamy na Zanzibarze! - mówi przy zejściu z promu urzędnik wbijający mi do paszportu pieczątkę wjazdową. Pieczątka podkreśla, że choć to niby terytorium Tanzanii, i tak jak kontynentalnej części tego kraju, tu też używa się tanzańskich szylingów, a językiem urzędowym jest suahili, to jednak położona na Oceanie Indyjskim wyspa ma zagwarantowaną administracyjną autonomię.

Wyspa Zanzibar (albo inaczej Unguja) nie jest zbyt duża (110 km długości, 40 km szerokości), ale ze względu na nie najlepszy system dróg nie wszędzie da się szybko i łatwo dojechać. W tej sytuacji bazą wypadową staje się dla mnie Zanzibar miasto - stolica wyspy, choć miłośnikom plaż można chyba polecić od razu znalezienie czegoś na prowincji.

Po nocy w hotelu przypominającym z zewnątrz pałac (wewnątrz bynajmniej nie) i śniadaniu na tarasie na dachu (główne danie - świeża papaja) postanawiam wykupić standardową tu wycieczkę "przyprawową". Dołączam do grona turystów z różnych krajów i przez pół dnia mikrobusem objeżdżamy plantacje egzotycznych dla nas roślin. Zanzibar słynie z przypraw, choć większość upraw została tu wprowadzona sztucznie. Już w XIX wieku stąd właśnie pochodziło ponad 90 proc. używanych na świecie goździków (mowa o nasionach drzew goździkowców), a i teraz wyspa jest głównym potentatem w tej dziedzinie.

Nasz przewodnik co chwila coś nam pokazuje: - Tak rośnie wanilia - to pasożyt owijający się na innych roślinach. A to kardamon... Chwilę potem mamy imbir, cynamon, gałkę muszkatołową, drzewo chlebowe, próbujemy śmiesznie wyglądających rambutanów i śmierdzących durianów. W cenie wycieczki (8 dol. za pół dnia) jest nawet obiad - siadamy na rozłożonych na ziemi matach i zajadamy się rybą z sosem kokosowym, z dodatkiem ryżu oraz kasawy. Na deser - oczywiście owoce. W ramach sjesty - wypoczynek na plaży o jakże sympatycznej nazwie Bububu.

Popołudnie spędzam, klucząc uliczkami Kamiennego Miasta, jak mówi się o starówce w Zanzibar City. Uliczki są na tyle wąskie, że nie ma mowy o ruchu samochodowym. To prawdziwy labirynt - gubię się kilkakrotnie, ale nie jest to żaden problem, bo wcześniej czy później i tak dochodzi się do morza. Tu gdzie teraz stoi anglikańska katedra (chrześcijanie to zaledwie 1 proc. milionowej społeczności Zanzibaru), był kiedyś targ niewolników. Cóż, Zanzibar był kiedyś głównym wschodnioafrykańskim portem wywozowym pojmanych nieszczęśników (a także kości słoniowej). Jeszcze w XIX wieku każdego roku przewijało się przez niego w ciągu roku 10-30 tys. niewolników. Dopiero w XX wieku sprawujący protektorat nad wyspą Brytyjczycy położyli kres handlowaniu żywym towarem.

Islamskie zwyczaje

Zadziwiający jest miks kulturowy, jaki spotyka się na Zanzibarze. Wpływy afrykańskie (w końcu do Czarnego Lądu jest stąd zaledwie 40 km) mieszają się z arabskimi, perskimi, hinduskimi... Turystom na ogół się tu podoba. Rozlegające się z minaretów strofy ezanów (wezwania do modlitwy), zasłonięte kobiety, pisane po arabsku wersety Koranu dają powiew Orientu, no, a poza tym w przeciwieństwie do Tanzanii "właściwej" na Zanzibarze jest dużo bezpieczniej (nawet nocne spacery nie stanowią problemu). W ogóle turyści traktowani są bardzo przyjaźnie, oczywiście pod warunkiem, że nie łamią obowiązujących norm (np. nie chodzą zbyt roznegliżowani, nie nadużywają alkoholu, podczas ramadanu w miejscach publicznych nie obnoszą się z jedzeniem, piciem i paleniem itp.).

Uwaga na drzwi

Pierwszym Europejczykiem, który dotarł na Zanzibar, był Vasco da Gama - trafił tu w roku 1499 w drodze do Indii. Wśród wielu misjonarzy i podróżników, którzy się tu później zatrzymywali, należy wymienić słynnego Szkota Davida Livingstona - w 1866 roku w mieście Zanzibar przez trzy miesiące przygotowywał się do wyprawy w poszukiwaniu źródeł Nilu (jak się okazało, była to jego ostatnia wyprawa). Ale akurat Livingstonowi chyba nie za bardzo się tu podobało (do tej pory można oglądać jego dom), bowiem w swoich notatkach zapisał: "Smród jest tu nie do zniesienia. Słuszniej byłoby nazywać to miejsce "Stinkbar" niż Zanzibar" (od ang. "stink", czyli "smród").

Obecnie nadal sterylnie tu może nie jest, ale nie ma też powodów do specjalnej krytyki. To, że zanzibarskie Kamienne Miasto od 200 lat w zasadzie się nie zmienia, to dla szukających egzotyki turystów akurat plus. W starych, często rozlatujących się już budynkach urokliwe są nawet drobiazgi - ażurowe balkoniki czy fantastycznie rzeźbione drzwi. Kiedyś, zgodnie z miejscową tradycją, właśnie od drzwi zaczynano budowę nowego domu. Przywiązywano do nich dużą wagę, bowiem ich wielkość i zdobnictwo świadczyły o pozycji społecznej i majątkowej gospodarza. Na wielu drzwiach można zobaczyć mosiężne ćwieki - to zwyczaj przejęty od Hindusów, którzy w swoich rodzinnych Indiach zabezpieczali się w ten sposób przed kopnięciami słoni.

Imprezowe wieczory

Najbardziej reprezentacyjna część miasta Zanzibar to nabrzeże w okolicach portu. Tam właśnie znajduje się Stary Fort - XVIII-wieczny bastion będący teraz centrum kulturalnym, w którym czasami można posłuchać tradycyjnej miejscowej muzyki zwanej taarab (na marginesie warto wiedzieć, że na Zanzibarze urodził się nieżyjący już wokalista zespołu Queen Freddie Mercury). Obok fortu stoi były pałac sułtański zwany Domem Cudów. Potężnych drzwi wejściowych strzegą rzeźbione symbole władzy: sępy, węże i lwy (te ostatnie nigdy na Zanzibarze niewystępujące). Oczywiście sułtan miał kilka rezydencji - na obrzeżach stolicy można zobaczyć pozostałości pałacu Maruhubi zniszczonego w roku 1899 w efekcie pożaru. Jak wieść gminna niesie, ogień podłożyła jedna z sułtańskich żon zazdrosna o którąś z 99 zamieszkujących tu nałożnic władcy. O tym, jak wyglądało życie sułtanów (dynastię sułtańską zdetronizowano dopiero w 1964 roku), możemy zobaczyć w muzeum pałacowym.

W ciągu dnia po reprezentacyjnym nabrzeżu przechadzają się głównie turyści, wieczorem, kiedy robi się przyjemnie chłodno, przeważają miejscowi. Na przenośnych grillach zaczynają skwierczeć pieczone szaszłyki i owoce morza (najtańsze w mieście miejsce na całkiem dobrą kolację), można pogadać ze znajomymi, ubić interesy. Na ogół przychodzą mężczyźni. A co robią kobiety? Zwyczajowo ich miejsce jest w domu, choć od czasu do czasu i one lubią się zabawić. Przekonuję się o tym, trafiając przypadkowo na wesele. W wielkiej sali są same kobiety - jedynym wyjątkiem jest chłopak fotograf. Przypatruję się towarzyszkom - ich wzorem na dzień dobry zdejmuję buty, po czym siadam na rozłożonych na podłodze dywanach. Wystrojone dziewczyny od razu próbują ze mną rozmawiać, któraś przynosi kawę, inna - ciastka. W końcu wyciągają mnie do tańca przypominającego chodzenie w kółko gęsiego w rytm arabskiej muzyki. Wszyscy bawią się świetnie - poza panną młodą, która siedzi cały czas niemal bez ruchu. Pana młodego nie ma - pojawia się dopiero na końcu, tuż przed północą. Jego wejście to sygnał do... zakończenia imprezy. Mam wrażenie, ze jestem jedyną osobą, która składa im życzenia.

Jak delfin w wodzie

- Musisz się wybrać na pływanie z delfinami - któregoś dnia przy wieczornym piwie radzą mi poznani Niemcy. Nie zastanawiam się długo - następnego poranka wykupuję kolejną wycieczkę (na ogół nie przepadam za tak zorganizowanymi formami zwiedzania, ale na Zanzibarze to jedyne słuszne wyjście) i z samego rana wyjeżdżam do położonego na południowym krańcu wyspy Kizimkazi. Miejsce urocze - turkusowa woda, plaża z białym niemal piaskiem, na brzegu dające cień palmy. Przy brzegu stoją tradycyjne łodzie rybackie. Tajniki ich budowy przekazywane są tu z ojca na syna. Stateczność wąskiego kadłuba podnoszą dwa boczne pływaki, napęd stanowi wielki ukośny żagiel.

Chętnych do pływania z delfinami z gatunku butelkonosych jest sporo. Wypływamy na kilku łodziach o jakże dźwięcznych nazwach - "Jumbo", "Rambo" etc. Obsługujący je czarnoskórzy chłopcy co jakiś czas gwiżdżą - w ten sposób nawołują delfiny. Te wreszcie się pojawiają. Zakładamy płetwy, maski i wskakujemy do wody. Delfiny jednak wcale nie chcą się z nami bratać - odpływają, a my zawiedzeni gramolimy się z powrotem do łodzi. - Pływając, musicie śpiewać, mruczeć, wydawać jakieś dźwięki - pouczają miejscowi. Faktycznie - działa! Następnym razem delfiny są już bardziej śmiałe. Widzimy je pod wodą jakieś dwa-trzy metry od nas, choć oczywiście o ich dotykaniu nie ma mowy.

Po dwóch godzinach kończymy delfinowe safari, ale mamy jeszcze czas na nurkowanie na rafach. Największe moje zainteresowanie budzi morski wąż - same rafy nie są w tym rejonie wyjątkowe. - Lepsze są na północy wyspy - słyszę od kapitana łodzi.

Małpy, żółwie i bazary

Wycieczka na delfiny to dobra okazja, by zwiedzić południe Zanzibaru. W samym Kizimkazi można przystanąć przy najstarszym na wyspie meczecie (z VIII w.), a już na pewno warto zatrzymać się w lesie Jozani. Kiedyś taki tropikalny las porastał całą wyspę, teraz ostała się jedynie jego 10-hektarowa resztka chroniona jako rezerwat. Najważniejszymi mieszkańcami są tu małpy z uznawanego za tutejszy endemit gatunku czerwonych kolobusów. - Proszę nie podchodzić do małp bliżej niż na trzy metry - upomina strażnik. Ma rację - chodzi zarówno o bezpieczeństwo ludzi (zwierzaki mogą zaatakować), jak i małp (mogą złapać ludzkie choroby).

Inną zwierzęcą ciekawostką są ogromne żółwie, tak naprawdę rodem z Seszeli, które możemy zobaczyć na tzw. Wyspie Więziennej (przeprawimy się na nią z portu w mieście Zanzibar, wynajmując tradycyjne łodzie zwane dhow). Zgodnie z nazwą wyspy kiedyś faktycznie było tam więzienie, a obecnie to świetne miejsce na relaks po intensywnym zwiedzaniu. Ja przypływam tam na ostatni na Zanzibarze zachód słońca. Zanim jednak opuszczę wyspę, odwiedzam jeszcze tutejszy bazar i kupuję zestaw przypraw. Są wśród nich oczywiście goździki.

Informacje praktyczne:

Jak dotrzeć:

z Europy można dolecieć do położonego na tanzańskim wybrzeżu Dar es Saalaam, gdzie przesiadamy się na samolot lub prom. Najszybszy prom katamaran płynie na Zanzibar 1,5 godz. i to z niego zwykle korzystają turyści (bilet - 35 dol.). Najtańszy jest płynący 8 godz. prom dla miejscowych (15 dol.), który mnie się dużo bardziej podobał niż katamaran, ale rejs na nim wymaga dużej odporności na zapachy, tłok i hałas.

Wiza:

trzeba mieć wizę tanzańską (20 dol.)

Zdrowie:

wymagane jest wbite do tzw. żółtej książeczki szczepienie przeciw żółtej febrze. Istnieje zagrożenie malarią.

Waluta:

obowiązują szylingi tanzańskie; 1 dol. = ok.900 szylingów

Ceny (w szylingach):

nocleg w najtańszym hotelu - 8 tys., półdniowa wycieczka "szlakiem przypraw" - 8 tys., wycieczka z miasta Zanzibar na oglądanie delfinów - 10 tys. Ogólnie w stosunku do Tanzanii kontynentalnej na Zanzibarze ceny są wyższe.

Więcej o: