Młodzi na "Starym"

Już niedługo, 29 września, w Szczecinie będziemy witać wracający z rocznego rejsu dookoła Ameryki Południowej jacht "Stary". Relacje z tropikalnych etapów wyprawy już zamieszczaliśmy. Dziś o tym, jak było na najtrudniejszym etapie, podczas którego młoda załoga ze Śląskiego Yacht Clubu (większość, włącznie z kapitanem, to zaledwie 21-latkowie) opłynęła przylądek Horn i jako pierwszy polski jacht dotarła do polskiej stacji antarktycznej na Wyspie Króla Jerzego...

Jaki moim zdaniem był najtrudniejszy moment tego rejsu? Wcale nie sztormy, kilkunastometrowe fale i spotkania z groźnymi górami lodowymi, ale - pożegnanie z rodziną. Każdy z nas wiedział, że ryzyko tym razem było naprawdę duże i po prostu mogliśmy się już nigdy nie zobaczyć...

Dom na fali

Kiedy dołączam do załogi na dwumiesięczny etap "hornowy", chłopcy są już po sześciu miesiącach wspólnego żeglowania. Widać, że tęsknią za urokami lądowego życia, ale nie mamy czasu - trzeba jak najszybciej wykonać niezbędne naprawy i wracać na Ocean. Najlepszym okresem do zmierzenia się z budzącym respekt i grozę Hornem jest styczeń-luty. My mamy spóźnienie - będziemy tam dopiero pod koniec marca. Wiemy, że każdy dzień zwiększa ryzyko, na dodatek popsuł się nasz telefon satelitarny, co oznacza, że oprócz UKF o bardzo małym zasięgu nie mamy żadnego środka komunikacji.

Tuż za główkami portu w Valparaiso kapitan (Jacek Wacławski, student medycyny) wznosi rumem tradycyjny toast - pierwszy kieliszek nalany z mocną górką idzie za burtę. To dla Neptuna, żeby był łaskawy.

Następny planowany port to już Falklandy. Kiedy tam dotrzemy? Może za miesiąc, a może za dwa... Na morzu trudno coś planować. Jedzenia i wody przy ich restrykcyjnym racjonowaniu starczy nam na jakieś 75 dni. Według GPS do polskiej stacji polarnej na Wyspie Króla Jerzego mamy ok. 2,6 tys. Mm, czyli 4,8 tys. km. Jeśli zrezygnujemy z antarktycznych planów, będzie krócej. Tak czy owak - kawał drogi.

Nasz jacht na oceanie wygląda jak maleńka łupinka. Należący do AZS Szczecin "Stary" ma niespełna 14 metrów długości i 80 m kw. żagli. Ciasny, bynajmniej nieluksusowy, ale to przecież nasz kiwający się na fali dom. Żyjemy w nim wszyscy razem, skazani na swój wzajemny widok przez 24 godziny na dobę. Tu nie można zamknąć się w pokoju, bo nie ma żadnych pokoi, a raczej - kajut. Na dłuższą metę to męczy, ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.

Wywrotka? Wszystko możliwe!

Na dobry początek odchodzimy daleko (ok. 900 km) od brzegu - musimy ominąć Prąd Humboldta. Od tej pory aż do Falklandów nie spotykamy już żadnych statków ani jachtów, nie dostajemy żadnych wiadomości ze świata. Nie wiemy nic o wojnie w Iraku, że szaleje SARS, nie wiemy, co dzieje się w naszych domach.

Obszary na 30-tych równoleżnikach to strefy względnej ciszy. Jest przyjemnie, można się opalać. Ale im dalej na południe, tym zimniej (powiew Antarktydy) i coraz mocniej wieje. Nazwy "ryczące czterdziestki" oraz "wyjące pięćdziesiątki" mówią same za siebie.

Na jachcie szybko traci się rachubę dni. Żyje się rytmem wacht, które trzymamy podzieleni na dwójki. Rotacyjnie, przez całą dobę. Jeśli dziś masz tzw. świtówkę (wachtę od godz. 4 rano do 8), to jutro czeka "psiak" (od północy do godz. 4 rano). Po trzech dniach rotacyjnych wacht na pokładzie (sterowanie, praca przy żaglach, prowadzenie nawigacji itp.) wypada dzień kambuza, czyli kucharzenie.

Na razie płynie się całkiem miło - w dzień świeci słońce, w nocy na rozgwieżdżonym niebie wyszukujemy Krzyż Południa, Skorpiona, Oriona i inne gwiazdozbiory. Towarzyszą nam ptaki, spotykamy też wieloryby i stado orek.

Nadchodzi pierwszy sztorm. Mimo zarefowanego grota idziemy w ostrym przechyle, na pokład co i rusz wchodzą fale. Jacek zarządza obowiązek zakładania przed wyjściem na pokład szelek asekuracyjnych - za pomocą ich długich "wąsów" można przypiąć się do przeciągniętej wzdłuż pokładu "lifeliny". Każdy z nas dobrze wie, że wypadnięcie za burtę to praktycznie jednoznaczny wyrok. W dzień jeszcze można próbować nieszczęśnika wyłowić, w nocy czy podczas sztormu - nie ma praktycznie szans. Zresztą w antarktycznych wodach i tak można przeżyć zaledwie kilka minut - ginie się z przechłodzenia.

Tak jak i reszta załogi zaliczam obowiązkową lekturę - książki o technikach sztormowania. Często rozmawiamy na temat wywrotki. To bardzo prawdopodobne - wiele jachtów pływających na tych akwenach miało tego typu przypadki. Teoretycznie jacht powinien się sam postawić - o ile okaże się wystarczająco szczelny. OK, ale jak długo będzie się stawiał? Co w takiej sytuacji stanie się z tymi, którzy będą na pokładzie?

Niebezpieczeństwo śmierci

Mijają dni... Coraz bardziej stresuje nas ta zbyt dobra jak na te rejony pogoda. Każdy dzień kończymy ze świadomością, że jeszcze tym razem nam się udało, ale tak przecież ciągle być nie może. Gdzieś jednak niż nas dopadnie, a niż to przecież nieuchronny sztorm...

Aż nagle - dostajemy dawkę niezłego stresu. Rano przychodzi komunikat pogodowy - niestety, tylko w wersji hiszpańskojęzycznej. Nie wszystko rozumiemy - ostrzeżenie o bardzo silnych wiatrach jest jasne, potem jednak następuje zagmatwana treść i - na końcu - słowa, które nas zmroziły: "Peligro del muerte" ("Niebezpieczeństwo śmierci"). Cóż, niewesoła perspektywa. Mijają minuty, w ciągu których trochę częściej niż zwykle spoglądamy na barometr, obserwujemy chmury, morze... W końcu ktoś nie wytrzymuje i z pomocą słownika słowo po słowie wszystko tłumaczy. I co się okazuje? Owszem, sztormy sztormami, ale co najważniejsze: "(...) Łowienie małży w rejonie 40 równoleżnika jest zabronione, bowiem ich spożywanie może grozić śmiercią"... Uff!

Podstawą - suchary

Nadchodzi moment, że Czterdziestki pokazują swoje normalne oblicze. Wieje ósemka [8 w skali Beauforta], wariometr, którym mierzymy wysokość fali wskazuje 10 metrów. Wygląda to przerażająco - po prostu gonią nas góry wody!

Pod pokładem sztormowy bałagan. Cała mesa zawieszone są suszącymi się sztormiakami i ciuchami, na podłodze zaś leżą zdjęte mokre żagle. Wszędzie czuć wilgoć, nic nie schnie, większość z nas ma mokre koje.

Po przekroczeniu 50 stopnia szerokości geograficznej południowej na wachty wychodzimy w pojedynkę - dłużej niż godzinę nie da się na pokładzie wysiedzieć. Jedna osoba steruje, druga grzeje się w kabinie nawigacyjnej i od czasu do czasu robi gorącą herbatę.

Skończył się chleb. I tak jakoś długo go mieliśmy, choć przez ostatnie dni było już czuć (i widać) pleśń. Od tej pory podstawą śniadań i kolacji są suchary. O owocach i warzywach dawno już zapomnieliśmy. Została jedynie cebula - faszerujemy się nią do bólu, podobnie jak czosnkiem. Chyba straciliśmy wrażliwość na zapachy...

Jedzenie jest proste - z puszek, torebek - szybkie dania, które nie wymagają długiego gotowania (oszczędność gazu), no i łatwo je przyrządzić nawet w dużym przechyle. Największym powodzeniem cieszy się ryż z owocami z puszki. Wprawdzie Jacek znalazł w ryżu robaka, ale nikt się specjalnie tym nie przejął. Trochę białka nie zaszkodzi, tym bardziej że z braku lodówki jedyne mięso, jakie mamy w niepuszkowej postaci, to obślizgłe i kwaśne parówki. Moim kobiecym zdaniem są one po prostu zepsute, ale chłopcy zalewają je masą keczupu i twierdzą, że da się zjeść...

Horn na trawersie

26 marca GPS wskazuje 56 stopień. Od Valparaiso przepłynęliśmy już 2065 mil (3824 km). Ciągle mamy ptasią obstawę. Teraz są to petrele. Wcześniej myliliśmy je z albatrosami, ale teraz staliśmy się już ekspertami w ich rozpoznawaniu.

Odkąd zrobiło się zimno, dużo czasu zajmuje ubieranie. W końcu standardem ubraniowym staje się dla mnie zestaw - koszulka, dwa polary, sweter góralski z owczej wełny, na to kurtka narciarska (także podszyta polarem) i sztormiak. Do tego polarowa czapka, kaptur, narciarskie gogle (niezastąpione, gdy dostaje się falą w twarz), rękawiczki wełniane i na to jeszcze jedne - "hybrydy", czyli grube, gumowe, zupełnie nieprzemakalne. Utrudnieniem przy ubieraniu jest fala - kiedy człowiek rzuca na wszystkie strony, trzeba naprawdę się nagimnastykować, by celując w nogawkę lub rękaw - nie stracić równowagi.

Południk Hornu przecinamy 29 marca o godz. 8.14. Żegnamy tym samym Pacyfik i wracamy na Atlantyk. Jesteśmy pośrodku Cieśniny Drake'a, nie ma żadnych statków, tylko morze i morze. Skał Hornu nie widzimy - są one ponad 200 mil od nas, ale to przecież nie jest ważne. Radość jest ogromna - ściskamy się, całujemy i wypijamy schowanego na tę okazję szampana. Od razu też korzystamy z przysługującego nam od tej pory przywileju, czyli zaczynamy gwizdać (zgodnie z etykietą żeglarską gwizdać na jachcie mogą wyłącznie ci, którzy opłynęli Horn). Za burtę lecą pieniążki - może jeszcze tu wrócimy?

Kawałek Polski na końcu świata

Po 25 dniach płynięcia widzimy pierwszy ląd. Potężne, ośnieżone szczyty to antarktyczna Wyspa Smitha. Zaczyna padać śnieg - pokład jest biały.

Następnego dnia ok. południa wpływamy do zalanego przez morze krateru wyspy Deception. Kiedyś była tu baza wielorybnicza - teraz pozostały po niej puste budynki. Ludzi nie ma, za to jest mnóstwo śmiesznych pingwinów oraz foki.

Wkrótce spotykamy pierwszą górę lodową. Jest ogromna, aż trudno uwierzyć, że tylko jedna dziewiąta takiego kolosa wystaje nad wodę. Boimy się nocy - nie chcemy podzielić losu "Titanica". Na dodatek wzmaga się wiatr - w nocy siła wiatru osiąga w porywach 10-11 stopni w skali Beauforta. W takich dość trudnych warunkach pogodowych wpływamy nad ranem w Zatokę Admiralicji. Kiedy rano przez UKF łączymy się z polską stacją im. H. Arctowskiego, informując, że do niej płyniemy, nie słyszymy okrzyków entuzjazmu. Tak jakby codziennie dobijały tam polskie jachty. Potem okazuje się, że z okazji 1 kwietnia nasz komunikat uznano za... primaaprilisowy żart jednego z polarników, nadawany przez niego - jak przypuszczano - z łazienki. Dopiero gdy zakotwiczyliśmy niemal pod oknami stacji, polarnicy uwierzyli, że faktycznie ktoś ich na tym pustkowiu odwiedził.

Jak fajnie zejść na stały ląd! Pierwsze kroki są chwiejne, niepewne, trochę kręci nam się w głowie. Polarnicy zapraszają na obiad. Nigdy nie myśleliśmy, że można tak się cieszyć chlebem (na stacji jest on wypiekany), że zupa czy mizeria (ogórki miejscowe - ze szklarni) mogą tak smakować. No i wreszcie jest ciepło - bardzo nam tego brakowało. Jednak najważniejsze jest to, że wreszcie możemy skontaktować się z rodzinami. Miło powiedzieć: -Cześć Mamo! Dzwonię z Antarktydy...

Jako jedyna dziewczyna w załodze dostaję specjalny przywilej - nie muszę wracać na noc na jacht - koledzy zwalniają mnie z wacht kotwicznych (siła wiatru osiąga 10 w skali Beauforta; kotwica w nocy puszcza kilka razy, więc na pokładzie stale musi być jakaś silna ekipa). Nocuję w stacji, w normalnym łóżku, w czystej i suchej pościeli, a wcześniej - przez pół godziny moczę się pod prysznicem. Nigdy nie myślałam, że takie niby-normalne rzeczy mogą tak cieszyć...

Sztorm idzie!

Dwa dni na Arctowskim wykorzystujemy na zwiedzanie stacji, zdobywanie okolicznych gór, podpatrywanie uroczych pingwinów i uchatek. Poza tym jak to miło pogadać wreszcie z kimś spoza załogi, i to po polsku. Ekipa Arctowskiego to naprawdę fantastyczni ludzie, ale tym lepiej się wzajemnie rozumiemy, że żyjemy w podobnych warunkach - długi czas daleko od domu, zdani sami na siebie, na małej przestrzeni. Tyle że oni przynajmniej mogą pójść na spacer, my na upartego możemy zrobić po pokładzie kilka metrów.

Niestety, pora w morze. Znowu wróciły sztormiaki, przelewające się przez pokład fale, refowanie grota, zarwane noce, stresowanie się górami lodowymi.

Naprawdę w kość dostajemy tuż przed Falklandami. W dzień była regularna ósemka, ok. godz. 22 osiągamy 11 w skali Beauforta. Apogeum sztormu wypada akurat na mojej i Mateusza wachcie. Wariometrem mierzymy wysokość fal - wskaźnik pokazuje 16 metrów. Ocean ryczy, dookoła kłębi się spieniona woda. Sterowanie wymaga ogromnego wysiłku - już po 5 minutach kręcenia kołem jestem kompletnie mokra (na równi od potu i od wchodzących na pokład fal). Staram się sterować szczególnie uważnie, bo wiem, że każdy błąd może kosztować nas bardzo dużo, włącznie z wywrotką. W pewnym momencie siedzący obok mnie Mateusz, bardzo doświadczony i odważny żeglarz, ogląda się do tyłu i... przeraźliwie krzyczy. Chwilę potem zalewa nas masa wody, aż przy włazie zejściówki pokazuje się twarz Jacka kapitana sprawdzającego, czy nic nam się nie stało. Przypomina mi się, jak zaraz po wypłynięciu z Valparaiso w trakcie rozmowy o tym, czego się najbardziej na tym rejsie boimy, Mateusz odpowiedział: "Sztormu w nocy". I wykrakał...

Pływałam podczas sztormu wiele razy, raz u wybrzeży Japonii zaliczyłam też tajfun, ale sztorm przy Falklandach najbardziej dał mi w kość. Zmęczona padam w koję i w ubraniu zasypiam. A kiedy się rano budzę - widać już brzeg Falklandów. Przez chmury usiłuje przebić się słońce, wiatr zelżał. Zbliża się pierwszy po 40 dniach żeglowania i 3522 milach (6522 km) żeglugi prawdziwy port - sklepy, samochody, puby, internet, aktualne gazety... Nareszcie... Jednak z drugiej strony szkoda, bo dla mnie oznacza to koniec tego rejsu. Wiem dobrze, że choć żeglując, nieraz przeklina się morze, będąc na lądzie paradoksalnie ciągle się do niego tęskni.

Więcej o: