Pamukkale: niezwykłe wapienne tarasy

Nie ma na świecie takiego drugiego miejsca. Nic dziwnego, że wapienne tarasy wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO

Już z daleka widać białe wzgórze. Wygląda jak góra rzuconych na stok kłaczków waty, albo raczej - powszechnie uprawianej w tych okolicach bawełny. Stąd zresztą nazwa tego miejsca - Pamukkale, czyli Bawełniany Zamek ("pamuk" to po turecku bawełna, "kale" - zamek). Jednak z daleka nie widać, że nie jest to zwykłe wzgórze. Tworzące je wapienne tarasy przypominające fantastyczne, jakby zamrożone kaskady stanowią jedyny w swoim rodzaju cud natury, który na pewno warto zobaczyć, gdy jesteśmy w Turcji.

Kiedyś wszystkie tarasy wypełniała woda, i to na dodatek - mineralna, wydobywająca się z tutejszych gorących źródeł. Niestety, wszystko popsuli ludzie i to całkiem niedawno - zamiast zasilać tarasy, woda ciekła głównie do basenów okolicznych hoteli. Na szczęście w porę zorientowano się w sytuacji - wybudowane na szczycie wzgórza hotele w większości konsekwentnie wyburzono, wapienne skały zaś oczyszczono z glonów, ponownie wypełniono wodą i dziś znowu stanowią tło do przepięknych zdjęć.

Uzdrawiającą moc termalnej wody doceniono już w starożytności. Zresztą nie tylko uzdrawiającą - także - upiększającą. Do tej pory miejscowi przewodnicy chętnie opowiadają o żyjącej wieki temu dziewczynie, której daleki od ideału wygląd skutecznie uniemożliwiał zamążpójście. Zakompleksione dziewczę postanowiło popełnić samobójstwo, rzucając się z wapiennych skał. Zgromadzona w tarasach woda złagodziła upadek i w efekcie nieprzytomną niewiastę znalazł wracający z polowania książę. Długie godziny spędzone w wodzie dały niezwykły efekt: brzydula zamieniła się w piękność, w której - jak się można tego było spodziewać - książę zakochał się od pierwszego wejrzenia.

Jednak nie same trawertynowe tarasy warto obejrzeć w Pamukkale. Nie mniej ciekawe są okoliczne ruiny - pozostałości powstałego w II wieku p.n.e. uzdrowiska. Było nim Hierapolis - miasto dedykowane kobiecie o imieniu Hiera, żonie legendarnego założyciela królestwa Pergamonu obejmującego również i te tereny.

Trzeba chronić

Dawniej po wapiennych tarasach Pamukkale turyści mogli spacerować jak chcieli, podchodząc blisko do rzeźbionych przez naturę już od ponad 14 tys. lat stalaktytów i stalagmitów. Dozwolone były także kąpiele - muł pokrywający dno naturalnych basenów dobrze ponoć robi na choroby skóry, woda zaś - na oczy, choroby krążenia, nerwice i inne dolegliwości. Potem, w ramach ochrony tego cudu natury, pojawił się pomysł całkowitego zamknięcia tarasów - miała powstać kolejka linowa, z wagoników której oglądałoby się okolicę. Ostatecznie skończyło się na utworzeniu parku narodowego i wyznaczeniu szlaku spacerowego - przed wejściem na niego należy zdjąć buty, a dzięki czujnym strażnikom o żadnym zboczeniu poza ścieżkę nie ma mowy. Jeśli jednak zależy nam na kąpieli - nic straconego. Możemy to zrobić w pobliskim Świętym Basenie - albo jak kto woli - Basenie Kleopatry znajdującym się w jedynym hotelu, jaki się ostał, tuż przy parkingach (dokładnie: Motel Pamukkale). Prawo wstępu ma tu każdy, a choć przyjemność kąpieli kosztuje kilka dolarów, to dobrze jest skorzystać, bo podobno ma to wpływ odmładzający. Wejść i popatrzeć także warto, jako że otoczony krzewami oleandrów basen wygląda bardzo urokliwie, a co najważniejsze - zatopiono w nim doskonale widoczne w czystej wodzie autentyczne starożytne kolumny.

Spacer między grobowcami

Niegdyś Hierapolis było potężną metropolią, czego dowodzi m.in. okazały antyczny teatr na 20 tys. miejsc. Swoistą ciekawostką jest Plutonium - jak dawnej wierzono - miejsce związane z bogiem śmierci i świata podziemnego - Plutonem. Z głębokiej dziury w ziemi od wieków wydobywały się trujące gazy. Zaganiano tu ofiarne zwierzęta. Wszystko jedno, czy były to byki, czy ptaki - szybko padały martwe. Jedynie kapłani strzegący tego miejsca byli rzekomo odporni na śmiercionośne opary (w rzeczywistości - umiejętnie oddychali). Gaz nadal się wydobywa, lepiej więc nie nachylać się nad przykrytą kratą dziurą i nie sprawdzać, czy mamy predyspozycje do bycia pogańskim kapłanem.

To, co jednak najbardziej wyróżnia ruiny Hierapolis od wielu innych pozostałości antycznych (w Turcji tego typu miejsc jest wyjątkowo dużo), to najlepiej zachowana i największa w całej Anatolii nekropolia. Jak na razie odsłonięto tylko część grobowców. W sumie jest ich ok. 1200, a ciągną się wzdłuż głównej szosy na przestrzeni około 2 km. Po rodzaju grobowca możemy domyślać się, kiedy go wybudowano i kto został w nim pochowany. Znajdziemy tu i okrągłe kurhany, i imponujące mauzolea, najwięcej jednak jest typowych sarkofagów. Dla chrześcijan szczególnie ważny (choć trudno dostępny ze względu na odległość od głównej drogi i konieczność wspinania się pod górę) jest grób świętego Filipa - apostoła, ukamienowanego tu w I wieku n.e. Oktagonalny budynek będący symbolicznym grobowcem wystawiono w miejscu, gdzie do tego doszło, dopiero w V wieku.

Wycieczki na ogół ograniczają zwiedzanie Hierapolis do krótkiego spaceru wzdłuż głównej drogi. Największe wrażenie robi budynek rzymskiej łaźni z II wieku n.e. wykorzystywanej później jako chrześcijańska bazylika oraz otoczona kolumnami ulica stanowiąca niegdyś "Marszałkowską" antycznego Hierapolis. Jej początek wyznacza imponująca brama Domicjana z potrójnym łukiem, jednak dla turystów dużo ciekawsze od historii bramy są zwykle antyczne... toalety. Był to przybytek tylko dla mężczyzn, którzy traktowali je nie tylko jako miejsce załatwiania potrzeb fizjologicznych, ale także - spotkań ze znajomymi, wymiany informacji itp. W utrzymaniu czystości pomagały biegnące wzdłuż posadzki kanały - jeden odprowadzający ścieki, drugi - doprowadzający czystą wodę

Niestety, nie miało Hierapolis szczęścia. Liczne trzęsienia ziemi nawiedzające ten rejon sprawiły, że w końcu, już w XIV wieku, mieszkańcy opuścili swoje domostwa i wynieśli się. Na nowo zaczęto wykorzystywać te tereny jako uzdrowisko dopiero w XX wieku.

Gwiżdżące koguciki

Jeśli czas nam pozwoli, oprócz białych tarasów warto zobaczyć jeszcze czerwone minitarasy koło pobliskiej wioski Krahayit (ok. 5 km od właściwego Pamukkale). To także termalne źródła, tyle że zawierające związki żelaza. Woda w nich jest zdecydowanie cieplejsza niż ta przy trawertynach (możemy przekonać się o tym, wkładając do niej palec - długo nie wytrzymamy). W przeciwieństwie do tarasów wapiennych, gdzie na powierzchni temperatura wody osiąga ok. 38 stopni, przy tzw. Czerwonych Źródłach jest to już 60 stopni.

Jeśli nie kupiliśmy wcześniej żadnych pamiątek - w Pamukkale na pewno będziemy mieli do tego okazję. Typowy suwenir z tego miejsca to gwiżdżące gliniane koguciki. Jeśli wolimy coś bardziej użytecznego, to warto zastanowić się nad niedrogimi haftowanymi obrusami. Wracając z Pamukkale, w drodze do Denizli, warto też zatrzymać się przy którejś z licznych w tych okolicach fabryk wyrobów bawełnianych. Przy każdej z nich jest też część sklepowa i kolejna okazja do wydawania tureckich lir. Oczywiście, jak to w Turcji, nie zapominajmy o targowaniu - nawet w fabryce nie ma sztywnych cen.

Informacje praktyczne:

Dojazd: Pamukkale znajduje się ok. 20 km od miasta Denizli. Najlepiej jednak przyjechać tu w ramach wycieczki, jakie proponują tureckie biura. Przykładowo - za 2-dniową wycieczkę z nadmorskiej Alanyi zapłacimy ok. 50 dol. (w cenie dojazd, noclegi, śniadanie i obiadokolacja).

Noclegi: Do wyboru mamy albo dość drogie, za to bardzo dobre hotele ok. 2-3 km od tarasów (każdy z nich ma wspaniałe baseny termalne), albo tańsze, za to zdecydowanie mniej komfortowe lokum w mieście Denizli.

Dobre rady: Na miejscu jest punkt informacji turystycznej, w którym możemy zaopatrzyć się w darmowe, ładnie wydane foldery.