Falklandy - wyspy niezgody

Gdybym miała kiedyś zrobić ranking najnudniejszych stolic, pewnie umieściłabym wśród nich Port Stanley - stolicę wysp falklandzkich.

Argentyńczycy nazywają je Islas Malvinas, Brytyjczycy - Falklands Islands. Wielu turystów nie może pojąć, jak można było spowodować wojnę o tak pozornie nieatrakcyjny kawałek lądu. Właściwie Archipelag Falklandzki tworzy ok. 700 wysepek, ale tak naprawdę liczą się tylko dwie - Falkland Wschodni i Zachodni. Z ok. 3000 tutejszych obywateli dwie trzecie mieszka w stolicy - Port Stanley.

Jeszcze przed dopłynięciem jesteśmy rozczarowani ową "metropolią". Czekaliśmy tak długo na ten port, a tu raptem trzy ulice na krzyż, wieje nudą, na dodatek wszystko oplata taka jakaś brytyjska mgła. Gdy już możemy zejść z jachtu, nasze przygnębienie wzrasta - drogo jak diabli. - No i dziewczyny z dotychczasowych portów najbrzydsze - stwierdza jeden z kolegów. Ale tak naprawdę nie jest wcale tak źle. Wkrótce okazuje się, że ludzie tu mili, miasteczko - bezpieczne (spacery w środku nocy po najciemniejszych zaułkach są tu jak najbardziej dozwolone), a sielski spokój też ma swoje dobre strony.

Pingwiny z Ćmielowa

Wpływy brytyjskie widać na Falklandach na każdym kroku. Wszyscy mówią tu po angielsku, obowiązuje lewostronny ruch, a banknoty to funty z wizerunkiem Elżbiety II. Monety bite są na miejscu - uwieczniają miejscowe zwierzaki, m.in. pingwina i słonia morskiego. Banknoty sygnują po części - lokalny bank, po części - brytyjski. Trzeba uważać, opuszczając wyspy - pieniądze z lokalnego banku nigdzie indziej już nam się nie przydadzą - trzeba je wymienić na prawie identycznie wyglądające funty z napisem "Bank of England".

Typowo brytyjskie są także budki telefoniczne. W środku czerwonych kabin wiszą instrukcje obsługi. Napisane są po angielsku oraz... po polsku i rosyjsku! Jak się okazuje, latem przybija tu wiele statków, na których przy połowach kałamarnic pracują marynarze Słowianie. Swoją drogą jest wśród stałych mieszkańców rodzina Polaków, niestety, nie dane mi było ich spotkać.

W Port Stanley nie ma żadnych wysokich budynków. Wszystkie domy są podobne - parterowe, ze względu na rozmaite barwy ścian tworzące kolorową mozaikę. Całe centrum to ok. 200-metrowy odcinek ulicy biegnącej wzdłuż zatoki. Najbardziej rzuca się w oczy masywna anglikańska katedra, koło której stoi oryginalny pomnik, a konkretnie - łuk z żeber wieloryba. Trochę dalej jest kościół katolicki, bank, ratusz (domek jak każdy inny) i posterunek policji. Do tego - kilka sklepów, głównie z pamiątkami. Można kupić w nich kupić przede wszystkim pingwiny. Różne - pluszowe, plastikowe, ale moją uwagę wzbudza taki ceramiczny. Bardzo drogi, ale ładny. Oglądam i oczom nie wierzę - producent Ćmielów. - Tak, to import z Polski - potwierdza sprzedawczyni. -To wy tam nie macie pingwinów? - nie wierzy.

Życie na Falklandach nie jest łatwe. Rozrywek tu nie ma (żadnych kin, teatrów, postawiono jedynie kompleks sportowy z basenem), a do najbliższego przyjaznego lądu kawał drogi (pobliska Argentyna odpada - nie ma z nią żadnych połączeń komunikacyjnych). - Większość młodzieży marzy o wyrwaniu się stąd - opowiada mi Peter - Brytyjczyk, który przyjechał tu na kilka lat pracować jako nauczyciel. Nauczycielami są też często Nowozelandczycy lub Australijczycy. A co do nauki to rząd brytyjski wszystkim chętnym i w miarę zdolnym funduje stypendia na naukę w Wielkiej Brytanii. Opłacona jest nie tylko szkoła, ale wszelkie koszty utrzymania, a nawet kieszonkowe i dwukrotny w ciągu roku przelot między Wielką Brytanią a Europą.

Rozmowy polityczne

Z miejscowymi najłatwiej zbratać się w pubie. Po obrazie niemal wymarłego miasta w ciągu dnia wieczorem aż nie mogę uwierzyć, skąd w lokalu wzięło się tyle ludzi. Inna sprawa, że nie za bardzo mają tu co innego robić.

Na początku nikt nie chce dać się namówić na rozmowy o polityce. Dopiero po którymś piwie języki rozwiązują się. Brytyjczyków z krwi i kości nie pytam o zdanie na temat przynależności wysp - w ich przypadku poglądy są jasne. Prawdziwych autochtonów jest na wyspach ok. 60 proc. - niektórzy są tu już siódmym pokoleniem. Utrzymują się głównie z hodowli owiec, produkcji wełny i ewentualnie z rybołówstwa. Ze względów ekonomicznych lubią Brytyjczyków - to jasne. Ze względów ludzkich - mniej. - Brytyjczycy nazywają nas, prawdziwych mieszkańców wyspy, "Benis". To dla nas obraźliwe - żalą się. Potem, już w samolocie, dowiaduję się, że miejscowi nie są im dłużni - dla nich żołnierze brytyjskiej armii stacjonujący na wyspie (w sumie kolejne 2 tys. osób) to tzw. Łenajsy (złośliwa parafraza ciągłych opowieści żołnierskich zaczynających się od "When I was...", czyli "Kiedy byłem..."). Pytam o Argentyńczyków. Jest tu ich zaledwie kilku, bo teoretycznie obywatele wrogiego państwa nie mają na Falklandy prawa wstępu.

Brytyjczycy zajęli wyspy w 1833 r., ale konflikt między nimi a Argentyńczykami wywiązał się już wcześniej - w XVII wieku. Jak na razie najgroźniejszym momentem był rok 1982, kiedy to doszło do działań wojennych między oboma krajami. Mimo że Argentynie udało się wówczas na kilka dni zająć wyspy, Brytyjczycy wkrótce znowu przejęli je pod swoje władanie. A przy okazji - skąd taka nazwa? W ten sposób uwiecznili XVI-wiecznego skarbnika angielskiej admiralicji - lorda Falklanda.

Statki zatonęły, warahy wyginęły

Od wieków Port Stanley był miejscem, do którego zawijały jachty żeglujące wokół groźnego Przylądka Horn. Wiele z nich było w takim stanie, że nie nadawało się już do remontu. Dziś w zatoce pełno jest smutnie sterczących wraków. Najbardziej podoba mi się trójmasztowiec "Lady Elizabeth" - rozbił się na skałach w 1913 r.

Wśród polecanych w miejscowej informacji turystycznej wycieczek tematycznych oprócz tych szlakiem wraków są wyprawy na pola bitewne związane z wojną z Argentyną. Swoją drogą nadal jest pełno pól minowych, na szczęście tak oznakowanych, że nie było żadnych wypadków związanych z wejściem ludzi na taki obszar. - Nie opłaca się ich rozminowywać - tłumaczą autochtoni. - Ziemi i tak tu jest sporo, więc na razie nie są nam potrzebne nowe tereny. Co bardziej bojowi dodają: - A jak Argentyńczycy zechcą tu kiedyś wrócić, to będzie jak znalazł...

O czasach wojny przypomina ufundowany ze składek społecznych Pomnik Pamięci Wojny uwieczniający ofiary (poległo 255 Brytyjczyków). Na obrzeżach miasta jest też muzeum, którego część poświęcona jest wojnie. Jest w nim m.in. rekonstrukcja okopu i listy pisane przez żołnierzy. Ale oprócz "wojennej" ekspozycji są też w muzeum inne ciekawostki. Np. zdjęcia warraha - krzyżówki lisa i wilka Ostatni osobnik tego dziwnego gatunku zginął w roku 1974.

Pingwin na polu minowym

Tak naprawdę to turyści przylatują na Falklandy głównie dla zwierząt. Główną atrakcją są pingwiny, których kolonie można zobaczyć w różnych rejonach Wyspy Wschodniej, czyli tej, na której położony jest Port Stanley. W sumie rozmnaża się tu regularnie pięć gatunków pingwinów: białorewe, królewskie, magellańskie, złotoczube i długoczube. Oglądamy ich zdjęcia - najbardziej podobają się nam kolorowe pingwiny królewskie. Do nich jednak z Port Stanley jest dość daleko - kilka dni na piechotę, ewentualnie jeśli zorganizujemy sobie terenowy samochód - wypad całodniowy. Chyba że zadowolimy się pospolicie wyglądającymi pingwinami Magellana - te w lecie przesiadują na tzw. Gypsy Cove, zaledwie 6 km od miasta. Niestety, nad tą urokliwą zatoką też są pola minowe, tak więc nie możemy podejść zbyt blisko ptaków. One natomiast nic sobie nie robią z tabliczek ostrzegawczych - są lekkie, dzięki temu nie powodują wybuchów.

Jeśli lubimy trekkingi, to Falklandy są do tego typu wycieczek miejscem wprost wymarzonym. Gęstość zaludnienia wynosząca zaledwie 0,27 osób na km kw. sprawia, że nieczęsto w interiorze (tutaj zwanym "campem") spotkamy ludzi. Ja z kolegami zamiast chodzić, próbujemy złapać "stopa" (nie ma żadnej lokalnej komunikacji poza autobusem między Port Stanley a położonym 35 km dalej lotniskiem). Z zatrzymywaniem samochodów nie ma żadnych problemów, bo miejscowi są bardzo życzliwi. Można też samochód wynająć, choć to już dość kosztowna impreza (50 funtów za dzień plus 200 kaucji). Dróg wprawdzie za dużo nie ma (oprócz nielicznych asfaltówek jest jeszcze trochę terenowych), ale zawsze wycieczka tego typu daje obraz wyspy. A krajobrazy mimo swojej surowości (a może dzięki niej) są dość ciekawe. Bezdrzewne pustkowia, tylko tu i ówdzie urozmaicone jakimś gospodarstwem i stadem pasących się owiec. Jest tu ich tak dużo, że zdecydowano nawet o umieszczeniu ich wizerunku w falklandzkim herbie .

Informacje praktyczne:

Wizy: niepotrzebne

Dolot: Jedyne możliwości, by dostać się na Falklandy, to albo przelot wojskowym samolotem z Wielkiej Brytanii (ok. 1,5 tys. funtów), albo latający raz w tygodniu samolot linii LanChile z Santiago de Chile via Punta Arenas (ok. 600 dol.). W tym roku można było w styczniowej promocji British Airways kupić bilet na trasie Warszawa - Port Stanley (via Miami i Santiago) za 750 dol. (w obie strony).

Kiedy lecieć: najlepiej od października do marca, bo wtedy będziemy mogli obserwować zwierzęta (pingwiny, słonie morskie

Transport lokalny: samolot z lotniska do Port Stanley kosztuje 14 funtów (lub 20 dol.). Za wypożyczenie samochodu musimy liczyć min 50 funtów dziennie. Można też skorzystać ze zorganizowanych wycieczek (ok. 50 funtów od osoby za wycieczkę całodniową).

Więcej o: