"Kelner powiedział, żebyśmy nałożyli sobie trochę jedzenia, a zostawili dla niego. Dostałem reprymendę, że ładowałem za dużo warzyw" [LIST]

"Zadowolić klienta w hotelu nie jest tak łatwo, jak sądziłem" - pisze w liście do redakcji nasz czytelnik, który podczas wakacji w Turcji mimochodem stał się... kelnerem swojego kelnera.

Kilka dni temu opublikowaliśmy tekst, w którym Grzesiek, kelner w jednym z hiszpańskich hoteli, opowiedział o zachowaniach gości stołujących się w jego restauracji. Temat sprowokował gorącą dyskusję w komentarzach, dostaliśmy też maile, w których dzielicie się swoimi historiami. Szczególnie ciekawa wydała nam się opowieść pana Marka Zarzyckiego, który na wakacjach all inclusive w Turcji sam mimochodem zamienił się w kelnera... Publikujemy ją poniżej.

"Tylko kilka kawałków kurczaka"

Marek Zarzycki: Ja mam zupełnie inne, jak sądzę unikalne wspomnienia o kelnerach z all inclusive w Turcji.

Zimą 2009 byłem z moją dziewczyną w kompleksie hotelowym w Side, w Turcji. Mieliśmy opcję "niebieskiej opaski" na ręce, czyli "all inclusive": trzy posiłki główne i jakieś tam dodatkowe, innymi słowy - nie do przejedzenia. Wycieczka była z niemieckiego biura podróży, więc goście to prawie wyłącznie dojrzali Niemcy. My zaś ok. trzydziestki i w stroju urlopowym wyglądaliśmy przy nich na studenciaków.

Kelnerzy raczej młodzi ludzie, chyba lubili nas obsługiwać i byli bardzo mili. A zwłaszcza ulubił nas sobie jeden z nich i zawsze zapraszał do swojej strefy. W drugim tygodniu pobytu podczas kolacji - w naszym przypadku była ona zawsze późno - poprosił nas, byśmy po zjedzeniu tego, co mamy zamiar, nałożyli trochę jedzenia i przynieśli niby to sobie normalnie do stolika, a zostawili dla niego. "Tylko kilka kawałków kurczaka" - jak wspomniał.

"Skomponowałem dla niego pożywne i zbilansowane danie"

Tylko trochę mnie to zaskoczyło, bo różne już rzeczy widziałem, moją towarzyszkę znacznie bardziej. No ale przystąpiliśmy do dzieła. Talerzyki w hotelu były oczywiście małe, żeby się człowiek nachodził, zanim się naje. Skomponowałem więc mojemu kelnerowi bardzo pożywne i zbilansowane danie: z największymi kawałkami kurczaka, innymi mięsami, ryżem i warzywami. Moja dziewczyna, choć radykalna wegetarianka, też posłusznie dostarczyła do stolika talerz mięsożerczy.

Godzina zamknięcia restauracji mijała, my dojadaliśmy właśnie ciasto i owoce, gdy obok nas wciąż stały pełne i dymiące talerze z mięsami i sosem. Trochę się niepokoiłem, jak to będzie wyglądać, a w zasadzie nawet nie wiedziałem, przed kim i jak się z tym ukrywać. Nasz kelner tymczasem obsługiwał innych gości, jakby nigdy nic.

W pewnej chwili, wybranej z sobie tylko wiadomego powodu, podszedł szybkim krokiem i bez słowa zabrał i odniósł oba talerze, oddając je jakiejś pani przy zmywalni. Podziękował później. Dostałem też reprymendę, że niepotrzebnie ładowałem za dużo warzyw. Moja wegetarianka spisała się za to znacznie lepiej i dostała nawet pochwałę.

Następnego wieczora chciałem się poprawić i popisać: użyłem tylko marchewki i ogórków do wybudowania palisady. Również tym razem "uprzątnięcie talerzy" wyglądało podobnie, ale ja już wiedziałem, czego się spodziewać. Liczyłem tylko na zasłużoną pochwałę. Nasz kelner powiedział, że było prawie dobrze, ale w zasadzie on w ogóle nie jada warzyw, a i bez ryżu też potrafi się obejść, więc lepiej, żebym się skupił na mięsach.

"Tak wygląda świat zza naszej palisady"

Tak też zrobiłem i od trzeciego dnia stosowałem już tylko odzwierzęce materiały ogrodzeniowe. Szło mi już, jak sądzę, dobrze aż do końca pobytu, bo dalszych skarg nie było. Nasz kelner wytłumaczył nam, że ta pani przy kuchni to jego żona. Nie nadarzyła się jednak okazja, by wytłumaczyć, dlaczego tak się odżywiają. Czy manager liczy im podwójnie za dojadanie resztek? Czy ich w ogóle karmi? Codziennie zostawało sporo jedzenia po kolacji, zaś następnego dnia podawane były zupełnie inne potrawy. A może inne tylko pod względem użytych sosów...

Ja usprawiedliwiam się tym, że swoim działaniem chyba przyczyniałem się do poprawy jakości potraw, a moja wegetarianka stwierdziła tylko, że lepiej nie jeść mięsa.

To moje jedyne profesjonalne doświadczenie, w podwójnej roli: gościa i kelnera w hotelu przy obsłudze szwedzkiego stołu. Znajomi, którym o tym opowiadaliśmy, byli początkowo zaskoczeni, lecz po chwili docierało do nich, że tak właśnie wygląda świat zza naszej palisady.

Podsumowując, muszę się tylko zgodzić z Grześkiem, że zadowolić klienta w hotelu nie jest tak łatwo, jak sądziłem.

Jak to jest być kelnerem na wakacjach? Opiekunką do dzieci, pilotem, przewodnikiem, stewardesą? Czekamy na Wasze wakacyjne historie. Piszcie w komentarzach lub na adres redakcja.podroze@gazeta.pl