Słowacki Kras

Miasteczko jak z bajki - wysoka wieża na rynku otoczonym kolorowymi kamieniczkami, w niebo strzelają wieże kościołów, a dookoła pokryte lasami góry. Rożniawa, leżąca na południu Słowacji, niedaleko granicy węgierskiej, jest znakomitym miejscem na kilkudniowy wypad. Góry zachęcają do wycieczek, pobliskie świetnie zachowane zamki i pałacyki do zwiedzania, a przepiękne jaskinie - do zejścia pod ziemię.

Rożniawa jest stolicą regionu Gemer, który słynął kiedyś z rud żelaza. Samo miasto znane było z kopalń już od XIII wieku. Całą długą historię wydobycia złota i żelaza w tej okolicy możemy prześledzić w rożniawskim muzeum górnictwa.

W miasteczku wszystko jest w zasięgu ręki. Ze szczytu wieży strażniczej, na którą z niemałym trudem się wdrapujemy, widać wszystko jak na dłoni - trójkątny rynek, zabytkowe kościoły - jezuitów i franciszkanów, oraz katedrę. Panoramę psują stojące nieopodal szare, ponure dziesięciopiętrowe wieżowce. Czy żadne słowackie miasto nie oparło się fali "nowoczesnej architektury"?

Za to na zboczach wzgórz są osiedla uroczych domków w ogródkach, gdzie można niedrogo wynająć pokój. Katalog ze zdjęciami jest w miejscowej informacji turystycznej, gdzie sprawnie pomogą nam w znalezieniu noclegu.

Kilka kroków od rynku jest dworzec autobusowy, z którego można wyruszyć na zwiedzanie okolicy.

Krasna Horka

Zaledwie 5 km dalej, na szczycie stromej bezleśnej góry wznosi się zamek w Krasnej Horce, jeden z najlepiej zachowanych na Słowacji. Zamek powstał na początku XIV wieku, potem, w obliczu inwazji tureckiej, był wzmacniany i rozbudowywany. Zmieniał właścicieli aż do roku 1578, kiedy jego dowódcą został Peter Andrassy. I od tamtej pory przez następne cztery wieki zamek był w posiadaniu tej rosnącej w siłę i bogactwo rodziny. Był to jeden z najznamienitszych rodów na Węgrzech (państwa słowackiego wtedy jeszcze nie było), a jeden z członków rodziny został nawet premierem rządu. Rodzina Andrassy była dumna ze swojego pochodzenia i swoich osiągnięć - do tego stopnia, że założyła w zamku... muzeum poświęcone własnej historii. Otwarto je dla zwiedzających w 1910 roku.

Betliar

Zupełnie inny charakter ma elegancki dziewiętnastowieczny pałacyk w miejscowości Beltiar, leżącej kilka kilometrów na północ od Rożniawy. Żeby przyjmować gości i dobrze się bawić, rodzina Andrassy zbudowała tam pełen przepychu budynek w równie bogato urządzonym parku z fontannami, stawami i kaskadami. Wnętrza (42 pokoje!) oglądamy w takim stanie, w jakim były ponad sto lat temu. Bogactwo i przepych uderzają na każdym kroku. Zwiedzanie zaczyna się od znajdującego się w przyziemiu gabinetu osobliwości z wypchanymi egzotycznymi zwierzętami i egipską mumią.

Jaskinia Domica

Czy można przepłynąć się podziemną rzeką Styks, a potem wrócić do świata żywych? Można! Trzeba wybrać się tylko na południe Słowacji, do jaskini Domica.

Jaskinia Domica leży na terenie Słowackiego Krasu, na południe od miasteczka Rożniawa. Cała okolica to góry - niezbyt wysokie, zielone, o dość łagodnych zboczach, z szerokimi dolinami, przypominające nasze Beskidy. Ale w wielu miejscach widać poszarpane, pionowe wapienne skałki i urwiska.

W tych właśnie wapiennych skałach natura wyrzeźbiła olbrzymie jaskinie z przepięknymi, rzadko spotykanymi gdzie indziej formami. Kilka jaskiń jest udostępnionych do zwiedzania, a w każdej z nich są inne warte zobaczenia cuda.

Najciekawsza jest moim zdaniem właśnie Domica - ta, w której można pływać łódkami.

Położona jest "na końcu świata" , pod samą węgierską granicą. Z Rożniawy jechaliśmy tam dwoma autobusami, po drodze trzeba się przesiadać w małej miejscowości Pleszivec. Autobusy wolno wspinają się krętymi drogami. Wokół rozbrzmiewa głównie... język węgierski. Mieszka tam sporo Węgrów, co widać nawet po wyglądzie współpasażerów - w dużej części śniadych, czarnookich i czarnowłosych.

A sama jaskinia jest... transgraniczna! Jej długie korytarze rozciągają się pod granicą, a trasy turystyczne są zarówno po słowackiej, jak i po węgierskiej stronie. Nie łączą się niestety pod ziemią, bo wtedy trzeba byłoby zrobić tam podziemne przejście graniczne. Węgrzy nazwali tę jaskinię Baradla.

Wejście po stronie słowackiej to stojący na zboczu góry spory betonowy budynek, nowoczesny, ale już nieco przyszarzały i "nadgryziony zębem czasu". Widać, że architekt usiłował stworzyć coś monumentalnego, a jednocześnie wkomponować to w górski krajobraz. Nie do końca mu się udało - zwalisty budynek przytłacza swym ogromem. Zwłaszcza że wokół oprócz pięknej przyrody, gór, pól i lasów właściwie nic nie ma - mała drewniana budka na parkingu i zamknięty kiosk z pamiątkami. A i w środku, w przestronnym holu jest raczej pustawo. Z jednej strony kasa, z drugiej pamiątki i słodycze. Można kupić tam ciekawe wydawnictwa o tej i o innych jaskiniach na Słowacji, i to w różnych językach, także po polsku.

W holu jest wyrzeźbiony plan całej jaskini oraz nieduża ekspozycja jaskiniowych znalezisk - od kości i zębów niedźwiedzia jaskiniowego, który tu rezydował przed tysiącleciami, po narzędzia, ozdoby i ceramikę wyrabiane przez późniejszych, dwunożnych lokatorów. Są też tablice z ciekawostkami dotyczącymi nietoperzy - a mieszka ich tu aż 16 różnych gatunków! Ale nawet po uważnym przestudiowaniu i tak potem nie wiemy, które właśnie śmigają nam nad głowami...

Zwiedzamy w grupach, z przewodnikiem. Do wyboru są dwa warianty trasy - dłuższa, z przejażdżką łódkami, i krótsza, wyłącznie piesza. Bez wahania decydujemy się na tą z łódkami - w końcu po to tu przyjechaliśmy!

Najpierw idziemy w dół wąskim korytarzem przypominającym zejście do jakichś kazamatów. Ciarki chodzą po plecach, a przecież miała to być przyjemna wycieczka... Na szczęście korytarz się kończy i zaczyna prawdziwa bajka. Chciałoby się zawołać: to zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe! Tysiące szerokich i wąskich stalaktytów tworzą tuż nad naszymi głowami oryginalną dekorację sklepienną, do której nie umywają się żadne sylwestrowe serpentyny, którymi organizatorzy bali zawzięcie przyozdabiają nawet wytworne sale.

Po bokach wyrastają wyniosłe stalagmity wyglądające jak ulepione z ciasta - a dokładnie jak lepione przez dzieciaki wieże na plażach, "nalewane" z błotnistego piasku. Czasem widać "ciastowate" kolumny sięgające sklepienia, czyli stalagmaty.

Przez zasłonki zwisające z góry prześwieca światło lamp. Zaraz - przez zasłonki?! Przecież te delikatne, miękkie fałdy nie są z cienkiej tkaniny, ale ze skały!

Zachwycają też formy wyglądające jak zawieszone nad nami ogromne kolonie grzybów z cienkimi blaszkami od dołu. Szczególnie dobrze widać je w czasie przejażdżki łódkami po podziemnej rzece nazywającej się Styks - jakżeby inaczej. Rolę mitologicznego Charona pełni nasz przewodnik, ale na szczęście nie musimy mieć dla niego monety pod językiem - no i potem wracamy do świata żywych!

Kiedy wsiedliśmy do drewnianej łodzi, podświadomie oczekiwałam ryku silnika. Nic z tego - przyczepiony do rufy elektryczny silniczek brzęczał niewiele głośniej od komara... Mogliśmy we względnej ciszy podziwiać imponującą szatę naciekową nad naszymi głowami. A jest co oglądać - Domica jest słynna z ilości i różnorodności tarcz i bębnów naciekowych. Charakterystyczne są też stalagmity w kształcie pagod - nawet jedna komora nazywa się Dom indickych pagod! Zresztą inne komory też są ciekawie nazwane - na przykład Koncertna sien, Kvetnica czy Goticky dom.

Przewodnik opowiada nam historię odkrycia jaskini. Kiedy w 1921 roku w Niskich Tatrach odkryto wspaniałą jaskinię w dolinie Demianowskiej, wszyscy zapaleńcy rzucili się na poszukiwanie innych jaskiń - także w Słowackim Krasie. Pięć lat później członek straży granicznej, a przy tym zapalony speleolog, wybrał się na wędrówkę z dwoma skautami z Pragi. Na dnie jaskini zwanej teraz Stara Domica znaleźli korytarz i studnię głęboką na 15 m. Dwa miesiące później zjechał na dno studni i odkrył część ogromnej jaskini. Obecnie wiadomo, że ma ponad 5 km długości, a jeśli zsumujemy długość wszystkich korytarzy, to aż 25 km! Na szczęście my nie musimy tyle chodzić - trasa turystyczna ma około 1,5 km, z czego 140 m płyniemy łódkami.

Poziom wody w przepływających przez jaskinię potokach zależy od opadów - w czasie burz jaskinia zalewana jest wodą, a zdarzały się też katastrofalne powodzie ( np. w 1954 r.), które niszczyły chodniki turystyczne i instalację elektryczną.

Ale kiedy nie pada, podziemne potoki wysychają. Żeby można było zawsze oferować turystom przejażdżki łodziami, jeszcze przed wojną zbudowano sztuczną tamę.

Choć jaskinię odkryto niecałe 100 lat temu, okazało się, że była zamieszana już dawno temu. Nie tylko przez niedźwiedzie jaskiniowe - których kości też znaleziono - także przez ludzi. Około 6 tys. lat temu jaskinia była "mrówkowcem" - znaleziono w niej ślady neolitycznych "mieszkań" i ognisk. Mieszkańcy jaskini tkali w niej tkaniny, lepili gliniane garnki ( znaleziono ich ponad 200!) i... rysowali węglem po ścianach.

Archeolodzy odkryli też sporo przedmiotów codziennego użytku, jak najstarszy w Europie grzebień z kości, naszyjniki z muszli i zębów zwierząt, szydła, wędki, kamienne siekiery i noże. Kunszt neolitycznych twórców można podziwiać po wyjściu z powrotem do hallu - tam w szklanych gablotkach wystawione są niektóre znaleziska.

Po zakończeniu zwiedzania można wybrać się... za granicę. Do przejścia granicznego jest tylko kilometr, można więc wybrać się na spacer i zobaczyć, jak żyją węgierscy bratankowie.

Jaskinia Gombasecka

Po zwiedzeniu Domicy nie mamy dość jaskiń, a wręcz przeciwnie, chce się zwiedzać dalej, zwłaszcza że w okolicy są dwie inne, bardzo ciekawe. Jedna to jaskinia Gombasecka, leżąca nieco powyżej miejscowości Gombasek, ok. 12 kilometrów na południe od Rożniawy. Jest o wiele mniejsza od Domicy, ma długość 1,5 km, a trasa turystyczna ma tylko niecałe 300 m. Jej główną atrakcją są "makarony", czyli cieniuteńkie stalaktyty wyglądające jak nitki spaghetti, długie nawet na 3 metry. Jaskinia Gombasecka służy też do... leczenia - prowadzone są w niej zabiegi speleoterapeutyczne.

Sprzed jaskini można wybrać się na wycieczkę w góry, żółtym szlakiem do wioski Silica. To 4,5 kilometra, idzie się około 1,5 godz. Z Silicy można wrócić do Rożniawy autobusem albo pójść piechotą - zabiera to 3 godz. Zagubiona wśród gór Silica jest ważnym skrzyżowaniem szlaków turystycznych, można z niej dojść też do jaskini Domica.

Jaskinia Ochtinska

Trzecia jaskinia warta zobaczenia to Ochtinska. Specjaliści uważają, że jest najcenniejsza i najciekawsza, ze względu na aragonitowe formy przypominające delikatne kwiaty. Czułam się trochę jak w bajce o Królowej Śniegu, patrząc na nieruchome, zastygłe formy białych, postrzępionych "kwiatów".

To podobno jedyna taka jaskinia w Europie!

Aragonity to krystaliczne wapienie, które powstały dzięki szczególnym warunkom klimatycznym panującym w zamkniętej przestrzeni. Jaskinię odkryto przypadkiem, w czasie prac górniczych.

Niełatwo do niej dotrzeć - trzeba pojechać autobusem do miejscowości Ochtina, a potem czeka nas czterokilometrowe, dość męczące podejście niebieskim szlakiem.

Te trzy jaskinie to bynajmniej nie wszystkie, które są w okolicy. Akurat te są najciekawsze i udostępniane turystom. Ale na terenie Słowackiego Krasu jest ponad 750 jaskiń! Do innych wchodzić mogą speleolodzy, ale muszą wcześniej zgłosić się do dyrekcji Parku Krajobrazowego (w Brzotinie).

Gdy wyjdziemy już z podziemnego świata, a pogoda sprzyja, warto urządzić sobie wycieczkę po górach Słowackiego Krasu. Jest pusto, cicho i malowniczo, turystów spotyka się niewielu - a po sezonie, we wrześniu, spotkanie kogoś na szlaku jest wydarzeniem. Góry nie są wysokie i chodzenie po nich nie wymaga nadzwyczajnej kondycji ani umiejętności.