Belgrad - Dwa dni na strychu

Odwiedzającym Belgrad towarzyszy uczucie chaosu, który stanowi sposób na życie tego miasta. Przejawia się w ruchu ulicznym, handlu czy postrzeganiu przyszłości przez młodych. Rozdarcie między skrajnościami powoduje, że na pierwszy rzut oka traktujemy to miejsce jako zlepek nieprzystających części.

- To taki strych Europy, na który wchodzi się jednocześnie ze strachem i zaciekawieniem, który jest mocno zakurzony i brudny, a który kryje wiele nieodgadnionych tajemnic godnych przedstawienia - mówi filozoficznie Ana, moja przewodniczka po mieście. To miasto skrajności, w którym to, co piękne, jest przykryte kurzem i śmieciami, hałas przetykany ciszą, a radość płaczem.

Belgrad pozostaje w stanie hibernacji od ponad dziesięciu lat. Niewykończone budowle, od dawna niemalowane fasady budynków, mknące ulicami zastawy i autobusy poruszające się wbrew jakimkolwiek zasadom, czy to fizyki, czy zdrowego rozsądku. Czas w Belgradzie zatrzymał się pomiędzy latami 80. a 90. i wciąż nie jest przekonany, by ruszyć dalej.

Do Białego Miasta (nazwa nadana przez Słowian pochodzi zapewne od białych, wapiennych murów miasta) przyjechałem z oddalonego o 380 km Budapesztu. Przekraczaliśmy granicę jugosłwiańsko-węgierską regularnie kursującym mini-busem. Wszyscy oprócz mnie pochodzili z Jugosławii, a jednak każdy miał paszport obcego kraju. Ci co mogli już dawno wyjechali.

W Belgradzie dziwią, czasami śmieszą wszystkie drobne szczegóły. Np. na drzwiach do restauracji zamiast ostrzeżenia nie wchodzić z psem czy papierosem, widnieje przekreślony rysunek pistoletu. W końcu na Bałkanach każdy musi mieć broń, którą nonszalancko nosi pod kurtką. Twarzą w twarz stoi naprzeciwko siebie cerkiew i kościół katolicki. Zza rogu spogląda przykucnięta synagoga i wychudzony strzelisty minaret. Świetnie wyposażone, markowe sklepy mogą równać się z mediolańskimi. Jednak tuż za rogiem, w bramie obdrapanej kamienicy handlarze odbierają kolejną dostawę przemycanych papierosów.

Każde miasto ma swój charakterystyczny zapach i właśnie Belgrad można wyczuć nosem - śmieje się Ana. Miasto jest owiane smogiem wywołanym spalinami z rur wydechowych podstarzałych samochodów i wyziewami z kominów domów mieszkalnych. Od czasu sankcji często wstrzymywano dostawy ciepłej wody, co zmuszało mieszkańców do palenia węglem drzewnym. Poza tym w wąskich uliczkach wiatr nie jest w stanie wywiać męczącego zapachu.

Dowcipów już nie ma

Dzień rozpoczynam od popularnego "kiselo mleko", kwaśnego, zsiadłego mleka podawanego do ciepłej pity z serem. Szybko uciekamy na miasto. Brak pracy widać po tłumach na ulicy. Na przednich klapach samochodów leżą rozłożone paczki papierosów szmuglowane przez kilkunastoletnich chłopaków przez Włochy i Czarnogórę aż do Belgradu. Wprawdzie zniknęły prowizoryczne, ruchome stacje benzynowe zbudowane z dwóch kanistrów i tekturowej wywieszki z cenami, nadal jednak widać, że przed belgradczykami daleka droga do dawnego standardu życia. Siedząc w tzw. kafanie i popijając kawę, pytam moją towarzyszkę o dowcip opisujący obecną sytuację w Jugosławii. Odpowiada z ironią: dowcipów już nie ma, to wszystko prawda.

Bez nadwagi

W ramach spaceru wybieramy się na jeden z miejskich bazarów, gdzie obok białego sera można kupić kapustę kiszoną, suszoną paprykę czy butelkę cudownie aromatycznej rakii gruszkowej. Największy w mieście targ Na Kaleniću w dzielnicy Cubura wygląda jak bocianie gniazdo zbudowane z okolicznych odpadków, skonstruowane bez planu i przemyślenia. Sprawia wrażenie, że trzyma się na ostatnim gwoździu, wbrew regułom architektonicznym i prawu ciążenia. Wyłania się nagle spośród wąskich ulic i wydaje się nie do ogarnięcia. Obok świeżej żywności napływającej z całej Serbii można znaleźć tu arabskie młynki, wyroby garncarskie i charakterystyczne "dżezwy", naczynia do parzenia kawy. Miejscowe skarby sprzedawane są przez mężczyzn noszących charakterystyczne šajkace, czyli tradycyjne serbskie czapki spotykane u żołnierzy. "Na Kaleniću wyżywiło się całe pokolenie, które zostało. Belgrad przychodził tu przez ostatnich kilka lat sankcji, nalotów, wojen i innych kataklizmów. Może dlatego uniknęliśmy nadwagi po hamburgerach" - znów żartuje Ana.

Wracając, wstępujemy do cerkwi św. Marka, znajdującej się przy parku Tašmajdan. Utrzymana w stylu serbsko-bizantyjskim świątynia podobna jest do sławnego monastyru Gracanica nieopodal Pristiny na Kosowie. Przypadkiem trafiamy na ceremonię ślubną, prowadzoną w tradycyjnym, prawosławnym stylu. Spotykamy również Cyganów, których wcześniej widzieliśmy, jak snuli się po dworcu głównym w poszukiwaniu zarobku. Tym razem zostali wypędzeni sprzed cerkwi przez popa, który za chwilę miał rozpocząć ceremonię. Niezrażeni, próbowali już w trakcie mszy dostać się do środka drugimi drzwiami. W każdym razie śpiew starocerkiewnego chóru co jakiś czas przerywał dynamiczny cygański cocek.

Vruć burek

Miałem to szczęście, że zamieszkałem u znajomych, gdzie dostałem się pod skrzydła babci, która nie dopuściła do tego, bym żywił się w restauracjach serwujących turystyczną wersję bałkańskiej kuchni. Już przy wejściu mój żołądek zaatakował zapach sarmy, potrawy podobnej do naszych gołąbków, przygotowywanej ze specjalnie kiszonej domowej kapusty. Na stole pojawił się również ajvar, pasta z pieczonej papryki oraz gęstej oliwy i octu. Na koniec wniesiono pitę, przekładaniec z kory, przypominającej ciasto francuskie, oraz słonego sera lub mięsa. Równie tłusta co sarma i nie mniej smaczna.

Po sutym posiłku wracamy do centrum, kierując się w stronę ulicy Kneza Mihaila, głównego deptaku miasta. Na gęsto rozstawionych budkach rzuca się w oczy napis "vruć burek". Nie ma on żadnego związku z zaginionym psem, a oznacza miejscowy przysmak - gorący burek, przygotowany z ciasta francuskiego, nadziewany serem lub mięsem, koniecznie ociekający tłuszczem.

Dochodzimy do placu Terazije, gdzie przy sławnej fontannie zbiera się młodzież, tętnią słowa, niewinne kłótnie i głośne śmiechy. Moja przewodniczka tłumaczy: - "Kto może, ucieka na ulicę, bo tylko tutaj może wydarzyć się coś naprawdę nieprzewidywalnego i znaczącego. Młodzi wiedzą, że towarzyszom wydarzeniom, które może wreszcie zmienią ich sytuację". Plac Republiki z pomnikiem Kneza Mihaila Obrenovicia to świadek wszelkich przełomów i zmian, które wstrząsnęły Jugosławią podczas minionej dekady. "Jeśli chcesz obalić władzę, to tylko tutaj" - mówi Ana z charakterystycznym dla Serbów sarkazmem. Faktycznie, plac otoczony przez muzeum i teatr narodowy towarzyszył zarówno demonstracjom przeciwko reżimowi Miloszevicia, pochodom sprzeciwu wobec amerykańskim bombardowaniom, jak i zwycięstwu reprezentacji Jugosławii w koszykarskich mistrzostwach świata.

Gdzie Sawa łączy się z Dunajem

Tymczasem po niebywale mocnej kawie "po turecku" (turska kafa) spacerujemy dalej, przy wtórze turbo-folku, jugosłowiańskiej odmianie disco polo z bałkańskimi akcentami. Mijamy świetnie zaopatrzone sklepy, secesyjne i renesansowe kamienice, które pod koniec XIX w. zamieszkiwały najznamienitsze rody serbskie. Właśnie tutaj znajduje się budynek Akademii Serbskiej Sztuki i Nauki, Biblioteka Miejska i kilka nowoczesnych galerii. Pośród tłumów możemy natknąć się również na Piksiego, ulicznego grajka, który głośno komentuje bieżące wydarzenia polityczne. Zbaczając z głównej trasy w ulicę Kralja Petra, możemy zatrzymać się w najlepszej restauracji Belgradu nazwanej tajemniczo symbolem znaku zapytania - "?". Utrzymana w klasycznym bałkańskim stylu stoi w cieniu górującej nad ulicą serbskiej cerkwi prawosławnej (Saborna crkva).

Wróćmy jednak na główną trasę. Ulica Kneza Mihaila prowadzi na Kalemegdan, fortecę i największy park w mieście, położony na miejscu dawnej twierdzy rzymskiej Singidunum, dającej początek historii miasta już w I wieku naszej ery. Właśnie tam można dostać najlepsze prażone kasztany, których zapach rozchodzi się po całym mieście. W parku młodzież wygrzewa się w słońcu, a staruszkowie rozgrywają niekończącą się partię szachów. Rozpościera się też widok na nowy Belgrad z charakterystycznym kikutem zniszczonego budynku Ušće Business Center, gdzie znajdowały się nadajniki prywatnej telewizji Košava, należącej niegdyś do córki Miloszevicia. Idąc dalej, wzdłuż koryta Sawy, dokładnie na szczycie wzniesienia, stoi 14-metrowy pomnik symbolu miasta - Victora, który podziwia łączące się dwie główne rzeki Serbii - Savę i Dunaj. Pierwotnie Victor miał stanowić główny element pięciokolumnowej rzeźby symbolizującej wyzwolenie Serbii spod pięćsetletniej okupacji tureckiej.

Kalemegdan jest niewątpliwie ulubionym miejscem spacerów. Mieszkańcy cenią park za spokój i ciszę, co sprzyja dyskusji i przemyśleniom. Nie na darmo bowiem Turcy nazywali to miejsce Fichir-bair, czyli wzgórze kontemplacji. Teraz na terenie parku znajduje się muzeum wojska, zoo, park rozrywki dla dzieci i inne atrakcje.

Bombardowanie, moravac i rakija

Wspomniana Kneza Milosza to ulica najważniejszych instytucji i urzędów. Ministerstwo spraw wewnętrznych wciąż kłuje w oczy lejami po bombie. Monstrualne budynki noszą rany pozostawione po nalotach wojsk amerykańskich. Władze Jugosławii nie planują na razie przywrócenia budynków do stanu dawnej świetności. Pytanie, czy z powodu braku funduszy, czy ku pamięci tych dni, kiedy bomby NATO leciały na najważniejsze jugosłowiańskie budynki państwowe.

Kierujemy się do zachodniej części miasta. Mijamy budynek parlamentu, który zyskał popularność w trakcie pamiętnych wydarzeń wrześniowych, kiedy od władzy został odsunięty Miloszević. Zdjęcie budynku oblepionego tysiącami belgradczyków wyrażających sprzeciw wobec rządów dyktatora obiegło cały świat.

W końcu wkraczamy w niską zabudowę byłej cygańskiej dzielnicy. Teraz upodobali ją sobie artyści. To belgradzki odpowiednik paryskiego Montmartre'u, gdzie szalała miejscowa bohema. Nazwa zaś pochodzi od albańskiego miasta Shkoder.

Ne ma problema

Zatrzymujemy się w jednej z restauracji. Mam wreszcie możliwość podziwiania smaku kilku rodzajów rakii, z której słyną Bałkany. Na pierwszy ogień idzie Lozovaca, cudownie aromatyczna winogronówka, potem kolej na Viljamovkę przyrządzaną z gruszek typu wiliamson. Właściciel napełnił również mały kieliszek, uznawaną za najlepszą Monastirką, przygotowywaną ze śliwek i gruszek. Jak stwierdził, "każda przyzwoita rakija musi przejść proces podwójnej destylacji, by osiągnąć właściwy smak i odpowiedni procent". Wskazane jest umiarkowanie w degustacji trunku ze względu na wyjątkową skuteczność oddziaływania na organizm.

Tymczasem obok zaczyna przygrywać nieodłączny zespół Cyganów. Rozpoczyna się sławny "Moravac" tańczony w stylu tradycyjnego "kolo" - trzy kroki do przodu i dwa do tyłu. Uczestnicy, trzymając się za podniesione do góry ręce, rytmicznie obracają się w koło. Przetrwałem 25 minut morderczego tańca, który rozpędzał się niczym tornado.

W nagrodę na stole czeka duvec (czyt. dziuwecz) - gorący ryż z fasolką szparagową i innymi warzywami, zmieszany z gotowanym mięsem. Na zakąskę dostajemy tzw. turšija, czyli marynowane warzywa: marchew, kalafior i zielony pomidor. Po głównym daniu na stół wpływa baklava, wyjątkowo słodkie ciasto nadziewane mielonymi orzechami włoskimi, mające rodowód w tureckiej kuchni.

Na pewno warto przyjechać do Belgradu dla atmosfery, której nie znajdziemy w żadnym innym mieście. Czuć nostalgię za czasami starej Jugosławii. Gęsto od nacjonalistycznych plakatów i demokratycznych haseł na murach. Jesteśmy jednak świadkami nowych dni, które przeżywa mocno poturbowane miasto, jeszcze nieprzeżarte przez symbole Zachodu. Zapach pljeskavicy z rusztu miesza się z muzyką ślepego Cygana. Dostrzegłem jednak także szczyptę zmęczenia - pytani o sytuację w kraju mieszkańcy Belgradu odpowiadali obojętnie i trochę z przyzwyczajenia "Ne ma problema".

Więcej o: