To był Frankensztorm. Oglądamy z bliska huragan Sandy [WIDEO]

Powódź, miliony ludzi bez prądu, prawie 200 ofiar śmiertelnych - huraganem Sandy, który 29 października 2012 r. nawiedził wschodnie wybrzeże USA, żył cały świat. Ale to uratowani z kataklizmu mieszkańcy przeżyli horror niczym z katastroficznego filmu. Skąd wzięła się Sandy o sile, która zadziwiła naukowców i czy może uderzyć ponownie? W niedzielę o godz. 22 na National Geographic Channel premiera dokumentu "Huragan Sandy: chaos w wielkim mieście", który stara się odpowiedzieć na te pytania.

Media nazwały go "Frankensztormem". Huragan Sandy trwał dobę, a jego uderzenie odczuło całe wschodnie wybrzeże USA - od Florydy po Massachusetts. Potem żywioł wtargnął na ląd i woda zalała Nowy Jork. Szybko stało się jasne, że Sandy nie jest "zwykłym" huraganem, lecz superhuraganem - swoimi rozmiarami przerósł Andrew i Katrinę.

Choć Ameryka przygotowywała się na najgorsze, to bilans strat i tak poraził: prawie 200 ofiar śmiertelnych, straty materialne o wartości 50 miliardów dolarów i ponad 8 milionów ludzi pozbawionych prądu. Chwilę po tragicznych wydarzeniach pora na analizę tego, co się stało.

Zobacz zwiastun dokumentu "Huragan Sandy: chaos w wielkim mieście"

Superhuragan Sandy

Ostatnie dni października. Podczas, gdy naukowcy z Narodowego Centrum Huraganów z niepokojem przyglądali się, jak Sandy pędzi w stronę lądu, Ameryka przygotowywała się na apokalipsę. Zewsząd nadchodziły wezwania do ewakuacji - mieszkańcy musieli mieć świadomość, że jeśli pozostaną w swoich domach, służby mogą nie mieć możliwości udzielenia im pomocy. Mimo to wiele osób zostało. Jedni w pełni świadomie, inni - zmuszeni przez okoliczności. Jak np. spodziewający się drugiego dziecka Abby Wellington i Stephen Olefson, którzy stanęli w obliczu osobistego stanu wyjątkowego: w domu nie było prądu, drogi były zablokowane, huragan rozszalał się na kilka dni przed wyznaczonym terminem porodu, a Aby - w samym środku tego koszmaru - odeszły wody. - Zdałam sobie sprawę, że nie ma się czego bać - po prostu za pół godziny będę miała dziecko - Aby ze spokojem i uśmiechem relacjonuje wydarzenia, tuląc w ramionach zdrowe niemowlę. Ale nie wszyscy potrafili zachować taki spokój. Ci, którzy spodziewali się tylko silnej burzy, z przerażeniem obserwowali przez okna, jak wiatr łamie drzewa niczym zapałki, wyrywa je z korzeniami, zwala na samochody. Ponieważ Sandy przemieszczała się bardzo powoli i towarzyszyły jej ulewne deszcze, woda rozmiękła tak bardzo, że też nie była w stanie utrzymać drzew. Ludzie obserwowali, jak wali się świat dookoła. - I nic nie mogliśmy zrobić - mówi w filmie jeden z bohaterów.

W tym samym czasie do Nowego Jorku zaczęli ściągać łowcy burz, wiedzeni zapowiedzią historycznego zjawiska. Na południe od Bostonu wiatr wiał już z prędkością 142 km/h. Sandy zaczęła zaznaczać swoją obecność na północnym brzegu Long Island, powodując powódź. Gdy gigantyczna fala dotarła do wybrzeża, woda zaczęła wdzierać się wszędzie, m.in. do brooklińskich domów. - Jakby ktoś skierował do naszego domu wezbraną rzekę. Nie było czasu, żeby cokolwiek zrobić ani nawet pomyśleć - płacze jedna z bohaterek dokumentu.

Zobacz wideo

Wybuchła podstacja Con Edison i cała okolica została pozbawiona prądu, ponad milion domostw. - Brodziłem w wodzie głębokiej na jakieś pół metra. Czułem się jak w tunelu aerodynamicznym, wiało chyba ponad 150 na godzinę. Widziałem małe dziewczynki rozpaczliwie chwytające się drzew, żeby nie porwał ich wiatr. W powietrzu wirowały 10-kilogramowe kawały blachy. Nagle w mojej kamerze coś rozbłysło. Potem był kolejny błysk i wszyscy zobaczyliśmy potężną, niebieską eksplozję, jak w filmie science fiction. Wszyscy wokół zaczęli krzyczeć, wybuchła panika - opowiada łowca burz Jeff Piotrowski. Gdy wysiadł prąd, jedynym oświetlonym miejscem było nowe World Trade Center. Na pogrążonym w ciemnościach Manhattanie świeciła tylko jedna wieża, ale w końcu również ona zgasła. - Zupełnie jak w "Dniu Niepodległości".

Ameryka bez prądu - zobacz fragment filmu

Sandy - huragan XXI wieku

Sandy była wyjątkowa nie tylko pod względem katastrofalnych skutków. Stała się precedensem także dla służb ratunkowych - po raz pierwszy do niesienia pomocy na wielką skalę wykorzystały one media społecznościowe. Innej możliwości nie było - linię 911 w ciągu godziny bombardowało niemal 20 tysięcy połączeń - 300 telefonów na minutę, 5 na sekundę. Wobec przeciążenia linii telefonicznych zdesperowani mieszkańcy korzystali z serwisów społecznościowych takich jak Twitter. Siedziba nowojorskiej straży pożarnej odbierała setki "ćwierknięć" na minutę. W opanowaniu tego chaosu pomagała specjalistka do spraw mediów społecznościowych Emily Rahimi. - Między 20 a 22 przeczytałam mnóstwo rozpaczliwych wpisów. Nigdy nie widziałam czegoś takiego na Twitterze. Ludzie nie mogli połączyć się z numerem 911, więc próbowali wezwać pomoc przez portal. Z treści i szybkości pojawiania się kolejnych wpisów biła panika. - relacjonuje. Za pomocą Twittera Emily Rahini próbowała udzielać konkretnym osobom rad, które mogły uratować im życie: - Tamtej nocy tłumaczyłam ludziom, że jeśli w domu gromadzi się woda, to znaczy, że na zewnątrz jest jeszcze bardziej niebezpiecznie. Fala przemieszczała się błyskawicznie, niosąc ze sobą tony gruzu. Lepiej było pozostać w środku i czekać na pomoc. Potem dodaje: - To był zdecydowanie prawdziwy huragan XXI wieku.

W obliczu kryzysu stanęli wszyscy. 29 października służby medyczne przyjęły niemal 6 tysięcy wezwań, w większość szpitali brakowało wolnych miejsc, niektóre zostały odcięte od świata i pacjentów w stanie krytycznym trzeba było ewakuować. W każdym budynku porządku pilnował patrol policyjny - by ograniczyć wybuchy paniki. Mało kto był w stanie uwierzyć, że takie rzeczy dzieją się w Nowym Jorku.

Szok i przerażenie

Brak prądu i łączności, powódź, porywisty wiatr - to nie wszystko. Niedługo trzeba było czekać na kolejne tragiczne skutki huraganu. Gdy na skutek uszkodzenia linii energetycznych wybuchł pierwszy pożar, szalejący wiatr błyskawicznie zaczął roznosić ogniste płomienie. Mieszkańcy okolicznych domów stanęli przed śmiertelnym dylematem: uciekać przez zalane rwącą wodą ulice czy czekać, licząc na to, że ogień ominie akurat ich domy? Czy można liczyć na pewną pomoc? Niekoniecznie, uwięzione były także niektóre oddziały straży pożarnej. Sandy kpiła sobie ze wszystkich, dla nikogo nie robiąc wyjątku.

Całe wybrzeże było w szoku. Mimo ostrzeżeń, mało kto spodziewał się aż takich strat. Do Nowego Jorku i New Jersey ściągali eksperci, by wyjaśnić, co się stało. Siłę uderzenia Sandy ocenił m.in. inżynier Tim Marshall: - W Breezy Point spłonęło 111 domów. To cud, że nikt nie zginął. Także łowca huraganów Jeff Piotrowski szacował rozmiary zniszczeń: - Fala powodziowa płynie z taką siłą, że wyczynia niewyobrażalne rzeczy - wyrzuca auta na barierki, stawia jedne samochody na drugich. W kulminacyjnym punkcie huraganu woda miała około metra sześćdziesięciu - metra osiemdziesięciu głębokości, do tego niosła ze sobą fale i po prostu zatopiła całą okolicę.

Zniszczenia były tak duże, że wielu mieszkańców nie miało do czego wracać. Inni musieli się przed tym powstrzymać - huragan zrobił z ich domów śmiertelne pułapki. Niektóre domy - wypłukane z fundamentów - leżały na polach, jedne na drugich. Inne - zniknęły zupełnie. Doszczętnie zniszczona została dzielnica Seasight Heights. W samym centrum strefy zagrożenia znalazł się Dolny Manhattan - przez miasto przetoczyła się rekordowa fala o wysokości 4 metrów. Nieprzygotowane na taką powódź były m.in. budynki dzielnicy finansowej. Liczącą 108 lat sieć metra dotknęła największa katastrofa w jej historii: na niektórych stacjach woda sięgała aż do sufitu.

Zalany Manhattan - zobacz fragment filmu

Gdzie kryje się przyczyna tego spustoszenia?

Czy to my sami odpowiadamy za Sandy?

Historyk Andrew Needham twierdzi, że pod ziemią znalazł powód, dla którego akurat ta część Dolnego Manhattanu okazała się tak wrażliwa na skutki powodzi. - To historia konfliktu pomiędzy ludźmi a naturą, historia, której prawie nikt nie zna. Trudno w to uwierzyć, ale w tym miejscu był kiedyś bagnisty brzeg oceanu. Ludzie zawłaszczyli go sobie, wyrzucając tu ziemię, śmieci, popioły, pozostałości po szalejących na Dolnym Manhattanie pożarach - dosłownie wszystko, z czego mógł powstać nowy ląd. Budowanie na śmieciach umożliwiło ponad 400-letni rozwój Manhattanu. Ale potężna fala powodziowa, którą przyniosła Sandy, na jakiś czas przywróciła pierwotne położenie linii brzegowej.

Także oceanograf Simon Boxall uważa, że igranie z naturą może mieć zgubne skutki: - Dom z widokiem na morze to luksus, ale należy pamiętać, że plaża to rozlewisko. Budowanie na terenach wydartych naturze to duże ryzyko. Bez względu na umocnienia brzegowe zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że przyroda upomni się o swoją własność.

Naukowców nie dziwi, że huragany się zdarzają, ale niepokoi ich częstotliwość występowania tych zjawisk. - Myślę, że Sandy to dzwonek, a raczej dzwon ostrzegawczy dla nowojorczyków i mieszkańców wschodniego wybrzeża - mówi Simon Boxall.

Inne pytanie brzmi: jak to się stało, że Sandy przekształciła się w superhuragan o niewyobrażalnych rozmiarach, huragan, który spustoszył Karaiby, by następnie zwrócić się w kierunku Stanów Zjednoczonych? Informacje na ten temat musi zebrać Narodowe Centrum Huraganów. Jeszcze w momencie uderzenia w niebezpieczną misję ruszają dwa samoloty. P3 "Łowca Huraganów" to latające laboratorium. Zbiera dane z sond, czyli specjalnych dronów wypuszczanych z samolotu. Spuszczona z samolotu sonda mierzy temperaturę, wilgotność powietrza oraz ciśnienie wewnątrz huraganu, a także prędkość i kierunek wiatru. Te dane mają pomóc służbom ratowniczym podjąć właściwe decyzje co do ewakuacji mieszkańców Nowego Jorku i New Jersey. Wyniki z sond przerażają naukowców: Sandy to huragan z najwyższej ligi, wciąż rosnący w siłę i nabierający niszczycielskiej mocy przez swoje olbrzymie pole. Porównują: huragan Andrew miał 290 kilometrów średnicy, Katrina - jeszcze większą. Irene - również. Ale Sandy jest matką ich wszystkich - jej układ ma szerokość ponad tysiąca sześciuset kilometrów.

Huragany przemieszczające się wzdłuż wschodniego wybrzeża zwykle skręcają na wschód i zanikają nad północnym Atlantykiem. Ale front nad Grenlandią i układ niskiego ciśnienia nad Stanami Zjednoczonymi nadały Sandy inny kierunek.

Kolejną niezwykłą rzeczą było to, że Sandy nie zawróciła nad Atlantyk, jak większość huraganów na tej szerokości geograficznej, lecz skierowała się w stronę lądu. Wiatry wiejące z południowego zachodu przesuwają układ na północ. Jeśli wieje ze wschodu, huragan przemieści się na zachód. Zbliżając się do lądu wiatr pchał przed sobą masy wody. Fala za falą, ocean uderzał o brzeg i wdzierał się na ulice. Metr sześcienny wody waży około tony. Huragan Sandy zalał wybrzeża Nowego Jorku i New Jersey ponad czterystoma pięćdziesięcioma milionami ton wody.

Ostatnim elementem tej zabójczej układanki był Księżyc. Siły grawitacyjne Księżyca przyciągają wody oceaniczne, nieznacznie unosząc ich powierzchnię. Wody wybrzuszają się ku Księżycowi, tworząc dwa pływy w ciągu doby. W czasie pełni siły grawitacyjne Słońca i Księżyca sumują się, wywołując wyjątkowo wysokie przypływy. Superhuragan Sandy wtargnął na ląd właśnie podczas pełni. Na skutek pełni poziom oceanu podniósł się o niemal 2 metry. Gdyby Sandy uderzyła podczas kwadry, gdy pływy są nieznaczne, miast wschodniego wybrzeża nie zalałaby tak wielka powódź. Sandy uderzyła więc w najgorszym momencie. Był przypływ, a wtedy poziom oceanu jest wyższy niż zwykle. W połączeniu z potężnym wiatrem wywołało to 4-metrową falę powodziową. Sandy była huraganem doskonałym. Jej sile sprzyjały wszystkie istotne czynniki.

Przygotujmy się na duże zmiany

Ale ekstremalne zjawiska pogodowe nawiedzają różne miejsca na kuli ziemskiej. W 2012 roku rosyjskie rolnictwo dotknęła druga susza na przestrzeni ostatnich dwóch lat. Latem Wielką Brytanię zalały rekordowe opady. Od lat walkę z morzem toczy Wenecja. Stany Zjednoczone regularnie nawiedzają niszczycielskie tornada. Wywołane suszą pożary strawiły już ponad 3,6 miliona hektarów lasów. Zmiana klimatu staje się faktem. W ciągu ostatnich stu lat średnia temperatura powietrza na kuli ziemskiej podniosła się o pół stopnia Celsjusza. Ale czy za tak ekstremalne zjawiska pogodowe jak huragan Sandy można obarczyć winą zmieniający się klimat?

Naukowcy nie potrafią jeszcze jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie - nie wystarczy stwierdzić, że coś staje się normą, trzeba to zmierzyć.

Praktycznie wszyscy eksperci są natomiast zgodni, że to człowiek jest odpowiedzialny za ocieplenie klimatu. Globalne ocieplenie oznacza, że w atmosferze gromadzi się więcej energii. Podobnie jest z oceanami. Widać to właśnie w przypadku huraganów. Ta zwiększona ilość energii odpowiada za ekstremalne zjawiska i układ pór roku. Nasz klimat się zmienia: mamy więcej huraganów i cyklonów tropikalnych, mocniejsze wiatry. Przez najbliższe stulecia ludzie będą musieli do tego przywyknąć. Ci sami eksperci ostrzegają, że takie huragany jak Sandy będą się powtarzać. W dodatku podniesie się poziom wód. Tak będzie przez najbliższe stulecia. Gdy poziom morza się podniesie, ludzie przeniosą się na wyżyny. W najbliższych dwóch-trzech stuleciach naszym głównym zadaniem będzie przeniesienie i przebudowa naszych miast.

O filmie "Huragan Sandy: chaos w wielkim mieście"

"Huragan Sandy: chaos w wielkim mieście" to specjalny, godzinny dokument, którego globalna premiera będzie miała miejsce w listopadzie w 171 krajach. Widzowie National Geographic Channel znajdą się w samym środku oka cyklonu, by zobaczyć, jak wiejący z prędkością 145 kilometrów na godzinę wiatr stopniowo poszerzał swoją niszczycielską siłę, niosąc ze sobą ulewy i śmiertelne burze sztormowe, zmuszając tysiące ludzi do opuszczenia swoich domów, a miliony pozbawiając prądu. Najbardziej ucierpiały społeczności stanów New Jersey i Nowego Jorku, gdzie skutki Sandy nadal uniemożliwiają powrót do normalności. Naukowcy w specjalnych wypowiedziach zastanowią się też głębiej nad nieprzewidywalną wściekłością naturalnych kataklizmów XXI wieku.

Dokument zawiera zarówno relacje ludzi, którym udało się uciec przed kataklizmem, jak i pierwszych ekip ratowniczych, ekspertów meteorologicznych i łowców burz. Zobaczymy amatorski film dokumentujący wybuch w elektrowni ConEd w Nowym Jorku. "Wyglądał jak scena z filmu science fiction. Wszyscy krzyczeli" - mówi John Mattiuzzie, dokumentalista i mieszkaniec Brooklynu.

Dokument rozkłada na czynniki pierwsze realne przyczyny i konsekwencje niszczącego huraganu, z wykorzystaniem obrazów generowanych komputerowo, fragmentów programów informacyjnych, przyciągających uwagę amatorskich filmów oraz nowych, bezpośrednich wywiadów" (Jeremy Dear, starszy wiceprezes ds. programowych w Pioneer Productions).

Polska premiera w niedzielę, 25 listopada o godzinie 22 na National Geographic Channel.

Globalna emisja w listopadzie w 171 krajach