Przeprawa przez dżunglę [FRAGMENT KSIĄŻKI "Zaginione Plemię"]

Prezentujemy drugą część fragmentów książki "Zaginione plemię" Scotta Wallece'a, fotoreportera National Geographic, który opisuje wyprawę śladem ostatnich niezbadanych Indian. Polska premiera bestsellerowej powieści o przygodach w amazońskiej dżungli, na której obecny będzie również autor, odbędzie się 18 października w warszawskiej kawiarni Wrzenie Świata. Na półkach księgarni książka pojawi się w środę (17.10).

Fragment powieści "Zaginione plemię"

Połowa wyprawy dotarła już na drugą stronę - przebiegając po kłodzie bez cienia wahania, chociaż wszyscy nieśli ładunki o wadze bliskiej czterdziestu kilogramów - kiedy przyszła kolej na mnie. Txema Matis ustawił się na początku mostu z jedną stopą na pniaku, a drugą na kłodzie, i mnie podsadził. Miał życzliwą okrągłą twarz, przyozdobioną w stylu Matisów, i niezwykłą siłę w ramionach. Uczepiłem się jego dłoni dla oparcia, zanim złapię stopami równowagę. Podniosłem wzrok. Poręcz znajdowała się na prawo ode mnie, więc przełożyłem torbę z aparatem na drugie ramię. Sprawdziłem ponownie torebki strunowe i nieprzemakalne chroniące mój notes i aparaty. - Nie myśl - powiedział Txema. - Po prostu idź. - Serce mi waliło, kiedy ruszałem na drugą stronę.

Trudno było ocenić, jakie mogą być konsekwencje upadku. Może tylko przemókłbym i bezlitośnie naśmiewano by się ze mnie do końca podróży. Indianie nadal żartowali z tego, jak wywróciłem się w ostatniej wiosce Kanamari. - Scotchie upada, robi ziuuu! - śmiał się Ivan

Arapá. - Ale jakiś cięższy uraz byłby tutaj poważną sprawą. [ ] Wziąłem głęboki oddech i skoncentrowałem się ze wszystkich sił, wiedząc, że jeżeli się poślizgnę, będzie to równoznaczne z wpadnięciem do ciemnej, dość płytkiej wody oraz mnóstwem konsekwencji, z których niewiele było przyjemnych. Krok po kroku moje odziane w wysokie tropikalne buty stopy pokonywały śliską powierzchnię kłody. W połowie drogi sięgnąłem do poręczy, ale szybko zdałem sobie sprawę, że nie jest wystarczająco masywna, żeby zapewnić jakieś porządne oparcie; korzyści z niej były głównie psychologiczne.

- Brawo, Scott! - wykrzyknął Possuelo i sięgnął po moją dłoń, kiedy dochodziłem do drugiego brzegu. - Udało ci się! - Poczułem radość młodego debiutanta, który właśnie przekroczył próg tajnego stowarzyszenia. Kiedy wszyscy przeszli przez most i ponownie zgromadzili się po drugiej strony wody, Possuelo sprawdził kompas i wskazał kierunek Soldadowi i Raimundowi. Ponownie, młócąc maczetami, natarli oni na zwisające liany i gęsty podszyt. Nie było żadnej ścieżki, którą można by iść, tylko to wyrąbane w dżungli przejście.

Gdy brnęliśmy pod górę od mostu, znalazłem się w szeregu za Orlandem, z przodu kolumny. Pozbawiony swoich rozwianych loków, zaczął nosić dziwaczną czapkę od pustynnego munduru polowego, z wysoką główką i niedużym daszkiem, przypominającą czapki oficerskie Korpusu Afrykańskiego Rommla, założoną tyłem do przodu. Jego obcisła koszulka khaki z krótkim rękawem napinała się na opalonych bicepsach. Chłopak taszczył plecak z pełnym ładunkiem, a do tego dwudziestkędwójkę.

Nie trwało długo, gdy drogę zablokowała nam kolejna rzeka. Szliśmy wzdłuż brzegu, rozciągniętą gęsiego kolumną, szukając przejścia na drugą stronę. Po lewej zza zasłony zwisających gałęzi i pnączy migotało blade pasmo srebrzystoświetlistej wody. Szedłem teraz tuż za Nicolasem, szósty albo siódmy od czoła kolumny, gdzie Soldado i Raimundo cięli maczetami dżunglę. Nagle z przodu dobiegły nas przytłumione krzyki, a po nich ogłuszający wystrzał ze strzelby. Pobiegliśmy do przodu, nie wiedząc, czego oczekiwać. Natknęliśmy się na Soldada, Possuela i Raimunda, stojących na skarpie i patrzących na ogromne drzewo, które samo z siebie zwaliło się do rzeki, tworząc naturalny most na drugą stronę. Soldado mocno zaciągał się papierosem, ręka mu drżała. Jego ostrzeżenie było prorocze; ledwo udało mu się uskoczyć przed zabójczą żararaką. Wąż zaatakował, gdy Soldado schodził po zboczu, aby sprawdzić most. Prawie że trafił go w twarz. Kiedy gad błyskawicznie uciekał, Possuelo próbował trafić go ze strzelby Raimunda, ale spudłował. Właśnie oddawał broń Raimundowi, kiedy nadbiegliśmy.

- Niewiele brakowało - wymamrotał Soldado ze śmiertelną powagą. - Ten jad zabija. Widziałem ludzi, którzy umarli od jego ugryzienia. - W apteczce mieliśmy ogólną antytoksynę. Ale niewiele by pomogła, gdyby wąż trafił Soldada w szyję.

- Mogło być źle - pokiwał głową Possuelo. Skuteczność antytoksyny zależała od tego, ile jadu wąż wstrzyknie, ale nawet młody osobnik potrafiłby zebrać dosyć toksyny, żeby zabić dorosłego człowieka. Żararaka jest blisko spokrewniona z kajsaką, znaną ze swojej hiperagresywności, i odpowiada za więcej zgonów ludzi w Ameryce Południowej niż jakikolwiek inny wąż. Soldado powiedział, że przez czterdzieści trzy lata w dżungli nie zdarzyło mu się tak bliskie spotkanie ze śmiercią. Zbył jednak wydarzenie wzruszeniem ramion i dołączył do Raimunda na kłodzie, oczyszczając ją z gałęzi zręcznymi cięciami maczety. Następnie jeden za drugim zaczęliśmy przechodzić na drugą stronę. Drzewo zwaliło się na niskim brzegu, ale jego pień wylądował na górze skarpy po drugiej stronie, toteż przejście przypominało wspinaczkę po długiej, łagodnej rampie, liczącej dwadzieścia jeden metrów. Poręczy nie było. Dopiero zaczynałem orientować się na pniu, gdy po drugiej stronie strumienia podniosły się krzyki: - Zabij skurwiela!- I znowu zagrzmiał strzał.

Przeszedłem ostrożnie po moście, zaniepokojony, co się tam dzieje. Kiedy dotarłem na drugą stronę, jeszcze jeden wąż leżał bezwładnie w trawie u stóp Possuela, a z jego głowy sączyła się krew. Długie, żółto-brązowe ciało nadal drgało resztkami życia. Wąż uniósł się w chwili, gdy Possuelo schodził z mostu. Txema Matis zobaczył, że przygotowuje się do ataku, i strzelił jak snajper, na tyle w bok, by podmuch powietrza nie uderzył Possuela w nogi, a na tyle blisko, żeby wąż pozostał w strefie rażenia. Wykazał się niezwykle szybkim refleksem i sprawnym działaniem. - Muito obrigado, wielkie dzięki - wysapał Possuelo, ocierając pot z czoła i ponownie naciągając kapelusz na głowę. Zakładałem, że to dwa różne grzechotniki, ten, który zaatakował Soldada, i ten tutaj, zażartowałem więc ponuro, że pewnie były "strażnikami mostu". Ale Orlando zaoponował: - To był ten sam wąż, mówię ci. Widziałem, jak przepłynął rzekę i nas ścigał.

[ ] Po wydarzeniu z wężem postanowiłem trzymać się blisko czoła kolumny. Musiałem bacznie cały czas obserwować Possuela, aby wyłapywać jego komentarze i widzieć, jak reaguje na dżunglę w całej jej zdumiewającej nieprzewidywalności. Kiedy ponownie podjęliśmy wędrówkę po drugiej stronie rzeki, wcisnąłem się do kolumny tuż za Possuelem. Posuwaliśmy się krętą drogą przez klaustrofobiczne tunele z wysokiej trawy, nisko wiszących gałęzi i kołyszących się pnączy. Nicolas wykorzystywał każde moje najmniejsze potknięcie, żeby mnie wyprzedzić. Tam i z powrotem zamienialiśmy się miejscami, zawarłszy swego rodzaju niepewny rozejm. Nicolas upierał się, że on też potrzebuje być blisko Possuela, zwłaszcza gdybyśmy nagle i w sposób niezamierzony zetknęli się w środku lasu z Plemieniem Strzały. Jak dowodził, musiał uwiecznić tę historyczną chwilę na filmie: niezdarnie wyciągnięta ręka Possuela, Indianie z szeroko otwartymi oczami, napięcie towarzyszące spotkaniu.

Przypadkowe spotkanie było mało prawdopodobne, ale nie zupełnie bezprecedensowe. Jeden z najwcześniejszych "pierwszych kontaktów" Possuela rozegrał się w ten właśnie sposób ponad ćwierć wieku wcześniej. Possuelo razem z kolegą sertanistą, Wellingtonem Gomesem Figueiredem, przewodził ekipie badawczej mającej sprawdzić pogłoski o dzikich Indianach nad górnym biegiem rzeki Quixito w północno-zachodnim zakątku Javari. Indianie wślizgiwali się niezauważeni do obozów drwali i odrywali im guziki od ubrań, jak się wydaje, po to, aby używać ich jako ozdób. Działo się to w czasach, kiedy wytyczne FUNAI nakazywały nawiązywanie kontaktu, a drwale oraz inni leśni przedsiębiorcy mieli silną motywację do informowania agencji o takich spotkaniach: myśleli, że sertaniści zostaną wysłani w celu oczyszczenia terenu z indios bravos i że będą mogli w dżungli bezpiecznie działać. Ekipa FUNAI poszła się rozejrzeć. Natknęli się na ślady stóp w dżungli i poszli za nimi. - Przed sobą zobaczyliśmy mężczyznę opierającego się o drzewo i trzymającego długą dmuchawkę - opowiadał mi Possuelo, kiedy szliśmy. - Podeszliśmy bardzo powoli. Człowiek nie wie, co się zaraz stanie: czy nie dostanie strzałką w pierś. - W grupie było około piętnastu Indian, wszyscy całkowicie nadzy poza opaskami na ramię z rafii oraz osłonami na penisa, którebyły tradycyjnym męskim strojem w dziczy, chroniącym ich intymne części ciała, gdy biegli przez dżunglę. Ekipa Possuela posuwała się do przodu z rękami podniesionymi wysoko do góry, uśmiechając się i śpiewając; w lesie tylko wrogowie podchodzą w milczeniu. Mężczyzna powoli opuścił dmuchawkę. Próbowali się porozumieć, ale chociaż w grupie kontaktowej byli Indianie z trzech plemion, nie zostali zrozumiani. Ustalili jedynie, że była to faktycznie ta sama grupa Indian, którą drwale nazywali Maya.

To zetknięcie się przebiegło pokojowo, ale różniło się wyraźnie od typowych kampanii na rzecz przyciągania, mających powoli przywabiać Indian do placówki FUNAI. Sertaniści znajdowali się w środku dzikiego lasu i obie strony zachowywały się ostrożnie. Kiedy zapadła noc, Maya, obawiając się zdrady, uparli się, że będą spali na Possuelu i Figueiredzie, przyciskając ich ręce i nogi do ziemi. Sertanistom nie udało się dowiedzieć czegoś więcej o historii Indian - czy mają krewnych gdzie indziej, czy są częścią większego, istniejącego jeszcze plemienia, czy też może są jego jedynymi ocalałymi przedstawicielami. Gdy rozstawali się dwa dni później, dali im prezenty: maczetę, nóż, kilka siekier i garść guzików. Indianie wydawali się do pewnego stopnia obeznani z tymi narzędziami, co według Possuela świadczyło o tym, że przez lata podkradali drwalom więcej niż tylko guziki. Miał nadzieję, że to spotkanie będzie oznaczało początek trwałych kontaktów. - Kiedy się pożegnaliśmy, wskazałem na niebo i wyjaśniłem, że wrócę, kiedy słońce wzejdzie i zajdzie trzydzieści razy, a księżyc zmieni się raz. - Ale w międzyczasie Possuelo ściął się ze swoim dowódcą, facetem, który "wtykał nos we wszystko", i został przeniesiony z Javari. Nigdy więcej nie widziano plemienia Maya, choć krążyły niepotwierdzone plotki o masakrze, która mogła ich szczep unicestwić. Possuelo pamiętał, że był wśród tych Indian chłopiec, któremu brakowało oka. Więc kiedy dziesiątki lat później wypłynęły niejasne doniesienia o grupie nomadów wędrujących nad górnym Quixoto, a wśród nich mężczyzna z blizną na oku, Possuelo zaczął się zastanawiać: - Czy mógł to być ten sam człowiek, teraz zupełnie dorosły? - zachodził w głowę. - Czasem taką możliwość rozważam.

Zrobiło się już późne popołudnie i zacząłem się zastanawiać, jak długo jeszcze będziemy iść, zanim Possuelo powie, że na dzisiaj dość. Byłem wykończony, przemoczony od stóp do głów przez deszcz, pot i błoto. Brnęliśmy przez płytkie, sięgające kolan igarapés, i ponownie zagłębialiśmy się w cienisty las. Teren robił się stopniowo coraz trudniejszy: bardziej strome zbocza, bardziej spadziste zejścia, więcej błota, więcej upadków.

A potem, w najbardziej nieoczekiwany i dyskretny sposób, odkryliśmy, że weszliśmy na ziemie Plemienia Strzały. Na małej polanie pod dużym drzewem leżało kilka rozłożonych liści palmowych, niektóre równolegle do siebie, niektóre prostopadle; rozmysł, z jakim zostały ułożone, wskazywał na dłonie istoty ludzkiej. Liście już zbrązowiały, choć nie zrobiły się jeszcze kruche, widać na nich było podługowate wgniecenie, jakie zostawia ciało na materacu w tanim motelu.

- Spali tu - orzekł Possuelo, wskazując na liście palmowe.

- Jak dawno? - zapytałem.

- Nie tak bardzo. Prawdopodobnie kilka dni temu. Na pewno w tym sezonie. (...)

Wróć do części I

Spotkanie ze Scottem Wallacem odbędzie się 18 października o 19.00 w kawiarni Wrzenie Świata przy ulicy I. Gałczyńskiego 7 w Warszawie.

embed
Więcej o: