Singapur

Singapur nazywany jest często Fine City. To gra słów. "Fine" to po angielsku "świetny", "wspaniały", "ładny". Ale "fine" to także "kara", "grzywna". Nawet za jedzenie czy picie w metrze grozi kara kilkuset dolarów

Singapur

Singapur nazywany jest często Fine City. To gra słów. "Fine" to po angielsku "świetny", "wspaniały", "ładny". Ale "fine" to także "kara", "grzywna". Nawet za jedzenie czy picie w metrze grozi kara kilkuset dolarów

Autorka: Monika Witkowska

Nie da się zaprzeczyć, że Singapur to kraj bardzo czysty, uporządkowany, bezpieczny, ze zdyscyplinowanym społeczeństwem. I nie ma co kryć, że w dużej mierze to zasługa konsekwentnie przestrzeganego systemu kar. Cennik jest jasny i wszystkim znany - na przykład za śmiecenie grozi kara 500-1000 dolarów singapurskich (1 US$ = 1,7 S$) plus ewentualnie praca społeczna na rzecz miasta i nagranie na taśmie wideo przejawu skruchy delikwenta oraz obietnicy poprawy. Za łamanie zakazu palenia możemy zapłacić 1000 dolarów, tyle samo - za żucie gumy w miejscach niedozwolonych albo... karmienie ptaków. Sikanie w windach, a także jedzenie i picie w metrze kosztuje 500 dolarów, zaś rozmowa przez telefon komórkowy podczas prowadzenia samochodu do niedawna karana była 200 dolarami i konfiskatą telefonu, teraz zaś więzieniem. Wandalizm - to ryzyko chłosty lub więzienia (albo i to, i to), tak samo - molestowanie seksualne. Nie ma pobłażania za narkotyki - posiadanie powyżej 20 gramów to wyrok śmierci. Karane jest nawet plucie, niespuszczenie wody w toalecie (kontrolują to kamery) i sprzedawanie wspomnianej gumy do żucia (można ją mieć tylko na swoje potrzeby). Zabronione jest posiadanie broni - jedyne zezwolenia wydaje się dla policji i wojska.

Ojciec chrzestny

"Nie ma tu żadnych bogactw naturalnych, bogactwem są ludzie" - napisano w informatorze o Singapurze. To prawdziwy fenomen - w ciągu niecałych 200 lat ten mający zaledwie 42 km długości i 23 km szerokości kraj, złożony z bagnistych wysepek, przekształcono w ekonomicznego potentata. Kiedy w 1819 roku przybył tu wysłannik Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej sir Stamford Raffles, nie przewidywał, że założony przez niego posterunek handlowy tak szybko rozwinie się w potężne miasto-państwo. Mimo że od roku 1965 Singapur jest już samodzielną republiką, zasługi Rafflesa są tu jak najbardziej doceniane. W centrum stoi pomnik szanownego Brytyjczyka, a jego imię noszą najsłynniejszy hotel, szkoła, wielki kompleks handlowo-usługowy, klub golfowy, reprezentacyjny bulwar, latarnia morska, a nawet... klasa biznes w narodowych liniach lotniczych.

Pół lew, pół ryba

Najpierw wyrosłą tutaj osadę nazywano Temasek, czyli w tłumaczeniu: Morska Wioska. Pewnego dnia, kiedy gnębieni sztormami mieszkańcy zgromadzili się na wspólne modły o ratunek, z morskiej kipieli wyłoniła się dziwna bestia - pół ryba i pół lew. Ryk tego tzw. Merliona pokonał siły natury - wiatr ucichł, fale straciły swoją moc. Machnął Merlion ogonem i wrócił do morza, ale to nie koniec jego wpływu na losy miasta. Nazwa Temasek przetrwała do XI wieku, kiedy to przybyły z Sumatry książę zobaczył dziwne, podobne do lwa zwierzę - owego Merliona. W sanskrycie lew to singa, miasto zaś pura - od tej pory przyjęła się nazwa Singapura, czyli Miasto Lwa.

Legendarny Merlion stanowi obecnie symbol Singapuru. Jego wielki, 37-metrowy posąg na wyspie Sentosa to teraz punkt widokowy. Wieczorami błyskający laserowym światłem "morski lew" odgrywa główną rolę w pokazie światło i dźwięk plus tzw. tańczące fontanny. Drugi, mały Merlion, stoi w centrum miasta, nad rzeką.

Drugim, zupełnie innego typu symbolem Singapuru są orchidee. W tutejszym Ogrodzie Narodowym można zobaczyć w sumie 700 gatunków tych delikatnych kwiatów oraz 2100 hybryd! Jest wśród nich także najstarsza naturalna singapurska hybryda, znaleziona w 1893 roku przez Aques Joachim na pędzie bambusa w jej ogrodzie. W 1981 roku odmianę uznano za kwiat narodowy. A pani Joachim, Ormianka z pochodzenia, doczekała się uwiecznienia swojego imienia w nazwie rośliny (po łacinie Vanda Miss Joachim). "Swoje" orchidee mają też liczne znane osobistości. Dowodem na to jest tzw. ogród VIP-ów, w którym rosną m.in. orchidea Margaret Thatcher i królowej Elżbiety II.

Śniadanie z orangutanem

Mówi się, że Singapur to zakupowy raj. Ceny są zwykle niższe niż w Polsce, ale nie przesadzajmy z ich superatrakcyjnością. Natomiast trzeba przyznać, że jest gdzie zakupy robić. Zagęszczenie wielkich kompleksów handlowo-usługowych, jest wprost szokujące. Najsłynniejszą handlową ulicą jest Orchard Street, czyli ulica Sadowa. Nazwa nawiązuje do licznych plantacji pieprzu i gałki muszkatołowej, które rozciągały się tutaj w XIX wieku.

"Przecena" - co rusz kuszą napisy. Oglądam sprzęt fotograficzny (po to akurat warto tu przyjechać), ale ostatecznie kończę na zakupie... lodów. Jak tu się nie skusić na widok tak oryginalnych smaków: durian, czerwona fasola, kukurydza...

Minęły jednak czasy, kiedy o Singapurze myślało się głównie w kontekście zakupów. Szkoda czasu na sklepy, skoro tyle tu do oglądania.

Jedną z głównych tutejszych atrakcji jest na przykład nocne safari. Wagonikiem pociągu przemierzam dolinę nepalskiej rzeki, afrykańską sawannę, południowoamerykańską pampę, dżunglę indomalezyjską... Co rusz z mroku wyłaniają się jakieś zwierzaki. Czasem ich obecność zdradzają jedynie odgłosy lub zapachy. Wychodzi na spotkanie bongo i jednorogi nosorożec, przebiega drogę hiena, skrada się tygrys malezyjski (na liście gatunków zagrożonych). Można też wybrać szlaki piesze - dzięki szczegółowym opisom dowiaduję się o polujących na ryby kotach (pływanie umożliwiają im łapki z błonami), a także o tym, jak pożyteczne są wydry (plantatorzy ryżu korzystają z ich "usług" przy łapaniu raków, które niszczą ich pola), W sumie na 40-hektarowej powierzchni żyje ok. 110 gatunków zwierząt.

Park z nocnym safari zamykany jest o północy. Komu mało wrażeń, rano może wybrać się do normalnego zoo i zjeść... śniadanie w towarzystwie orangutanów. Inny pomysł na śniadanie propaguje Ptasi Park - Jurong. W otoczeniu świergoczącej hałastry, zajadając tosty, można posłuchać wróżb, jakie opowiadać nam będzie... papuga. Potem jest czas, by odwiedzić przynajmniej część z 8 tys. zgromadzonych tu ptaków. Wpatruję się w jeziorko z flamingami, na pokazie drapieżników podziwiam zwinne orły, dopinguję ścigające się na rowerkach ary, a w pawilonie ptaków nocnych szukam znanego mi z Nowej Zelandii kiwi. W zauroczeniu ptakami nie wolno ominąć 30-metrowej wysokości wodospadu - to najwyższy w świecie wodospad zrobiony przez człowieka!

Zima w tropikach

W kraju o tak krótkiej historii nie ma wiekowych zabytków. Na tle nowoczesnych wieżowców kolonialne budynki ratusza i sądu najwyższego wyglądają jak z innej planety. Pozostałością po Brytyjczykach jest też wybudowany w latach 80. XIX wieku Fort Siloso. Historia jest ważna, ale Singapur stawia na nowoczesność i przyszłość.

Nieprawdą jest, że Singapur to betonowa dżungla, las drapaczy chmur. Z dala od centrum są też normalne osiedla mieszkaniowe, kompleksy sportowe, dzielnice willowe, dużo zieleni i wbrew pozorom sporo przestrzeni jeszcze niewykorzystanej przez cywilizację, celowo oddanej lub zwróconej naturze.

Przykładem wyspa Pulau Ubin, na którą dostać się można tylko terkoczącą łodzią. Tu wcale nie jest ani nowocześnie, ani specjalnie czysto. Na wyspie, która ma 8 km długości, największe wzięcie mają rowery (można pożyczyć). Taksówki wprawdzie też są, ale sprawiają wrażenie, jakby czekały już nie na klientów, lecz na złomowanie. Przyjeżdża się tu na pikniki, na plaże, na ryby, popatrzeć na bawiące się w koronach drzew makaki... Przy przystani można kupić tanie rambutany - cała kiść tych śmiesznie wyglądających owoców kosztuje tu kilka razy taniej niż w Singapurze-mieście.

Z kolei na północy kraju, prawie pod malezyjską granicą, znajduje się Sungei Buloh Nature Park. Bagnista okolica przypomina mi nieco rozlewiska Narwi. Wędrując wyznaczonymi szlakami, można tu trafić na rozmaite ptaki wodne, węże, wielkie jaszczury. Po wodzie pływają lotosy, na moście przybito tabliczkę, by nie karmić małp. No nie, to jednak inaczej niż nad Narwią...

Pomysłem na długi dzień może być wyspa Sentosa. Akwarium, Park Motyli, Laguna Delfinów, arcyciekawe muzeum historii Singapuru - atrakcji tu nie brakuje, a króluje nad nimi statua Merliona. Najlepiej dostać się tu gondolkami startującymi ze wzgórza Mt. Faber - drugiego co do wysokości w kraju (najwyższe wzniesienie ma 164 m n.p.m.).

Dla mnie jednak największym zaskoczeniem jest... Snow City. Śnieg? Tu, w kraju położonym 140 km od równika? To niemal fatamorgana - w wielkiej hali jest góra, na której można pojeździć na nartach, a w specjalnej kabinie przeżyć śnieżną zamieć.

Czerwona tajemnica

Doskonałym punktem widokowym na miasto jest Compass Rose Restaurant mieszcząca się na 70. piętrze hotelu Westin Stamford, wpisanego do Księgi rekordów Guinnessa jako najwyższy hotel świata (226,13 m). Po 36 sekundach jazdy windą czeka nas zapierająca dech panorama - oprócz Singapuru widać także Malezję i Indonezję. Restauracja często wykorzystywana jest na przyjęcia rządowe. Jadali tu m.in. George Bush, królowa Elżbieta II czy sułtan Brunei Hassanal Bolkiah.

Warto też wstąpić do jeszcze jednego hotelu - Raffles, najstarszego w Singapurze, zbudowanego w 1887 roku. Nie namawiam do wydatku od 600 do 2 tys. dol. za spędzenie nocy, za to polecam drinka w hotelowym Long Bar. Receptura wymyślonego na początku XX wieku Singapore sling przez lata utrzymywana była w tajemnicy. W 1936 roku zdradził ją jeden z gadatliwych kelnerów. Dziś wiemy, że czerwona, zdobiona ananasem zawartość kieliszków to głównie dżin zmieszany z wiśniową brandy i sokiem ananasowym.

Najtłoczniej w barze w hotelu Raffles jest wieczorem. Nie brak jednak innych propozycji nocnych rozrywek. Koniecznie powinniśmy skorzystać z rejsu po przepływającej przez centrum rzece. Jeśli wysiądziemy przy Clarke Quay, od razu zwabi nas nocny bazar z pamiątkami i uliczne hinduskie bary serwujące szaszłyki zwane satay. Spacerując, docieram do Mohamad Sultan Street, gdzie wciąga mnie atmosfera klubów nocnych. Każdy dom to inny lokal - z kilku, które obchodzę, najbardziej przypada mi do gustu Sugar (czyli po prostu: Cukier). Jest dopiero godz. 23 - towarzystwo dopiero się schodzi. Po sali krąży barman ze strzykawką - podejrzany płyn okazuje się tequillą, wstrzykiwaną wprost do gardła ochotnika.

Jedną z ulubionych rozrywek mieszkańców Singapuru jest karaoke. Są miejsca, gdzie śpiewa się publicznie, przy całej sali, większym powodzeniem cieszą się jednak wynajmowane, kameralne pokoiki, wyposażone w odpowiedni sprzęt. Nie zawsze tylko o zdolności wokalne w takiej intymnej atmosferze chodzi. Oficjalne domy publiczne także są - łatwo je rozpoznać po czerwonych numerach adresowych.

Narodowościowy tygiel

Wprawdzie powszechnie obowiązującym w Singapurze językiem jest angielski, ale oprócz niego status urzędowych mają także trzy inne - chiński-mandaryński, malajski i tamilski. Nic dziwnego - trzymilionowa populacja tego kraju to narodowościowa mieszanka. Większość stanowią Chińczycy (77 proc.) i Malezyjczycy (14 proc.), ale oprócz nich, jak najbardziej zgodnie, mieszkają biali, Hindusi, Arabowie...

Niełatwo uzyskać tutejsze obywatelstwo. Decyzję podejmuje rząd, a podstawowy warunek to użyteczność dla państwa. Duże szanse mają np. piłkarze i wysokiej klasy specjaliści.

Wielonarodowość Singapurczyków widać po świątyniach. Mamy tu i świątynie hinduistyczne, i buddyjskie, są meczety, synagoga, kościół ormiański, katedra katolicka i anglikański kościół św. Andrzeja.

Spacer po dzielnicach etnicznych to jeden z głównych punktów programu zwiedzania Singapuru. Rejon zwany Little India zdominowany jest zgodnie z nazwą przez Hindusów. To dzielnica inna od pozostałych - kobiety chodzą tu ubrane w sari, wszechobecne są kramy, w których sprzedaje się kwiatowe girlandy, kuszą knajpki oferujące doprawione curry potrawy i ostrej imbirowej herbaty. I w przeciwieństwie do innych miejsc w Singapurze tu wcale nie jest sterylnie czysto.

Inny charakter ma zdominowany przez ludność malajską Kampong Glam. Do wielkiego, zdobionego złotą kopułą Meczetu Sułtana doprowadzi nas Arab Street, przy której owinięte w chusty kobiety przebierają w rozmaitych pachnidłach z napisem "bezalkoholowe". Tutejsza muzułmańska społeczność odrzuca alkohol w każdej postaci, także jako dodatek do kosmetyków. Turystów tu mało, za to nie brak ich na China Town. Otoczone kolorowymi kamienicami uliczki to jeden wielki bazar. Można kupić kadzidełka, klatki dla ptaków, zieloną herbatę, wachlarze, posążki Buddów, koszulki, a także roleksy za 20 dolarów. Zegarkowe podróby nie są jednak eksponowane w witrynach - handel odbywa się na zapleczu.

Przy Pekin Street zatrzymuję się, by popatrzeć na zielone wykończenia dachów. To nawiązanie do zasad feng shui - zieleń to kolor liści drzew, a te symbolizują rozrost, energię, co dla sklepu oznacza prosperitę. Tu i ówdzie są też lusterka - odpędzają złe moce. Na jednym z placów stoi wielki namiot. W środku - otwarta trumna, przed nią, niczym w świetlicy, krzesła dla gości. Wśród darów składanych zmarłym są papierowe pieniądze, biżuteria, a nawet... tekturowe telefony komórkowe i laptopy. Cóż, co kraj to obyczaj.

Singapur to państwo-miasto kojarzone z nowoczesnością. Ale zaskakujące, że w kraju, gdzie już dzieci w przedszkolu uczą się obsługi komputerów, nadal na wszechobecnych ołtarzykach składa się ofiary bogom i przodkom, a nawet przed zainwestowaniem na giełdzie prosi się bogów o radę. Ciekawe też, że zamieszkanie w nowoczesnym bloku nie przeszkadza, by suszyć bieliznę na wysuniętych za okno bambusowych kijach. Ale kto powiedział, że nowoczesność wyklucza tradycję?

Monika Witkowska