Tajemnicze miejsca w Polsce: Jedlinka - duchy, zakopane skarby i drzwi do schronu

Kiedy tylko tu wszedłem, od razu poczułem, że natkniemy się na jakąś niezwykłą historię. Wkrótce odnaleźliśmy pamiętniki i wtedy wszystko się zaczęło - mówi Łukasz Kazek, dyrektor owianego mroczną tajemnicą pałacu w Jedlince.

Łukasz urodził się w Górach Sowich i bez reszty poświęcił się swojej małej ojczyźnie. Napisał książkę o ukrytych tu skarbach, dawnych mieszkańcach oraz o projekcie o kryptonimie "Olbrzym" dotyczącym budowy podziemnych bunkrów i sztolni. Tak trafił do pałacu Jedlinka w Jedlince Zdroju, w którego komnatach podczas II wojny światowej mieściły się biura inżynierów pracujących nad największym projektem górniczo-budowlanym hitlerowskich Niemiec. W głębokich zakamarkach pałacu do dziś jeszcze znajduje się stare, niemieckie gazety i fragmenty zapisków. W piwnicach, które powinny ciągnąć się pod całym pałacem, brakuje części pomieszczeń. Te znane przedzielają potężne, gazoszczelne, metalowe drzwi przypominające zamknięcie wielkiego sejfu. Jest ich sześcioro, każde o wadze 700 kg. Niegdyś strzegły schronu.

Przed II wojną światową Jedlinka nazywała się Tannhausen. W XVIII wieku stanął tu barokowy dwór, który w 1795 roku został zamieniony na okazały pałac. Projekt przebudowy przygotował prawdopodobnie Carl Gotthardt Langhans, twórca m.in. Bramy Brandenburskiej w Berlinie. W zależności od pory dnia światło muska kolejno amfiladowo ułożone wnętrza. Najbardziej okazała jest sala balowa z ogromnymi lustrami znajdująca się w południowo-wschodnim rogu pałacu. Turyści opowiadają, że czasem widzą w lustrze jakąś kobietę, która tak naprawdę tędy nie przechodzi. Jedna ze zwiedzających obdarzona darem jasnowidzenia oświadczyła właścicielom pałacu, że dama z lustra jest duchem. Nikt w to nie uwierzył, ale sprawa nie ucichła...

We wrześniu 2008 roku do Jedlinki przyjechali potomkowie rodziny von Böhm, ostatnich przedwojennych właścicieli majątku, i wtedy wybuchła bomba. Böhmowie przywieźli rodzinne pamiętniki świadczące o tym, że w pałacu pojawia się zjawa.

Jedlinka - historia

- Na początku trochę śmialiśmy się z tych historii, w XXI wieku trudno uwierzyć w duchy Jednak pisane przez kilkadziesiąt lat wspomnienia autorstwa różnych ludzi ujawniły, że mamy kilka nierozwiązanych zagadek - opowiada Łukasz Kazek, obecnie dyrektor pałacu Jedlinka. Okazuje się, że w 1835 roku niejaki Samuel Rothenbach, wrocławski tokarz, wygrał na loterii sporą gotówkę i kupił za nią Jedlinkę. Żona tokarza szybko zaczęła się szarogęsić w pałacu. Oskarżyła młodą służącą o kradzież srebrnej łyżeczki. Dziewczyna zaklinała się, że jest niewinna, ale nikt nie dawał jej wiary. W końcu ojciec panny, cieśla Hildebrand, postanowił rozmówić się z tokarzem. Jak pisze kronikarz "wziął jednak najpierw wzmocnienie w miejscowym browarze, a potem poszedł poruszony emocjami do pałacu". Pan Rothenbach znajdował się wtedy w gabinecie. Obydwaj mężczyźni zaczęli sobie wzajemnie wygrażać, Rothenbach chwycił za broń myśliwską wiszącą na ścianie. Padł strzał. Hildebrand osunął się na ziemię. Pan na Jedlince prawdopodobnie nie chciał zabić ojca służącej, ale nerwy puściły. Właściciel pałacu gdzieś przepadł. Dopiero wieczorem służba znalazła go na strychu. Powiesił się w pomieszczeniu, gdzie zwykle suszyło się pranie. Kilka dni później, nocą, przy pochodniach, tylko w towarzystwie wiernych psów ziemskie szczątki tokarza zostały złożone na cmentarzu. Opowieść o tragedii kończy wielce znaczący zapis: "Rothenbach jeszcze do dzisiaj straszy - to notatka dla lękliwych dusz".

Jedlinka - duchy

- Niezależnie od tego, czy duchy istnieją, czy nie, wszyscy wiemy, że są rzeczy, które nie śniły się filozofom - mówi Radosław Leda, do którego rodziny obecnie należy pałac. - Wielokrotnie słyszeliśmy na strychu jakieś kroki i stukanie, mimo że ta część pałacu jest zamknięta i nikt tam nie wchodzi. Ludzie z ekipy sprzątającej pałacowy budynek zarzekali się, że kilka razy widzieli, jak klucze w pokojach gościnnych same przekręcają się w drzwiach. Z logicznego punktu widzenia to przecież niemożliwe!

Oprócz tokarza Rothenbacha w pałacu mieszkała jeszcze jedna osoba, której dusza nie może zaznać spokoju. W drugiej połowie XIX wieku Jedlinkę kupił Carl Krister, bogaty przedsiębiorca i właściciel manufaktury porcelany. Na starość bezdzietni Kristerowie postanowili zaadoptować biedną sierotę. Pamiętniki donoszą: "Dorósłszy, panienka poznała buchaltera i oddała mu serce, do czego starzy Kristerowie przyłączyli swój olbrzymi majątek". Tym sposobem buchalter stał się panem serca wychowanicy, a zarazem właścicielem olbrzymiego majątku. Pani Kristerowa, choć życzliwa wychowanicy, nie pogodziła się z brakiem własnego potomstwa, co na zawsze miało ją przywiązać do pałacu. Do dziś mieszka tu jej duch.

Jedlinka - zakopane skarby

- Kilka tygodni temu wybuchła kolejna sensacja i teraz już zupełnie nie wiemy, co o tym myśleć - mówi Radosław Leda - Kiedy zaczęła się wojna, właściciele majątku Ulrich Böhm i jego brat Werner, jako oficerowie rezerwy, zostali powołani do Wehrmachtu. Zarządzanie całym majątkiem spadło na barki ich siostry Eriki, która również opiekowała się matką, Klarą Böhm. Od 1944 roku w Jedlince miał swoje biura oddział organizacji Todt, którego zadaniem było budowanie podziemi w Górach Swoich. Pałac jako obiekt wojskowy został wtedy utajniony i uzyskał nazwę Willa Erika. W lutym 1945 roku, kiedy front był już bardzo blisko, Erika Böhm kazała zebrać srebra i cenną porcelanę z pałacu, schować je do trzech skrzyń i ukryć na terenie majątku. Pani Müller, która pomagała w zakopywaniu skrzyń, przekazała później, że do maja 1945 roku wszystkie miejsca porosły trawą i nie zostały odnalezione.

Rodzina Ledów usiłowała odnaleźć zakopane skrzynie. Miejsce wskazał mieszkający dziś w Nowym Jorku Günther Böhm, syn nieżyjącego już Gustawa Böhma, brata ojca Eriki. Skrzynie miały zostać ukryte koło budynków gospodarczych, w których dziś mieści się hotel, niemal tuż przy saunie. Nie udało się. Gdzie znajdują się skrzynie i co w nich naprawdę jest?

Jedlinka - na tropie skarbu

Pałac odwiedza wiele osób. Największe poruszenie wywołała wizyta pary Anglików mieszkających od lat w Namibii. Starsza pani opowiedziała, że jej rodzice znali Wernera Böhma, brata Eriki. Kiedyś, choć nie wiadomo, w jakich okolicznościach, opowiedział im, że chciałby, aby ukryte przez siostrę skarby zostały na zawsze pod ziemią. Opowiadał, że skrzyniach znajduje się komplet sztućców, który niegdyś znaleźli, gdzieś na strychu. Nikt nie wiedział, skąd tam się wziął. Kiedy okazało się, że brakuje w nim łyżeczki, ktoś przypomniał sobie o tej, przez którą zginął pan Hildebrand. Podobno zaczęła krążyć opowieść, że te srebra mogą przynieść pecha.

- To dość ciekawa historia, bo Werner popełnił samobójstwo i ani on, ani Erika, ani ich bracia nie mieli dzieci - tłumaczy Łukasz Kazek. - W 1933 roku zmarł Gustaw Böhm, ojciec Eriki, matka Klara zmarła tuż po wojnie. Urlich zginął w 1945 roku na froncie pod Strzegomiem, zaledwie 50 kilometrów od domu. Werner dostał się do radzieckiej niewoli. Erika uciekła w przebraniu siostry Czerwonego Krzyża. Reinhard wyemigrował do Afryki, do Namibii. Wkrótce dotarł do nich Werner, który - w niewyjaśnionych okolicznościach - odebrał sobie życie. Samobójstwo popełniła również Erika. W 1979 roku, jako ostatni, zmarł Reinhard. W ten sposób ta linia rodziny całkowicie wygasła... Przypadek, możliwe, ale trzeba przyznać, że dość niesamowity...

Dziś już wiadomo, że jedna z trzech skrzyń Eriki została odnaleziona w czasach PRL-u. Nie wiadomo jednak, co w niej było ukryte... Ponoć Werner Böhm pragnął, aby ukryte przez siostrę skarby zostały na zawsze pod ziemią.

Tekst pochodzi z magazynu "Szósty Zmysł"

embed
Więcej o: