Kenia safari - Masai Mara [EKSKLUZYWNE WYPRAWY]

Afryka, Kenia, Masai Mara. Przez cały dzień uganiamy się za zwierzętami. Z drapieżników trafiamy na gepardy. Kilka młodych lwic zalega z pełnymi brzuchami w skąpym cieniu krzewów. Roślinożercy w pełnej krasie: bawoły, stada słoni i nawet trudny zwykle do wytropienia nosorożec także padają naszym łupem.

Zima na północnej półkuli to doskonały czas na wyprawowe wspomnienia. Najlepiej te związane z eskapadami w ciepłe miejsca. Za oknami literackie szaro-buro, a nawet jeśli biało, to wiatr i temperatura nie zachęcają do paradowania w bermudach jak tam, gdzie słońce przez cały rok stoi wyżej.

Chciałbym teraz móc ponarzekać na zatykającą płuca wilgotność powietrza czy żar lejący się z nieba. A tak? Siedzę w głębokim fotelu, ogień huczy w kominku, a w połowie puste szkło świadczy o rosnącej koncentracji przed napisaniem krótkiej afrykańskiej opowieści.

Komu z was Afryka kojarzy się przede wszystkim z chorobami, głodem, piratami z Somalii i groźnymi zwierzętami? Może właśnie dlatego, a może na przekór owym plagom, jestem jej wielbicielem. Nie podróżuję tam w roli eksperta, raczej dla przyjemności, bardziej jako koneser, w warunkach o niebo innych od tych z czasów Livingstona czy nawet Margaret Mitchell.

Kenia

Kenia. Dla wielu to brama do Afryki. Masowa turystyka wytarła tu mapę w miejscach, takich jak Mombasa czy Park Narodowy Tsavo w jego wschodniej i zachodniej odmianie. Bezpośrednie czartery wożą żądnych safari i ciepłych wód oceanu podróżników teraz nawet i z Polski. Masowy turysta trafia więc na masową ofertę. Przyzwyczajeni do niezrównanych obrazów z kanałów National Geographic czy Animal Planet konfrontują swoje wyobrażenia z rzeczywistością codziennego uganiania się za zwierzakami w minibusach. Na próżno szukać w tym romantyzmu z nie tak odległych przecież czasów. Czy jednak wszystko stracone? Czy oferta all inclusive już za kilka lat poda nam Czarny Ląd na tacy? Wielka Piątka w cenie? Afryka zaliczona?

Jasne, że nie! I Bogu dzięki! Oto wyprawa, w której wziąłem udział.

Kenia - ekskluzywna wyprawa na safari

Przylot do Nairobi, co typowe dla Afryki, rozpoczynam od pytania, czy mój bagaż przyleciał ze mną. Miłe panie bez zbędnego pośpiechu badają wszystkie linie papilarne, jakie posiadam. Jeszcze tylko 50 USD od wuja nomen omen Obamy (nawet w Afryce historia zatacza koła) i już szukam podręcznego - z rozmiaru - bagażu na taśmie.

Tym razem skutecznie. Pozostaje już tylko droga przez skąpo oświetlone miasto do oazy luksusu, którą niewątpliwie jest nowo otwarty hotel Sankara. Fakt, leży na tyłach Shella i przez ostatnie 200 metrów brnę po błotnistej i o niewiadomej głębokości kałuż drodze, ale za to rankiem, zanim mój transfer zabierze mnie do lokalnego Wilson Airport, delektuję się zupełnie nieafrykańskim, obfitym bufetem śniadaniowym.

Kierowca z &Beyond nadrabia drogi, abym przed wylotem zdążył jeszcze wymienić będące znowu w cenie dolary na lokalną walutę. Sam twierdzi, że przed dziewiątą mam na tę operację marne szanse. Trafiamy na targ. Czegóż tu nie ma! Dobre 15 minut stoimy przed sklepem z misternie rzeźbionymi afrykańskimi przedstawicielami fauny. Podkreślam to szczególnie, bo większość dostępnych później w sprzedaży figurek jest masowo obrabiana w fabryce w Mombasie. Tam 250 osób robi słonia, 150 żyrafy, 200 lwa przeplatanego zebrą. Oczekiwanie nie zdaje się na nic. Ciągną mnie głębiej w mniej urokliwe miejsca i tam w świetle gołej żarówki, na słabo widzącym światło kalkulatorze i w pośpiechu wymieniam (NIELEGALNIE?) kilkaset "zielonych". Dookoła blaszaki łatane kartonami i przypadkową deską, a u wejścia - jakaż odmiana w tym otoczeniu - naręcza pięknych kwiatów, jak na targu w Holandii.

Safarilink unosi mnie w powietrze przy pomocy Cessny Caravan. Jak wiadomo, nas, Polaków wyraz "karawan" nie napawa szczególnym optymizmem. Nic bardziej mylnego! Ten jednosilnikowy statek powietrzny to jeden z najbardziej popularnych i wysoce niezawodnych samolotów używanych od Kapsztadu po Kair. Ląduje i startuje niemalże w każdych warunkach. To ważne, bo dzisiaj wysiadam na drugim "przystanku" w Siana Springs. Wąskie płachetko odrobinę utwardzonej gleby służy tu za pas startowy. Nieopodal żyrafy niespiesznie skubią akacje, głuche na warkot białego ptaka. Powitanie przez Alexa - silver guide'a i Nelsona - masajskiego tropiciela, zapowiada wyjątkowy pobyt w Mara Bushtops. Dobrze schłodzony południowoafrykański Sauvignon Blanc i owocowe przekąski pozwalają na leniwy relaks w tym urządzonym ad hoc sawannowym business lounge'u.

Kenia - nocleg na safari

Lodge, w którym przyjdzie mi spędzić trzy niezapomniane dni, jest oddalony od lądowiska o 10 minut. Georget Guilbert - manager tego miejsca i przyjaciel właścicieli, Claudii i Andrew Stewartów, urządza serdeczne powitanie. Zanim rozpocznie kolorową opowieść o początkach Mara Bushtops, przedstawia mi Lidię - prywatnego butlera - odpowiedzialną za moją poranną kawę z widokiem na sawannę na tarasie luksusowego namiotu. Safari bez namiotu? Pewnie możliwe, ale jednak to nie to samo. W lodge'u jest ich dwanaście. Każdy nazwany inaczej: bawół, słoń, lew... - trafiam do żyrafy i, jak się wkrótce przekonam, to dobry omen. W Mara Triangle wytropimy największe stado żyraf, jakie widziałem w swoim życiu!

Teraz jednak czas na lunch. Taras restauracji (a la carte (!), a w piwniczce takie rarytasy, jak Chateau Mouton Rothschild z 1970) wychodzi na słoną sadzawkę, nazywaną tu trochę na wyrost "salt lake". Nie nazwa jednak, a piękne okoliczności przyrody zdają się tu być najważniejsze. Zwierzęta odwiedzają ten wodopój o każdej porze dnia. Zgrabne impale strącają nanizaną na źdźbła traw poranną rosę, brodate gnu, pozbawione tego wdzięku, próbują po prostu sięgnąć kałuży, a wieczorem okolicę okupują tyleż majestatyczne co groźne bawoły afrykańskie. Camp nie jest ogrodzony ani tym bardziej zamykany na noc. Wieczorem eskorta w postaci Masaja z białą bronią przysługuje każdemu. Mój mały o tej porze mózg (zmniejsza się czasowo z każdym dobrym daniem i butelką wina) nie potrafi sobie wyobrazić, jak ten Masaj miałby obronić miniaturową dzidką mnie i siebie przed słoniem lub lwem. Jedyna logiczna (i samotna) myśl, jaka tłucze się w jaskini mojej czaszki, to to, że w podbramkowej sytuacji obroni raczej siebie mną...

Resztką świadomości docieram do mojej "żyrafy". Powierzchowną ablucję wspartą gruntownym szorowaniem zębów kończę trójskokiem prosto w szerokie łoże i... wyskakuję jak oparzony. W moim łóżku COŚ JEST! Z KTOŚ pewnie dałbym radę, ale z COŚ? Na sawannie? W panice sięgam po ciężki statyw, wydłużam maksymalnie trójnóg i z bronią gotową do pchnięcia, powoli, ostrożnie unoszę brzeg kołdry. Strużka zimnego potu już żłobi swe koryto między łopatkami pleców. Jeszcze tylko kilka centymetrów i skąpe światło z panelu solarnego odsłania kontury przerażającego... termoforu.

Lidia dostaje spazmów śmiechu, gdy opowiadam następnego dnia o moim nocnym "polowaniu". Odsłania trzy ściany namiotu, wpuszczając słońce i rześkie powietrze. Chwilę potem podaje na srebrnej tacy parującą kawę i croissanta. Nie ruszam się z łóżka i, popijając czarny płyn, podziwiam panoramę buszu.

Rezerwat Narodowy Masai Mara

Godzinę potem, już pod opieką Alexa jedziemy do bram parku. "Lwy zabiły trzy krowy!" - woła z daleka podekscytowany chłopiec. Dorośli Masajowie nie wydają się być tym zbytnio zmartwieni. Mara Conservancy zwróci im za szkody wzorem naszych Lasów Państwowych. Niepokoi ich bardziej fakt, że świeża krew przyciągnie padlinożerców. Wygłodniałe hieny z braku łatwego łupu potrafią, nie przejmując się zbytnio pasterzami, zaatakować stado krów. Ci więc spiesznie "sprzątają" resztki po lwiej uczcie.

Jesteśmy już daleko w rezerwacie, gdy pasterze kończą swoją pracę. Rezerwat Narodowy Masai Mara zajmuje ponad 1500 km2 powierzchni, co nie jest może przestrzenią imponującą, w porównaniu z tanzańskim Serengeti (25 000 km2), ma jednak nad tym drugim parkiem pewną przewagę. Dzikie zwierzęta, a szczególnie drapieżniki, łatwiej zobaczyć właśnie tu. Stosunkowo duża populacja koncentruje się na małym obszarze, a naturalną przeszkodą w wędrówce zwierząt jest rzeka Mara. Nieprzebrane stada antylop gnu i zebr pokonują ją dwa razy do roku podczas spektakularnej Wielkiej Migracji. Żyjące w rzece krokodyle nie odchodzą wtedy od stołu...

Przez cały dzień uganiamy się za zwierzętami. Z drapieżników trafiamy na gepardy. Dwa młode samce - według Nelsona bracia - rozglądają się wśród antylop gnu i gazeli Thompsona za łatwą zdobyczą. Kilka młodych lwic zalega z pełnymi brzuchami w skąpym cieniu krzewów. Roślinożercy w pełnej krasie: bawoły, stada słoni i nawet trudny zwykle do wytropienia nosorożec także padają naszym łupem. Nosorożec to bez wątpienia temat na oddzielną opowieść. Wszyscy wiedzą, że populacja nosorożców zmniejsza się gwałtownie. Wszyscy poza gangsterami z Dalekiego Wschodu. Sproszkowany róg tego ssaka nadal jest podstawą tamtejszych leków na potencję. W samym tylko 2010 roku w Parku Krugera w Południowej Afryce kłusownicy zabili ponad 300 (!) nosorożców. Te, które przeżyły, również nie mają lekko. Dostrzeżone w buszu muszą stawić czoła kawalkadzie różnej maści pojazdów, co prawda w "bezkrwawym" - ale przecież mocno stresującym polowaniu.

Masai Mara - luksusowa kąpiel na safari

Polowanie - przynajmniej naszym przodkom - kojarzyło się z jedzeniem. Jak przystało na wytrawnego tropiciela Nelson wykrywa swoim wrażliwym uchem lunchowy koncert naszych... kiszek. Zataczamy szerokie koło, aby zbadać teren wydaje się być bezpieczny. Land Cruiser w kilka chwil zmienia się w... minirestaurację serwującą szwedzki bufet z sałatkami oraz wołowiną w orzechach i kurczakiem po... tajsku. Jeszcze tylko dobrze schłodzony dodatek z winnic Stellenbosch i już w spokoju obserwujemy, jak niegrzesząca urodą hiena dźwiga w pysku swe świeżo narodzone szczenię. Zebry, czując chwilową przewagę, próbują ją przegonić. Z dobrym skutkiem.

Sawanna i busz wydają się również ucztować. Kilka kilometrów dalej trafiamy w korycie Mara na stado hipopotamów i kilka krokodyli. Te drugie obracają w wodzie swą zdobycz. To jedna z antylop gnu z widocznego już po stronie Serengeti stada. Pozostałe spokojnie skubią trawę.

Gdy wieczorem zasiadam do długiej rozmowy z Georgetem, cały ten dzień wydaje mi się po prostu nierealny. Jeszcze w drodze do lodge'u Alex zamówił dla mnie gorącą kąpiel w drewnianej (jak w Japonii!) wannie, a tuż przed kolacją masaż.

Georget jest gawędziarzem. Siedzimy już dobrą godzinę, a usta się mu nie zamykają. Trudno te barwne opowieści spamiętać, a już na pewno nie sposób je zmieścić w tej krótkiej relacji. Warto jednak przytoczyć choć jedną. Posłuchajcie

Zanim Mara Bushtops stała się luksusowym lodgem, Glen Cottar - założyciel leżącego nieopodal Siana Springs - używał pobliskiej sadzawki jako miejsca do nocnej obserwacji zwierząt. Często zapraszał tam swoich gości. Z biegiem czasu uzyskał zgodę lokalnych Masajów na założenie czegoś w rodzaju lokalnej ambony, która, poza obserwacją, służyła w sytuacjach awaryjnych za miejsce noclegowe - była tam toaleta i prowizoryczny prysznic. W ostatni dzień grudnia 1982 roku w Siana Springs pojawił się samotny mężczyzna i poprosił o nocleg. Niestety cały obóz był zajęty. Patricia, żona Glena, zaoferowała samotnikowi schronienie w "leopard out view" (tak wcześniej nazywano to miejsce). Po kąpieli i kolacji odwieźli gościa na spoczynek, by rano ponownie przyjąć go na śniadaniu. Akurat tego dnia Patrycja przygotowywała książkę pamiątkową z przeznaczeniem dla "leopard out view". Mężczyzna zaoferował się z pierwszym wpisem. Wpis, choć lakoniczny, chwalił wyjątkowość lokalizacji. Pod ostatnim akapitem gość złożył swój podpis... Robert Redford.

Aktor podróżował wtedy po Afryce, przygotowując się do swej roli w filmie Pożegnanie z Afryką. To jednak nie koniec tej opowieści. Na drzwiach swojej noclegowni, ku uciesze właścicieli Redford pozostawił kartkę z informacją: "Robert Redford korzystał z tego prysznica, woda nadaje się do sprzedaży".

Masai Mara - wyprawy ciąg dalszy

Rozstanie z Mara Bushtops nie było łatwe. Choć może nie zabrzmi to naturalnie (bo przecież w naszym kraju mężczyzna, który gada o uczuciach, to nic tylko zwykła baba jest) - to nie mam co ukrywać - dla mnie Mara Bushtops to niewielki obóz z ludźmi o wielkich sercach.

Długa, wyboista, a miejscami skąpana w błocie droga do Mara Triangle nie wzbogaciła szczególnie moich dotychczasowych obserwacji. Po nieco ponad 4 godzinach udało się jednak dotrzeć do &Beyond Bateleur Camp. I na początek miłe zaskoczenie. Manager, kelner i jeszcze kilka osób powitało nas śpiewem przy akompaniamencie gitary - z całej treści ballady zrozumiałem jedynie słowa "hakuna matata", te same, które padają w treści słynnej animacji o Królu Lwie - "no worries" - "nie martw się". I taki też miałem plan.

Naszym przewodnikiem jest tu Charity. Byłam pierwszą kobietą w tym męskim zawodzie. Na początku wszyscy traktowali mnie jak maskotkę - wspomina. - A ja ciągle musiałam udowadniać, że jestem lepsza. Teraz jest ich już tu kilka i nie jest to żadną sensacją. Na dowód, że są profesjonalistkami, nie musiałem długo czekać. Popołudniowy game drive dostarczył wielu "łupów", między innymi zdjęcie, które zdobi okładkę tego wydania. Prawdziwy kunszt tropicielski Charity ujawnił się jednak o zmroku. Podczas gdy wszystko dookoła zlewało się już w trudne do rozróżnienia ciemne plamy, sobie tylko znanym sposobem wypatrzyła lamparta, który szykował się do skoku na koba śniadego (waterbucka). Samej akcji nie było nam dane już zobaczyć. Zapadł zmrok.

Na zakończenie dnia mieliśmy jednak i my swój dreszczyk emocji. Przewodniczka zatrzymała samochód w absolutnej ciemności i zaprosiła nas na lampkę wina... na zewnątrz. Trzymając w jednym ręku szperacz dużej mocy, raz po raz omiatała nim okolicę, podczas gdy drugą przygotowywała stolik i poczęstunek. W pewnym oddaleniu hipopotamy wychodziły właśnie z Mary na żer. Raz przydarzył nam się atak bawołu afrykańskiego. Nie zdążyliśmy zwinąć stolika, ale nikomu nic się nie stało - opowiedziała od niechcenia jedną z przygód. Nie kryliśmy radości, gdy po kilku nerwowych łykach pozwoliła nam wrócić do naszego blaszanego schronienia...

Masai Mara - bushwalking

Następnego dnia zgodnie z planem wyruszyłem na bushwalking. Tak nazywają tu wyprawę w sawannę z uzbrojonym w sztucer rangerem i masajskim przewodnikiem. Bateleur Camp w przeciwieństwie do Mara Bushtops jest ogrodzony, a w drutach płynie wysokie napięcie. Przez dobre piętnaście minut nie mogliśmy jednak opuścić terenu obozu. Bawoły afrykańskie nie spuszczały z nas oka, a liczące kilkanaście osobników stado słoni wybrało właśnie ten moment na zejście w dół doliny. Przywódca był wyraźnie zdenerwowany. Potrząsał groźnie głową, a trąbą łamał wszystko, co było w jej zasięgu.

Chcąc nie chcąc zdecydowaliśmy się na męczącą wspinaczkę i szerokim łukiem obeszliśmy całe to zamieszanie. Było już dość późno, gdy wchłonęły nas gęste zarośla porastające brzegi rzeki. Poprzez meandry rozpadlin i wykrotów prowadziły do niej liczne i świeże ślady hipopotamów.

Zanim jednak tam dotarliśmy, dosłownie wpadliśmy na żyrafę. Jej "wysokość", zapewne nie mniej zaskoczona od nas, zgrabnie czmychnęła w zarośla. Znaleźliśmy się na skarpie, a dołem Mara toczyła swe brunatne wody. Po drugiej stronie, pod wyżłobionym wysokim stanem wód klifem wypoczywały całe rodziny hipopotamów. Podczas gdy dzieci brykały, grając przy okazji w popularną w okolicy grę "kto kogo pyskiem zepchnie do wody", młodzież urządziła zawody "kto szerzej rozdziawi paszczę". Generalnie nic sobie z nas nie robiły.

Powrót do lodge'u ułatwiła Charity, wyjeżdżając nam na spotkanie Land Roverem. Śniadanie po takim spacerze smakowało wybornie. Skorzystałem też z okazji i w świetle dziennym rozejrzałem się po obszernym, otwartym na sawannę lobby. Czas zatrzymał się tu w miejscu. Liczne antyki, rękodzieła, sporo oprawionych w skórę starych przewodników i albumów, meble, które zwykliśmy nazywać kolonialnymi, skórzane sofy, wygodne fotele i kufry podróżne. Zapewne w takich okolicznościach przychodziło podróżować po tych dzikich stronach damom i dżentelmenom w latach 20. i 30. minionego wieku.

Diani w Ukundzie - nicnierobienie nad Oceanem Indyjskim

Tak, tak. &Beyond Bateleur Camp pozwala bez wątpienia na podróż w czasie. Znakomicie przygotowani do swej roli przewodnicy i rangerzy wydają się być potomkami wspominanych dzisiaj z nostalgią pierwszych odkrywców i poszukiwaczy przygód.

Po południu tego dnia czekał mnie już tylko lot do Diani w Ukundzie i błogie nicnierobienie nad Oceanem Indyjskim. Jednak zanim pilot startuje, jeden z rangerów pędzi jeszcze swym Land Roverem, by przepędzić niesforne stado antylop, które zalega na pasie startowym. Kciuk w górę i opuszczamy te gościnne strony z nadzieją na rychły powrót.

Moje ostatnie dni w Kenii to czysty relaks w Msambweni Beach House & Private Villas

tuż nad oceanem. To jedna z tych ukrytych przed wzrokiem niepowołanych posiadłości, gdzie wszystko jest na miejscu i na zawołanie. Któż nie lubi takich zakończeń?

Coraz częściej zauważam, że czas nie jest moim przyjacielem w podróży. Wszystko dzieje się zbyt szybko. Przecież dopiero tam byłem, rozmawiałem z nimi, oganiałem się od chmary dzieciaków, śmiałem z prostych dowcipów, słuchałem opowieści o życiu i afrykańskich przygodach. Minęły dwa miesiące i nic nie jest tak samo. Zdążyłem w międzyczasie popłynąć Amazonką i powłóczyć się uliczkami kolumbijskiej Kartageny. Zjeść najdroższego w swoim życiu tatara na stokach w Courchevel i pogapić się na tradycyjne wyścigi konne w St. Moritz. A dzisiaj? Zatopiony w fotelu, gdy deszcz łomoce w szyby, wiercę się, nie mogąc usiedzieć w miejscu. Myślami znów jestem gdzieś na końcu świata. No i tam właśnie znów się spotkamy...

Więcej o: