Austria. Tyrol. dwa kroki w chmurach

Seefeld było moim pierwszym spotkaniem z Alpami. Nie pojechałam tam na narty, ale by uczyć się paralotniarstwa. Na wspomnienie startu z 2200 m n.p.m. do tej pory mam dreszcze. Kolejka wytaszczyła mnie na grań, z której trzeba było rozpędzić się prosto w kocioł na dole.

Seefeld było moim pierwszym spotkaniem z Alpami. Nie pojechałam tam na narty, ale by uczyć się paralotniarstwa. Na wspomnienie startu z 2200 m n.p.m. do tej pory mam dreszcze. Kolejka wytaszczyła mnie na grań, z której trzeba było rozpędzić się prosto w kocioł na dole.

- Dasz radę! - krzyknął instruktor. - Zobaczysz, dwa kroki i lecisz! "Dwa kroki i spadam w przepaść", pomyślałam. Wzięłam głęboki oddech, przeżegnałam się i z wytrzeszczonymi z przerażenia oczami ruszyłam w dół po stromiźnie, ciągnąc skrzydło za sobą. Zanim się zorientowałam, leciałam. Gdy minęło pierwsze oszołomienie, uważniej przyjrzałam się cudom pod moimi dyndającymi w powietrzu stopami i pomyślałam, że następnym razem wrócę, by chodzić po górach...

Austria. Seefeld

Jeśli nie jest się zmotoryzowanym, najprościej dolecieć do Monachium, a tam wsiąść w pociąg do Innsbrucka (kursują co 2 godz., podróż przez malownicze alpejskie miasteczka trwa mniej więcej tyle samo). Można też wybrać lot do samego Innsbrucka, co - choć bardziej kosztowne i wymaga przesiadki w Wiedniu - jest fascynującą przygodą. Lotnisko Kranebitten leży wśród ostrych zboczy i lądowanie przysparza nie lada emocji, zwłaszcza że latają tam raczej nieduże samoloty, zawadiacko bujające się w powietrzu.

Wysiadam żegnana donośnym "Serwus" i odkrywam, że po godz. 17 lotnisko właściwie nie działa. Sklepy, wypożyczalnie samochodów, informacja turystyczna, bank (z bankomatem w środku) - wszystko zamknięte. Wzdycham, zarzucam plecak na ramię i idę na przystanek w nadziei, że resztka monet brzęczących w kieszeni pozwoli mi dotrzeć do celu...

Seefeld otaczają mniejsze miejscowości: Scharnitz, Reith i maciupkie Mösern. W każdej jest coś, co warto zobaczyć - baśniowe wąwozy, szczyty z niebywałymi pejzażami, bacówki na polanach. Wybrałam wioskę Mösern, cichutką, pozbawioną atrakcji właściwych kurortom, ale z olśniewającymi widokami na dolinę Innu i możliwością wylegiwania się w słońcu nad jednym z najcieplejszych alpejskich jezior. Zamieszkałam w przytulnym pokoju w hotelu Mosererhof, z bardzo obfitym śniadaniem i sauną. Prowadzi go bardzo miła rodzina - pożyczają mapy i przewodniki, częstują winem i rozpalają kominek (34 euro/noc, www.moesererhof.at). To świetny punkt wypadowy. Do Seefeld i na szlaki w wyższe partie gór dotrzemy w niespełna godzinę jedną z dwóch prostych spacerowych dróg; ambitniejsi mogą wybrać trzecią ścieżkę, przez Gschwandkopf. W drugą stronę można wyruszyć na Hohe Munde, szczyt o charakterystycznym obłym kształcie.

Można też zacząć od... kuchni, czyli przypuścić szturm na Wildmoosalm, ładnie położoną górską restaurację słynącą z pysznych i obfitych porcji (z Mösern godzina wędrówki przez las). Właściciel ma szeroki uśmiech i miażdżący uścisk dłoni. Wszystkich pyta, skąd przyszli i dokąd idą. Sam kroi potężne kawały pieczeni i ochoczo częstuje sznapsem tryskającym ze sprytnie skonstruowanej fontanny przy barze. Turyści, usadzeni w dużej, ciemnawej sali, której ściany pokrywają piłkarskie plakietki i pocztówki z całego świata, przeważnie zjadają (i wypijają!) za dużo, żeby potem porywać się na zdobywanie szczytów. Miejsce jest pod każdym względem urocze, chce się tu siedzieć godzinami (jeśli się zasiedzimy, kilka razy dziennie w pobliże Wildmoosalm dojeżdża autobus).

Warto jednak odmówić sobie kolejnego sznapsa i wrócić na dół piechotą, bo przyjemny szlak wiedzie zakosami wśród jagodzisk. A alpejskie jagody są ogromne, słodkie i bardzo trudno odpuścić sobie kolejny krzaczek. Tym samym droga w dół wydłuża się nieprzyzwoicie.

Austria. Seefelderspitze

Nazajutrz mam ochotę wejść na prawdziwą górę - wybieram Seefelderspitze (2220 m n.p.m). Leniwi mogą podjechać kolejką i tylko ostatni kawałek przejść granią. Ja postanawiam wspiąć się z samego dołu. Trzeba na to przeznaczyć parę godzin, ale idzie się dość łatwo - największy kłopot sprawia mocne słońce. Jedyny trudniejszy odcinek wyposażono w poręcze. Nie znaczy to jednak, że można beztrosko człapać - kamienista ścieżka jest śliska i chwila nieuwagi może drogo kosztować (turystka idąca przede mną skręciła nogę, śmigłowiec odtransportował ją do szpitala).

Chciałabym napisać, że trasie towarzyszą piękne widoki. Z pewnością gdzieś tam są - niestety, im wyżej byłam, tym bardziej gęstniała mgła, która pozwoliła dostrzec niewiele więcej niż różki kozy dziarsko skaczącej przede mną. Dla kóz wąskie, strome ścieżki i kiepska widoczność to żaden kłopot, jeśli sądzić po liczbie niespodzianek, jaką zostawiły dla piechurów na szczycie. Maszerują gęsiego, nie przejmując się towarzystwem ludzi, pobekując nawet, jakby chciały nas popędzić.

Ze skalistego wierzchołka oprócz tradycyjnego krzyża i przymocowanego doń zeszytu do wpisania paru słów dla potomności nie widać nic. Można iść dalej, jeszcze bardziej efektowną trasą na nieco wyższy Reitherspitze (2373 m), ale w tych warunkach postanawiam wracać. Słusznie, bo chwilę po zejściu rozpętuje się upiorna burza - typowa dla tych okolic atrakcja letnich popołudni. Burze trwają godzinami, a odgłos grzmotu odbija się echem od zboczy gór i brzmi tyle fascynująco, co strasznie.

A na dole, w Rosshütte (zimą stacja narciarska, latem punkt zborny piechurów i paralotniarzy, bo stąd ruszają wyciągi i kolejki), czeka wyśmienite zsiadłe mleko serwowane z okazałą truskawką niczym margarita. Czekają też leżaki, z których można do woli korzystać, wygrzewając obolałe mięśnie w ostrym słońcu.

***

Kolejny poranek spędzam leniwie, rozgrzewając się przed długimi marszami nad Möserersee, jeziorem ukrytym w lesie. Okolica przypomina scenografię operetek: lśniąca tafla, potężne świerki, w tle ostre granie Alp. Jest cichutko, spokojnie, woda czysta, ciepła i pełna ryb. Cudownie, choć można wyobrazić sobie przyjemniejsze chwile niż ta, gdy ogromny karp muska was oślizłym cielskiem w łydkę

Mimo legendarnej popularności Tyrolu i bliskości dużych miast w górach nie spotyka się zbyt wielu ludzi. W porównaniu z Tatrami - pustki. Piechurzy są wyśmienicie przygotowani do marszruty i niebywale serdeczni. Uśmiechają się z daleka i wołają "Gruss Gott!".

Te okolice mogą rozczarować miłośników gór dzikich, pozbawionych bogatej infrastruktury, wygodnych dróg. Spragnionym samotności nie będzie tu łatwo, choć da się ją znaleźć. Ale to doskonałe miejsce, by zacząć przygodę z wysokimi górami i pozwolić się im uwieść. Zwłaszcza że Alpy nawet w wydaniu podmiejskim olśniewają urodą

Artykuł pochodzi z "Gazeta Turystyka", sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej.

Więcej o: