Gwatemala. Święto Zmarłych w Santiago Sacatepéquez

Na jeden dzień w roku dusze zmarłych powracają na ziemię. By wskazać im drogę, mieszkańcy Santiago Sacatepéquez wypuszczają w powietrze barwne latawce

Bambus musi być prosty, o odpowiedniej grubości, wytrzymały i elastyczny. Mężczyźni z uwagą oglądają przywiezione znad wybrzeża naręcza drągów. Pukają w nie palcami, unoszą w górę, oceniając kształt, dumają nad każdym kawałkiem - zaakceptowane odkładają na jeden stosik.

- Bambus jest niezwykle ważny - tłumaczy pięćdziesięcioparoletni Escobar. - Z niego powstanie rama latawca. Jeżeli wybierzesz nieodpowiedni, latawiec rozpadnie się przy silniejszym podmuchu wiatru. I zmarli nie przyjdą.

Budowa tych barriletes rozpoczyna się na czterdzieści dni przed el d~a del los difuntos - Dniem Zmarłych przypadającym na 1 listopada.

***

W Santiago Sacatepéquez, niewielkim mieście na południu Gwatemali, zamieszkanym głównie przez Indian Kakchiquel, organizacją obchodów zajmuje się sześć bractw religijnych . Założyli je misjonarze w XVII w., licząc, że pomoże to zaangażować tubylców w życie Kościoła. Do katolickich obrzędów Indianie dołączyli własne zwyczaje i wierzenia sięgające czasów prekolumbijskich. Święto Zmarłych stało się więc uroczystością łączącą wiarę chrześcijańską z tym, co większość księży określiłoby jako ciemne zabobony.

- Latawce to nasi posłańcy, znak, że czekamy na zmarłych - tłumaczy Escobar. - Dzięki nim odnajdują oni drogę na ziemię. A po święcie wracają do swojego świata.

Barriletes powstają powoli, a wszystkie wykorzystywane materiały są naturalnego pochodzenia. - Klej robimy z mąki jukowej wymieszanej ze skórką z limonki i wodą - wyjaśnia mój przewodnik. - Sznurki są z włókna agawy, a ogon latawca z ręcznie tkanej wełny. Duże barriletes mają ramy bambusowe, mniejsze ze splecionej łodygi castilli , rośliny przypominającej pszenicę.

Mężczyźni i kobiety codziennie zbierają się w siedzibie bractwa. Najpierw ustalają, ile latawców powstanie, jakiej wielkości, co będzie na nich namalowane.

- Ja bym postawił teraz na "diamentowe" - mówi Escobar.

- "Diamentowe" były rok temu, zróbmy "księżycowe" - proponuje siedząca pod ścianą starsza kobieta.

"Diamentowe" mają od kilkudziesięciu centymetrów do kilku (nawet dziesięciu) metrów średnicy, oparte są na ramie w kształcie diamentu. "Księżycowe" mają duże, okrągłe ramy i są nie mniejsze niż dziesięć metrów. Są jeszcze "koronne" mierzące od trzech do pięciu metrów, wykorzystujące kolistą ramę z pustą przestrzenią wewnątrz. Gdy członkowie bractwa dojdą wreszcie do porozumienia, zacznie się kilkutygodniowa praca.

***

Gdy 1 listopada wracam do Sacatepéquez, wszystko jest już gotowe. O świcie budzi mnie głuchy, suchy trzask petardy rozrywający powietrze - znak rozpoczęcia obchodów Święta Zmarłych.

Wychodzę na ulicę pogrążoną jeszcze w nocnych ciemnościach i dołączam do mieszkańców podążających na cmentarz. Trwa tam już krzątanina. Kolorowe groby są czyszczone i odmalowywane, a całe rodziny siedzą przy nich, plotkując, śmiejąc się, wymieniając nowinami i zajadając smakołykami. Co jakiś czas odmawiają krótką modlitwę, okadzając teren dymem z copalu - sosnowej żywicy. Po alejkach przemykają chłopcy sprzedający kolorową watę cukrową, owoce i drobne przekąski. Wszyscy są weseli i zadowoleni. Choć jesteśmy na cmentarzu, nie odczuwa się tu smutku i powagi.

- To dobry dzień - wyjaśnia Escobar, którego spotykam przy jednym z grobów. - Wszyscy będziemy dziś razem, nie trzeba się smucić i płakać.

Podekscytowane dzieci biegają wkoło, nie mogąc się doczekać wypuszczania latawców. Te stoją nieopodal, podparte na drewnianych stojakach, gigantyczne i barwne. Pojawiają się operatorzy gwatemalskiej telewizji - choć barriletes są popularne w wielu miejscach kraju, święto w Sacatepéquez jest najbardziej znane.

***

Wyniesienie w powietrze latawca, który ma nawet kilkanaście metrów średnicy, jest nie lada sztuką - potrzeba sporej przestrzeni i kilkudziesięciu mężczyzn. Biegną najszybciej jak się da, ciągnąc barrilete za długi sznur. Rzadko udaje się za pierwszym razem. Latawiec wznosi się na kilka metrów, odfruwa na bok i opada na ustępujący w panice tłum gapiów. Bywa, że poszybuje w górę dopiero po kilkudziesięciu próbach. Wtedy jednak jego siła nośna jest tak duża, że bez trudu godzinami utrzymuje się w przestworzach.

Latawce tkwią wysoko w powietrzu do późnego popołudnia. Z ich pomocą dusze zmarłych wracają do Sacatepéquez i do swych dawnych domów. Tam czekają na nich kapliczki i ołtarzyki, a także poczęstunek i alkohol. Około godz.16 barriletes sprowadza się na ziemię, a Indianie wracają do domów na spotkanie z duszami przodków.

Nie mam tam wstępu, ale mogę dołączyć do procesji, która krąży po mieście. Na jej czele niesiona jest figura świętego - patrona wybranego bractwa. Pochód zachodzi do kolejnych domów w akompaniamencie huku petard i akordeonowej muzyki. Do mieszkań wchodzą nieliczni, ale ci, którzy się nie zmieszczą, mogą również liczyć na przekąski i mocny napitek. Z godziny na godzinę tłumek idący w procesji robi się coraz głośniejszy. Indianie nie słyną z mocnej głowy, nocą wielu z nich leży bez przytomności na poboczach dróg i w krzakach.

Ci, którym udało się przetrwać w lepszej kondycji, rankiem 2 listopada znów idą na cmentarz, by jeszcze raz wypuścić latawce, które teraz wskażą duszom drogę powrotną do niebiańskich siedzib. Pomiędzy grobami jest już bardziej pusto, a latawców o wiele mniej. Panuje nieco senna atmosfera, a po uczestnikach święta łatwo poznać, że całą noc nie zmrużyli oka.

Późnym wieczorem zniszczone przez wiatr lub uderzenia o ziemię barriletes zostaną spalone. Dym z ogniska wskaże drogę powrotną ostatnim zagubionym duszom. Pozostałe latawce czeka podobny los, wcześniej jednak zostaną uroczyście wystawione w kościele.

- Rytuał się wypełnił - mówi Escobar, patrząc na mnie przekrwionymi oczyma, gdy spotykam się z nim parę godzin później. - I wszystko pięknie się udało - dodaje z szerokim uśmiechem.

Artykuł pochodzi z "Gazeta Turystyka", sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej

Więcej o: