Indonezja. Flores. W krainie duchów, hobbitów i latających lisów

Nad naszymi głowami pojawia się chmara włochatych nietoperzy o psich pyskach. Przez ich skrzydła prześwitują promienie zachodzącego słońca...

Gdy nasz statek zawija do Labuanbajo na Flores w archipelagu Małych Wysp Sundajskich, niemal padamy z nóg. Za nami trzy intensywne tygodnie w Indonezji. W dodatku przekonałam moją towarzyszkę podróży, by zamiast samolotu wybrać statek (i więcej zobaczyć po drodze). Jak się okazało, nie był to najlepszy pomysł, a jedynie nauczka na przyszłość, by nie podejmować pochopnych decyzji...

Statek, który w reklamowym folderze wyglądał na dobrej klasy jacht, okazał się małą łajbą bez prysznica i bieżącej wody. Z trudem zmieściło się na niej trzynastu turystów i pięciu członków załogi. Sztorm, który nas dopadł, niemal łódź przewrócił. Kamizelek ratunkowych nie wystarczyłoby dla wszystkich. W dodatku kilka punktów z czterodniowego rejsu z Lomboku na Flores pominięto (nie zobaczyłyśmy m.in. wyspy Moyo, na której plażowała księżna Diana), a że obsługa nie znała angielskiego, nie dało się nawet wyjaśnić dlaczego. Te niezapomniane wrażenia kosztowały nas po 200 dol. od osoby...

Labuanbajo

Labuanbajo nie prezentuje się najlepiej - ogromne koleiny, śmieci i nieprzyjemny zapach w niesłabnącym upale. Ale to właśnie tu ujrzymy jeden z najpiękniejszych zachodów słońca zalewający zatokę pomarańczową poświatą i poznamy wielu życzliwych ludzi, dzięki którym przygoda z Flores na zawsze zapadnie nam w pamięć.

W tym malutkim portowym mieście można spotkać wielu turystów, bo tu właśnie krzyżują się trasy wypraw na pobliskie wyspy - Rincę i Komodo (słyną ze smoków - gadów z rodziny waranów) oraz mniejsze wysepki z piaszczystymi białymi plażami i piękną rafą koralową, doskonale znane fanom snorkelingu.

Choć Flores to katolicka wyspa, większość mieszkańców Labuanbajo stanowią muzułmanie. Mało kto mówi po angielsku, ale wszyscy są uprzejmi i chętni do pomocy. Niestety, nic nie da się załatwić od ręki, a słowa "palang, palang" (powoli, powoli) należą do najczęściej używanych. Pomagają uśmiech i cierpliwość.

Przekonujemy się o tym, próbując zorganizować sobie transport w biurze informacji turystycznej - udaje się po kilku godzinach! Ale za to poznajemy tam parę turystów z Niemiec, którzy prowadzą nas do uroczej włoskiej knajpy Madeinitaly. Po tygodniach jedzenia ryżu wreszcie przepyszna pizza (lepszej nie jadłam nawet w Neapolu!), w dodatku z rąk prawdziwego Włocha - właściciela imieniem Marco.

Tu również spotykamy Dino, który biegle mówi po angielsku i... decyduje się zostać naszym przewodnikiem. Nie nagabuje jak inni, nie namawia na wycieczkę po wyspie. Opowiada tylko, co warto zobaczyć i jak się tam dostać. Bo okazuje się, że to Dino Lopez wybiera swoich klientów. Mamy szczęście!

***

Dino zjawia się z samego rana i ruszamy samochodem w kierunku Bajawy, ok. 230 km od Labuanbajo. Po niecałej godzinie przystanek - musimy zobaczyć słynne kaskady w kanionie Cunca Wulang. Do głębokiej doliny schodzimy przez tropikalny las. Jest 8 rano, a lepki upał już daje się we znaki. Dino prowadzi nas przez pola ryżowe i farmy, na których uprawia się wanilię, kakao i kawę. Miło wędrować wśród takich zapachów.

Po półtorej godzinie marszu chłodzimy się w przejrzystej wodzie kaskad. Dino opowiada legendę o Ebu Gogo - małych włochatych ludziach z płaskimi czołami, którzy wedle wierzeń Manggarai (grupa etniczna zamieszkująca zachodnią część Flores) żyli niegdyś w dżungli. Nikt oczywiście w te historie nie wierzył, aż do 2003 r., kiedy archeolodzy dokonali niesamowitego odkrycia - w wapiennej jaskini Liang Bua odnaleźli szkielet z pozoru trzylatka, ale o uzębieniu wskazującym na dorosłego. Dalsze badania potwierdziły, iż Homo floresiensis , nazywany też hobbitem, mierzył metr; najprawdopodobniej wyginął 12 tys. lat temu w wyniku erupcji wulkanu, który zniszczył całą wyspę.

Okolica jest piękna, ale plan napięty. Gorąco. Z przyjemnością wracamy do klimatyzowanego samochodu. W drodze do Bajawy zbaczamy jeszcze nieco na południe, do nadbrzeżnego miasteczka Aimere słynącego z produkcji araku - wódki z ryżu. Mani, starszy mężczyzna o pobrużdżonej twarzy, zachęca do spróbowania trunku. Po chwili przyjemne ciepło rozlewa się po naszych żołądkach. Mimo rozczarowania Maniego, nie kupujemy jednak skrzynki araku.

Późnym wieczorem jesteśmy w Bajawie.

***

Nazajutrz znów wyruszamy wczesnym rankiem, by zobaczyć tradycyjne wioski ludu Ngada, ok. 20 km od Bajawy. Dino już czeka w samochodzie...

Do wioski Bena trzeba podejść przez bambusowy las. Ale - wbrew naszym oczekiwaniom - wcale nie jest to miejsce, w którym czas się zatrzymał. Często zaglądają tu turyści, a na straganach przed domami pełno pamiątek. Głównie rzeźby z drewna oraz ikat - barwny, ręcznie tkany materiał. Co prawda nikt nie namawia do zakupów, jednak wypada wpisać się do księgi gości i zostawić drobny datek.

Na małych tarasach siedzą kobiety - tkają ikaty, żują betel (popularna używka złożona m.in. z liści pieprzu betelowego, nasion palmy areki oraz przypraw i mleka wapiennego). Otacza nas gromadka dzieciaków; ustawiają się w zabawnych pozach, czekając, aż zrobimy im zdjęcia.

20 minut jazdy i kolejna wioska - Wogo, większa od Beny, z dwoma rzędami krytych słomą bambusowych domostw. Przy placu stoją naprzeciwko siebie słomiane budowle podobne do wiat: okrągłe na cześć mężczyzny (ngadhu), kwadratowe - kobiety (bhaga). W całym Wogo jest dziewięć takich par, każda związana z jednym rodem, niektóre mają ponad sto lat. Jedne upamiętniają przodków poległych w walkach, inne wzniesiono bogom mającym zapewnić urodzaj.

Wogo zamieszkuje kilkanaście rodzin. Ponieważ w okolicy panuje matriarchat, po ślubie mężczyzna przenosi się do wsi żony, dziedziczenie przebiega w linii żeńskiej. Opowiada nam o tym Anni, znajoma Dina i... zaprasza do siebie.

Choć dom jest bardzo skromnie urządzony, centralne miejsce w pokoju zajmuje telewizor. Anni częstuje bardzo słodką herbatą i ryżem (już nie mogę na niego patrzeć, ale zjadam, by nie urazić gospodyni), a na koniec - betelem. Zwinięty liść wsuwam w lewy policzek i zaczynam żuć. Po chwili do oczu napływają łzy - smakuje paskudnie. Gdy Dino odwraca uwagę Anni, mogę go ukradkiem wypluć.

Zanim opuścimy Wogo, podziwiamy jeszcze stare kamienne grobowce służące jako ołtarze do składania ofiar ze zwierząt. Mimo iż większość mieszkańców Flores stanowią chrześcijanie, dawne wierzenia są silnie zakorzenione, często praktykowany jest animizm. Przy okazji ważnych wioskowych wydarzeń (śluby, pogrzeby, budowa domu) bogowie otrzymują w daninie byki i kozy.

***

Wczesnym popołudniem docieramy do gorących źródeł w Soa (nieco w bok od drogi Bajawa - Riung, wstęp - 10 tys. rupii). Spodziewamy się turystów, ale kręci się tylko paru miejscowych. Czujemy się niezręcznie, widząc, że zajmują dogodne miejsca, by nas obserwować. Ale Dino bierze sprawy w swoje ręce i po kilku minutach mężczyźni - mocno niezadowoleni - odchodzą. Wtedy przebieramy się w kostiumy i zanurzamy w wodzie, której wartkie potoki łączą się w przepiękne kaskady i naturalne baseny turkusowej barwy.

Jedziemy teraz w kierunku Ende (ok. 120 km od Bajawy), skąd wyruszymy na wulkan Kelimutu. Po drodze postój w małej wiosce rybackiej Riung. Zatrzymujemy się u Andy'ego, znajomego Dina. Co prawda w planach był tylko nocleg, ale gospodarz przekonuje, by zwolnić tempo i pozwolić sobie na relaks. - W przeciwnym razie skąd weźmiecie siły na zwiedzenie 21 maleńkich wysepek wokół Riung?

- Myślałyśmy, że jest ich 17!

- Oficjalnie - uśmiecha się Andy. - Tak ustalili nasi dygnitarze, bo 17 sierpnia Indonezja świętuje dzień niepodległości.

***

Kolejnego dnia budzimy się nieco później i od razu odczuwamy nieprzyjemny upał - jest gorąco i wilgotno. By się ochłodzić, trzeba wypłynąć w morze. Wynajęcie łódki kosztuje ok. 250 tys. rupii, ale Andy jest gotów zabrać nas za połowę...

Wybrzeże w okolicy Riung nie wygląda zachęcająco - wszędzie mnóstwo śmieci. Za to niemal bezludne wysepki to prawdziwe cuda natury: krystalicznie czysta turkusowa woda, piasek drobny i biały, a miejsca do snorkelingu wprost wymarzone. Co prawda rafy są częściowo zniszczone (do połowu ryb używano kiedyś dynamitu), ale i tak robią niesamowite wrażenie. Same wysepki nie są duże, każdą można swobodnie obejść. Gdy żałujemy, że nie zabrałyśmy nic do jedzenia, Dino znów mile nas zaskakuje, wyciągając z plecaka lunch przygotowany przez żonę Andy'ego i miejscowe piwo.

Nasz kolejny cel - Kelelewar, zwany Wyspą Latających Lisów. Moja kompanka blednie na wieść, że znajduje się tam siedlisko wielkich rudych nietoperzy. Uspokaja się nieco, gdy słyszy, że żywią się owocami, żerują tylko w nocy i nie wplątują się we włosy.

Andy mówi, że mamy szczęście - wkrótce zachód słońca, a właśnie wtedy nad Kelelewar przelatują ich olbrzymie stada. I rzeczywiście! Po chwili nad naszymi głowami pojawia się chmara włochatych nietoperzy o psich pyskach. Przez ich skrzydła prześwitują promienie zachodzącego słońca.

W Riung spędzamy dwie noce w towarzystwie Dina, Andy'ego i jego rodziny (goszczą nas za darmo). Co prawda nie ma tu nic do zwiedzenia, ale ciekawie jest obserwować codzienne życie mieszkańców - w małych chatkach mieszkają wielopokoleniowe rodziny. Andy przestrzega tylko, żeby nie zapuszczać się do otaczających wioskę lasów, bo można natknąć się na warany. Wprawdzie mniejsze od tych z Komodo, ale równie niebezpieczne.

***

O poranku żegnamy się z rodziną Andy'ego - czas wyruszyć na Kelimutu. Martwi nas zachmurzone niebo, bo Dino oznajmił, że bez słońca widoki będą gorsze. Przez całą drogę (blisko trzy godziny) trzymamy kciuki, żeby się pojawiło. I - gdy docieramy na miejsce - wypogadza się!

Wulkan Kelimutu (ok. 1700 m n.p.m.) znajduje się na terenie parku narodowego o tej samej nazwie. Z punktu widokowego zwanego punktem inspiracji podziwiamy trzy jeziora w kraterach. Woda w każdym ma inną temperaturę i kolor, a ten może się zmieniać. Tiwu Ata Mbupu (Jezioro Starych Ludzi) jest turkusowe. Tiwu Nuwa Muri Koo Fai (Jezioro Młodych) i Tiwu Ata Polo (Zaklęte) zazwyczaj są koloru zielonego i czerwonego, ale zdarza im się przybrać barwę żółtą, pomarańczową, czerwoną, brązową czy czarną.

Dino mówi, że dla mieszkańców wyspy to święte miejsce - do jezior trafiają dusze zmarłych. Zanim się to stanie, spotykają strażnika, który (w zależności od wieku i życia, jakie człowiek wiódł) decyduje, do którego jeziora go skierować.

Gdy wszystkie trzy będą miały taką samą barwę, zdarzy się nieszczęście. Ponoć ostatnio przepowiedziały tsunami...

Dino Lopez organizuje wyprawy "na miarę" - od 500 tys. do 1,5 mln rupii/os. Za naszą kilkudniową podróż - z noclegami i transportem - płaciłyśmy po 1mln/os. (1 dolar = ok. 8 tys. 8900 rupii indonezyjskich). Tel. +62 (0) 813 387 095 69, dino_mof@yahoo.com, www.flores-overland-online.com

Artykuł pochodzi z "Gazeta Turystyka", sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej

Więcej o: