Ekwador - podróż życia

Serce zostało w... Będąc zapaloną podróżniczką, muszę powiedzieć, że podczas moich wojaży przeżyłam wiele niezapomnianych dni, a każdy inny - mówi Jolanta Pachowska, artystka malarka, projektantka wnętrz, autorka tkanin artystycznych.

Nie wszystkie były przyjemne, jednak dostarczyły niezwykłych wrażeń, a w dodatku przyniosły mi niejedną naukę. Trzy razy wracałam (i chętnie jeszcze wrócę, jeśli tylko będzie okazja) do amazońskiej dżungli w Ekwadorze . Już za pierwszym razem - pierwszego dnia! - poczułam się tam szczęśliwa. Wolna od trosk cywilizacyjnych i niezwykle silnie złączona z naturą, która jest niewiarygodnie bujna i pachnąca, zachwycająca i zaskakująca, piękna i ciekawa, inna... Idąc przez dżunglę za moim indiańskim przewodnikiem z plemienia Keczua (najliczniejsze w Ekwadorze), który czasem wycinał ścieżkę maczetą, nie mogłam pojąć, jakim cudem on wszystko w okolicy dostrzega i tak dużo wie. Zrozumiałam wtedy, jak wiele jeszcze muszę się nauczyć, na ile spraw otworzyć i jak bardzo wsłuchać się w siebie, by móc bezpiecznie (i w zgodzie z naturą) mieszkać w deszczowym lesie...

Do najciekawszych miejsc dotarłam...

najpierw samolotem ze stolicy Ekwadoru Quito do Puerto Francisco de Orellana - miasta w dżungli potocznie zwanego Coca. Potem kilka ładnych godzin trzeba było płynąć motorową łodzią po rzece Napo, a następnie wędrować (w kaloszach) przez gęsty las, by wreszcie wsiąść na mała pirogę i rzeczkami dotrzeć do wspólnoty Indian Keczua w mało dostępnych rejonach prowincji Sucumbios. Mieszkańcy wioski Ańangu prowadzą w jej pobliżu Sani Lodge, który mogę nazwać swoim ulubionym hotelem . To bezpieczne miejsce, które wciąż się rozwija i próbuje zapewnić wygodę gościom (może przyjąć nawet kilkadziesiąt osób, ale gdy nocowałam tam ostatnio, było nas zaledwie sześcioro, a obsługa bardzo liczna).

Udałam się tam...

na umówione spotkanie w tzw. domu kobiet, którym była zbita z desek prosta zagroda na palach, bez okien i drzwi, kryta palmowymi liśćmi. Chciałam poznać lokalne ceramiczne wzory, zamówiłam też dla siebie ozdoby z nasion i orzechów, niepodobne do tych, jakie zazwyczaj sprzedaje się turystom. Mieszkańcy dżungli przynieśli do chaty swoje naczynia, które mogłam sfotografować (zrobiłam to jeszcze w kilku wioskach). Była to dla mnie rzecz bezcenna - bardzo trudno jest bowiem zdobyć informacje na temat tamtejszej tradycyjnej ceramiki (nie znalazłam też o niej żadnych książek, ani w Ekwadorze, ani za granicą). Niestety, całą dokumentację ukradziono mi potem w Quito, w przeddzień wyjazdu z Ekwadoru.

Niebo w gębie poczułam...

także w Ańangu, gdy miejscowe dziewczyny przygotowały na ogniu - specjalnie dla mnie - wszystko, co tylko mogły zdobyć w okolicy, by jak najlepiej zaprezentować swoje kulinarne umiejętności. Pirania, juka, maniok i mnóstwo rozmaitych roślin, dotąd mi nieznanych - nigdy nie zapomnę tego posiłku.

Podróże są dla mnie...

ogromną inspiracją dla twórczości plastycznej. Pozwalają szerzej spojrzeć na świat, uczą tolerancji, cierpliwości i akceptacji. Świadectwem wypraw do Ekwadoru jest moja ostatnia wystawa w Warszawie. Znalazły się na niej prace tkackie przedstawiające szamana Keczua oraz wielce szanowanego mędrca z ludu Cofan, w charakterystycznej koronie z piór i z masą korali na szyi. A ponadto portrety wielu Indian i Indianek. Ich głowy zdobią pióra papug i tukanów, a twarze i ciała pokrywają malunki - rodzaj ubrania na specjalne okazje, gdzie każda kreska ma rytualny charakter i odrębne znaczenie. Wzory i wzorki (głównie geometryczne) mówią nam np., która kobieta jest niezamężna, a która robi dobrą chichę - alkoholowy napój na bazie kukurydzy.

Wystawę Jolanty Pachowskiej "Mieszkańcy dżungli - magia Ekwadoru" można oglądać do 11 października w galerii DAP Związku Artystów Plastyków przy ul. Mazowieckiej 11a w Warszawie www.jolantapachowska.com

Artykuł pochodzi z "Gazeta Turystyka", sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej

Więcej o: