Szwajcaria. Wędrówki po Gryzonii

Zamiast podziwiać cudowne, przyprószone śniegiem szczyty, patrzymy pod nogi, bo ścieżkę pokrywa warstwa lodu

Gęsiego, krok za krokiem brniemy po kolana w śniegu. Zimno, tylko 6 stopni, choć to początek sierpnia. Pięknie. Szlak zasypany świeżym śniegiem, ale dobrze widać namalowane na kamieniach czerwone znaki. Jest jeszcze jeden kolor - brązowy. Puszyste kulki śmigają, zastygają na chwilę, a kiedy podchodzimy bliżej, znikają. To świstaki szukają pod śniegiem trawy, gonią się i... świszczą.

Gryzonia (Graubünden)

Jesteśmy w Gryzonii (Graubünden), największym regionie wypoczynkowym i największym kantonie Szwajcarii, sąsiadującym z Włochami, Austrią i Liechtensteinem. Szlaków, jak ten, który z takim mozołem pokonamy ostatniego dnia, jest tu 10 tys. km! W tym 80 km w Park Naziunal Svizzer (jedyny w tym kraju, największy w Europie Środkowej) i leżącej na jego obrzeżach dolinie Val Müstair. Razem tworzą rezerwat biosfery UNESCO.

Na rozgrzewkę pierwszego dnia pójdziemy właśnie tą doliną - start w wiosce Lü (od łac. lux - światło) na wysokości 1915 m, przez Pass da Costainas (2251 m) do mety w S-charl (1811 m).

Najpierw jednak wstępujemy do XII-wiecznego benedyktyńskiego klasztoru św. Jana (Ciostra San Jon) i do sąsiadującego z nim kościoła w pięknym, malutkim Müstair (800 mieszkańców, od 2009 r. wraz z pięcioma innymi wioskami tworzy miejscowość Val Müstair). Kilka wąskich uliczek, stare domy ozdobione kolorowymi graffiti, np. Chasa Chavalaina, od tysiąca lat służąca podróżnym, obecnie wytworny hotel. Nad bramą do klasztoru trzy kolorowe rzeźby świętych, dalej obszerny dziedziniec z budynkami gospodarczymi, rabaty z kwiatami, zapach siana, z tyłu ogród warzywny. Kiedy o godz. 7 zaczynają bić dzwony, ich dźwięk wraca wielokrotnie odbity przez góry.

W ciemnym wnętrzu kościoła św. Jana (od 1983 r. na liście dziedzictwa kulturalnego UNESCO) okna są małe i wysoko umieszczone. Najpierw widać tylko ławki i przysadziste marmurowe kolumny, które zasłaniają wschodnią ścianę z trzema wgłębionymi w nią absydami. Wszystkie pokryte są freskami, tworząc rodzaj tryptyku ze scenami ze Starego i Nowego Testamentu. Najbardziej wyrazisty, kolorowy i najlepiej zachowany fresk w środkowej apsydzie przedstawia życie i męczeństwo św. Jana. Niezwykła jest zwłaszcza scena uczty u Heroda. Sekwencja wydarzeń przypomina film animowany: ścięta głowa świętego, Salome tańczy stojąc na głowie, a obok wręcza Herodowi głowę w złotej misie.

Boczne ściany kościoła pokrywają wydobyte spod gotyckich malowideł dopiero w latach 1947-51 freski z VIII w., z czasów Karolingów, m.in. prorok Samuel, śmierć króla Dawida, sceny z życia Jezusa od urodzenia do śmierci i pustego grobu.

Kiedy byłam tam pierwszy raz, wieczorem, kościół był oświetlony, a postacie z fresków zdawały się wsłuchiwać w anielski śpiew zakonnic - dziś żyje w klasztorze zaledwie dziewięć mniszek.

Dolina Müstair

Kilkugodzinna wędrówka doliną Müstair, jedną z najpiękniejszych w Szwajcarii, to czysta przyjemność. Trasa jest łatwa, z jednym trudnym podejściem na Pass da Costainas. A widoki! Tłem dla płynącej w dole rzeki Rom są piękne, zalesione szczyty: Piz Amalia (2918 m) czy Piz d'Astras (2980 m). Dużo tu zwłaszcza modrzewi, grubością pni i wysokością dorównujących tatrzańskim świerkom. Ale największym skarbem tego fragmentu Alp jest chroniony 700-letni las sosny kamiennej ( Pinus cembra ), w języku romansz (retoromańskim) zwany God da Tamangur, który zaczyna się na początku następnej doliny - S-charl. Drzewa są tak wysokie, że prawie zasłaniają szczyty, a potrafią przeżyć (i rosnąć, choć bardzo wolno) nawet na wysokości 2400 m. Dla walczących o zachowanie swojego języka mieszkańców Tamangur jest symbolem przetrwania i źródłem siły.

Mijamy kolorowe kwitnące łąki ze swojskim tymiankiem, rumiankami, soczyście zieloną trawą. Czasem towarzyszą nam krowy, duże, dorodne, koloru kawy z mlekiem. Z daleka słychać donośny dźwięk wielkich dzwonków zawieszonych na ich szyjach. Dostojnie maszerują poboczem, długimi ogonami oganiając się od much, inne wspinają się zgrabnie w górę. Przekraczamy wartkie górskie strumienie, raz trzeba przejść po bardzo śliskiej kładce (nie obyło się bez potknięcia i przymusowej kąpieli). Zanim z szerokiego szlaku (prawie autostrada) skręcimy w piękny las mieszany, przechodzimy przez pole błota, czekając, aż przebrną przez nie rowerzyści w czarnych kombinezonach. Wyglądają niesamowicie! Patrząc, jak unoszą nad błotem swoje lśniące maszyny, cieszę się, że jestem spieszona.

***

Dwa następne dni będą dużo trudniejsze. W piękny, choć chłodny poranek jesteśmy w wiosce Vna (70 mieszkańców) na wysokości 1630 m. Nasz cel - Heidelberger Hütte - znajduje się ponad tysiąc metrów wyżej. Przed wyruszeniem na trasę wstępujemy do pięknego hotelu i domu kultury Casa Piz Tschütta, otwartego w 2008 r. po renowacji starego hotelu (fundamenty ze średniowiecza), opuszczonego przez dziesięć lat. Całość, dzieło Christopha Roescha, jest wyjątkowo udanym połączeniem starego z nowym. Zachowano belkowane sufity, starą kuchnię, odnowiono podłogi. Elementy drewniane świetnie współgrają z metalem i szkłem, w kilku miejscach stoją współczesne rzeźby.

Tym razem maszerujemy zalesioną Val Sinestra z rzeką w dole (zimą jest niedostępna z powodu lawin) i widokiem m.in. na Piz Tschütta (3254 m). Znowu piękne, kwitnące łąki, owocuje berberys, z którego robi się tu soki i dżemy. W ziemi okrągłe, głębokie otwory - to nory świstaków, ale ich samych nie widać. Po przejściu dwustu metrów w górę jesteśmy w osadzie Pra San Peder. Kilka wymuskanych domków przerobionych z drewnianych spichlerzy na palach (nowych nie wolno budować), których farmerzy i myśliwi używają głównie wiosną i jesienią. Kiedy mijamy wioskę Griosch (stąd do celu mamy ok. 4 godz.), pogoda zaczyna się zmieniać, wieje zimny wiatr, siąpi deszcz. Wchodzimy do doliny Val Choglias. Widać m.in. Piz Montana (2928) i Piz Choglias (2849). Na drugi brzeg rzeki Choglias prowadzi drewniany mostek. Obserwujemy szalonych rowerzystów - jedni zjeżdżają na łeb na szyję, inni mozolnie prą w górę. Po stromym podejściu w gęsto sypiącym lodowatym gradzie zdobywamy przełęcz Cuolmen d'Fenga (Fimberpass) i najwyższy punkt dzisiejszej trasy - 2608 m. Dziwne, ale zamiast zmęczenia, czuję radość... Teraz 400 m w dół do schroniska. Już widać biały piętrowy budynek z brązowymi okiennicami - Heidelberger Hütte (2264 m). Po łące biegają świstaki.

***

Kiedy budzimy się rano następnego dnia, wokół biało. Wieje, zimno (6 stopni C, wieczorem był 1 stopień), wyruszający na trasy rowerzyści zakładają rękawice i robią sobie pamiątkowe zdjęcia. Ruszamy i my - kierunek Samnaun, na wschód, przez Zeblasjoch. Wolno, ostrożnie pniemy się w górę. Cudownie wyglądają przyprószone śniegiem szczyty, ale zamiast je podziwiać, trzeba patrzeć pod nogi, bo ścieżkę pokrywa warstwa lodu. Znienacka pokazują się świstaki, ale zmykają, kiedy podchodzimy bliżej. Po 2,5 godz., w Fuorcla da Val Gronda (2752 m), przekraczamy granicę z Austrią. Dziwne, ale dzisiaj taka wysokość nie robi na mnie większego wrażenia...

Ociepliło się. Skaczemy po nasiąkniętych wodą kępach trawy, brniemy przez rzadkie błoto zmieszane z krowimi plackami. Już Zeblasjoch i droga przemytników (Smugglertour), którą przez Val Musauna, mijając piękny, choć niewielki wodospad Bender, schodzimy do Samnaun (828 m), jedynego miasta w Szwajcarii wolnego od cła. Oślepia błękit nieba, pali słońce.

Idziemy długą ulicą pełną sklepów (podobno jest ich ok. 70), hoteli, pensjonatów, upstrzoną paskudnymi podobiznami (?) świstaków. Cóż za kontrast z żywymi i z surowym pięknem gór! Na pociechę zwiedzamy pokazową mleczarnię Sennerei, do której mleko płynie podziemną rurą prosto z górskich hal...

W Szwajcarii świetnie podróżuje się pociągami (punktualne, bezszelestne, czyste) i autobusami - najtaniej i najwygodniej ze Swiss Pass, informacje i kupno:

www.MojaSzwajcaria.pl

Artykuł pochodzi z "Gazeta Turystyka", sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej

Więcej o: