Serce zostało... na Karaibach

Serce zostało na morzu, gdzieś pomiędzy karaibską wyspą Dominiką a Hondurasem. opowiada Patrycja Długoń, dziennikarka i prezenterka radiowa

Jeszcze sześć lat temu nie podejrzewałam nawet, że kiedykolwiek znajdę się na łodzi... Ale cóż, pokochałam żeglarza i nie chciałam czekać na niego w porcie...

Wyruszyliśmy z...

Mikołajem (dyrektor marketingu, zmęczony dotychczasowym stylem życia zamienił garnitur na sztormiak) w maju 2006 r. z zamiarem opłynięcia kuli ziemskiej. Wybraliśmy jachtostop, czyli podróżowanie na pokładach jachtów w zamian za pomoc w ich obsłudze. Jednak po przekroczeniu Oceanu Atlantyckiego znaleźliśmy wymarzony dom - trzydziestoparoletni stalowy jacht "YouYou". By go kupić, wyremontować, wyposażyć i zwodować, pracowaliśmy dwa lata jako załoga na innych jednostkach.

I oto od prawie pół roku...

przemierzamy okolice Małych Antyli. To trzeci dzień podróży z uroczej wysepki Bequia. Niespełna dziewięciometrowa łódka rozwija zaskakująco dużą prędkość na żaglach wspaniale wypełnionych wiatrem, zbliżając się do celu - Dominiki. W oddali już ją widać...

Nagle wiatr zamiera. Włączamy silnik (naprawiany w ostatnim porcie), a tu nieprzyjemny sygnał oznajmia awarię systemu olejowego. Nastaje cisza, żadnego powiewu. Powierzchnia morza jak tafla lustra odbija każdą z miliona gwiazd na czarnym nieboskłonie, a "YouYou" delikatnie kołysze się pomiędzy nimi. Oniemieliśmy pod wpływem magii tego widoku.

Niestety, nie ma wiatru, a silnik zepsuty - prąd znosi nas na zachód, gdzieś na środek Morza Karaibskiego. Na dodatek awaria pozbawia nas jedynego źródła zasilania prądem. Wyłączamy więc wszystkie urządzenia i światła, stajemy się zupełnie niewidoczni dla (ewentualnie) przepływających obok jednostek. Dostaję wachtowy przywilej obserwowania horyzontu dla naszego bezpieczeństwa, a Kapitan z malutką lampką na czole przez kilka godzin dzielnie majstruje przy naszym jednocylindrowym silniku. Rozbiera na kawałeczki, czyści i składa ponownie.

Zapalamy silnik, jednak alarm nie milknie. Włączony na chwilę GPS oznajmia: dryfujemy, oddalając się od Dominiki, której łunę już ledwo widać na widnokręgu. Jesteśmy za daleko od brzegu, by ktokolwiek usłyszał nasze wołanie o pomoc przez radio VHF. Czekamy na wiatr.

Dzień i kolejna noc to wiele krótkich porywów, które rozpalają w nas nadzieję i zaraz przynoszą zawód. Zmieniamy ustawienia żagli z każdym najmniejszym powiewem, próbując wprawić łódkę w ruch - daremnie. A od bezpiecznej zatoki dzieli nas zaledwie kilka godzin, przy dobrym wietrze czy na sprawnym silniku!

Następny dzień...

przynosi wspaniałą zmianę nastrojów. Wody i jedzenia wystarczy nam na wiele dni. Czas na relaks! W bezwietrznym skwarze wskakujemy w błękitną toń uzbrojeni w maski i płetwy (nie było wtedy lepszej nagrody niż ta kąpiel!). Pod nami kilka kilometrów wody - chwilami walczę ze strachem, że mogę stanowić smakowity kąsek dla jakiegoś rekina. Przy kadłubie odkrywamy ławicę kolorowych rybek, które czasem podróżują w ten sposób, zapewniając sobie stały posiłek z obrastających dno jachtu stworzeń.

Po śniadaniu na horyzoncie pojawiają się fontanny wody - to wieloryby, prawdopodobnie humbaki. Wcześniej zauważyliśmy też żółwie skórzaste, największe spośród morskich, osiągające nawet długość dwóch metrów! (pierwszy raz widzimy je na powierzchni wody; rok wcześniej podziwialiśmy na Trynidadzie ich rytuał składania jaj na plaży).

Niebo pokrywają chmury, które przynoszą wreszcie silniejsze podmuchy. Znów zbliżamy się do Dominiki! Już drugie podczas tego rejsu stado delfinów podpływa do "YouYou", jak zawsze wprawiając nas w euforię. Dziwne, że nawet przy tak małej prędkości ssaki te mają frajdę z przemykania przed dziobem jachtu.

Kolejna przerwa w podmuchach pozwala spokojnie zjeść kolację. Delektujemy się ciszą i niebiańskim zachodem słońca. Deszczowe chmury nasycają jego fascynujące kolory, które zmieniają się z każdą sekundą.

Nagle z niezmąconej tafli wody kilka metrów od burty wyskakuje olbrzymia, błękitno-zielono-żółta koryfena! (nie wiadomo tylko, czy ta drapieżna ryba poluje, czy właśnie ucieka przed kimś większym od siebie).

Przez radio...

odbieramy niepokojącą prognozę pogody - nadciągają silne sztormy. I rzeczywiście, niebo wokół robi się granatowo-sino-szare. Przybierający na sile wiatr pozwala nam szybko zbliżyć się do wytęsknionej wyspy. Ale jeśli burza rozpęta się, zanim dotrzemy na kotwicowisko, trzeba będzie zawrócić i sztormować w morzu. Nikt przy zdrowych zmysłach nie ryzykuje bowiem utraty jachtu (i prawdopodobnie nawet życia), wchodząc po zmroku do nieznanego portu bez sprawnego silnika, na żaglach, przy nieprzewidywalnych wiatrach i ograniczonej deszczem widoczności.

Upragniona Zatoka Księcia Ruperta jest już blisko, ale wiatr milknie po raz kolejny. Płynąc wzdłuż wyspy (do wybrzeża zostało jedynie pół mili!) możemy roztrzaskać się o skały. Kapitan decyduje: - Włączmy silnik! (choć ryzykujemy zatarcie go i olbrzymie koszty naprawy).

I cud! Po kilku chwilach czerwona lampka na tablicy rozdzielczej gaśnie. Kilkadziesiąt minut później zrzucamy kotwicę - jesteśmy bezpieczni! W tej chwili spada na nas ściana tropikalnego deszczu. Strugi wody zakrywają wszystko wokół i nagle znów czujemy się tak, jakbyśmy byli sami

Jeszcze tej nocy planujemy eksplorację tajemniczego brzegu i podziwiamy bajeczny księżyc wznoszący się nad najwyższym na Dominice wulkanem Morne Diablotins. Zasypiamy w pół zdania, a mój stały towarzysz podróży - mikrofon - jeszcze długo rejestruje dźwięki nocy...

Ten rejs...

chyba najpełniej dał mi odczuć nieokiełznaną siłę i niemożliwe do opisania piękno Natury. Zdany na jej łaskę człowiek ma egzystencjalny wybór - próbować z góry przegranej walki lub pogodzić się z sytuacją i cieszyć każdą darowaną chwilą życia.

Patrycja Długoń - przez wiele lat związana z radiową Trójką, tropicielka talentów i promotorka kultury niezależnej, organizatorka wydarzeń muzycznych w kraju i za granicą, autorka EcoFonu - Magazynu Dźwiękowego z Podróży Dookoła Świata Jachtostopem. Odwiedziła 27 krajów drogą morską i 18 lądem (w tym Litwę przemierzyła na rowerze). Płetwonurek i żeglarka, pięć lat spędziła na rejsie dookoła świata

www.aroundtheworld.pl

www.patrycjadlugon.blogspot.com

***

Artykuł pochodzi z "Gazeta Turystyka", sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej

Więcej o: