Nowy Jork. Magia Brooklyn Bridge

Ma niewiele ponad 1800 m długości. Osoba na wózku może go przejechać w ciągu 30 minut, godziny, dwóch, trzech

W Nowym Jorku zamieszkałem w najbardziej polskiej jego części - na Grinpoincie, jak większość rodaków nazywa Greenpoint. Franklin St., przy której miałem kwaterę, nie powaliła mnie na kolana - ot, zewnętrzne przeciwpożarowe schody na charakterystycznych, ciemnoczerwonych kamienicach. W witrynach sklepowych informacje w języku polskim o najlepszej kaszance, ogórkach kiszonych czy usługach pralniczych. Przechodnie raczej o urodzie słowiańskiej, chociaż nie wszyscy. Pokój miałem od ulicy i było to o tyle ważne, że Nowy Jork tętni życiem przez 24 godziny na dobę. Warkot silników samochodowych i motocyklowych wzmocniony odgłosami służb sprzątających miasto i dobiegającymi zewsząd syrenami skutecznie zakłócał sen. Jeśli do tego dołożyć wilgotność i wysoką temperaturę, to nie muszę się zaklinać, że ze snem miałem pewne kłopoty. Przynajmniej na początku, bo później zamieszkałem na Long Island, kilkadziesiąt kilometrów od Nowego Jorku.

***

Miasto poznawałem powoli i bez specjalnie wytyczonych celów. Z Franklin St. było parę kroków (w moim przypadku kilka pociągnięć kołami) w pobliże East River. Dopiero stamtąd zobaczyłem Nowy Jork znany z widokówek, zdjęć i filmów: panoramę Manhattanu z jego wieżowcami. Były oddzielone dużą rzeką, ale robiły wrażenie. Dostać tam się mogłem na kilka sposobów i wybrałem jeden z mniej popularnych. Autobusem nr 61 dotarliśmy z moją żoną Dorotą w pobliże Brooklyn Bridge. Miałem obawy przed tą częścią eskapady, bowiem w Paryżu żandarmi, grzecznie, ale stanowczo, wyprosili mnie z autobusu ze względów bezpieczeństwa, bo pojazd nie był przystosowany do przewożenia osób na wózkach. Moi gospodarze poradzili, żebym cierpliwie czekał na przystanku. Autobus zatrzymał się, przednimi drzwiami wysiadł ciemnoskóry dżentelmen, podszedł do mnie, coś przycisnął przy samochodzie - zasyczało, zaszumiało i z podwozia wynurzyła się hydrauliczna platforma przeznaczona w sam raz dla mnie (pomyślałem: "Ameryka jest dla ludzi!"). Wjechałem na nią, ciemnoskóry dżentelmen umocował wózek, uniosło mnie do góry, wyjechałem do autobusu, wózek został zamocowany pasami tuż przy oknie z widokiem na ulice Nowego Jorku. Jeszcze tylko uzgodnienie, gdzie wysiadam, platforma się schowała, zahuczały klimatyzatory i autobus ruszył w kierunku Brooklyn Bridge.

Nowojorskie autobusy wloką się niemiłosiernie. Są wprost stworzone, by z ich klimatyzowanego pokładu przyglądać się miastu, wyprzedzającym autobus samochodom (inne niż w Polsce), dyskretnie obserwować wsiadających i wysiadających ludzi, barwnie ubranych, ważących przeważnie więcej, niżby chcieli. Nasz przystanek. Kierowca z uśmiechem uruchamia maszynerię i opuszczam pokład. Szybko docieramy do Brooklyn Bridge, który od ponad stu lat łączy Brooklyn z Manhattanem. Gdy tylko pierwsze deski zaterkotały pod kółkami, poczułem, jak most mnie wsysa, jak ciągnie na drugą stronę East River. Samochodowa jezdnia powoli schodziła w dół, a promenada dla pieszych leciutko się wznosiła. W końcu znaleźliśmy się nad lustrem wody. Kilka metrów pod nami nieprzerwany sznur samochodów (ok. 100 tys. na dobę) przemierzał Nowy Jork z zachodu na wschód i z powrotem. Kilkadziesiąt metrów pod nami płynęły niezliczone jachty, motorówki, promy, barki. W powietrzu też coś latało. Niby jest przestrzeń, ale jakoś ciasno. Powoli przybliżamy się do niepowtarzalnej panoramy Manhattanu.

***

Wyobrażałem sobie, jak musiał się czuć Chester Arthur, 21. prezydent Stanów Zjednoczonych, kiedy idąc od strony Manhattanu na spotkanie Emily Roebling, otwierał most 24 maja 1883 r. Owa dama przyczyniła się do wybudowania Brooklyn Bridge. Jej teść John Augustus Roebling w połowie XIX w. zaczął opracowywać szczegóły przedsięwzięcia. Nim budowa na dobre ruszyła, zmarł w wyniku gangreny zmiażdżonej stopy. Kontynuacją robót zajął się jego syn Washington, sparaliżowany na skutek choroby kesonowej podczas prac pod wodą. Emily, wykorzystując wskazówki męża, przejęła całe przedsięwzięcie na swoje barki. Mając takie dokonania, mogła czekać, aby prezydent pofatygował się do niej z Manhattanu na brooklyński brzeg. Pamięci Roeblingów poświęcona jest tablica wmurowana w zachodnią wieżę mostu w 1951 r.

Koła równomiernie stukają o deski. O centymetry mijają mnie pędzący rowerzyści, pstrykają zdjęcia Japończycy. Jesteśmy na środku East River. Za nami przez gotyckie wieże widać Brooklyn, przed nami gotyckie wieże wtapiają się w pejzaż drapaczy chmur Manhattanu. Czuję, że jadę po stabilnym podłożu, że jest bezpiecznie kilkadziesiąt metrów nad środkiem dużej rzeki. No, ale jak ma nie być, skoro w 1884 r. niejaki Barnum przeprowadził przez most 21 słoni, chcąc udowodnić jego wytrzymałość. No i te niesamowite, blisko półmetrowej średnicy skręcone stalowe kable zarzucone z lekkością na pylony. To niezwykła budowla. Kiedyś nad Manhattanem królowały wieże World Trade Center. Będąc po raz pierwszy w Stanach, oglądałem Nowy Jork z tarasu widokowego jednej z nich. Później świat się zmienił.

***

Brooklyn Bridge ma niewiele ponad 1800 m długości. Osoba na wózku może go przebyć w ciągu 30 minut, godziny, dwóch, trzech Poznawanie miejsc nie cierpi pośpiechu. Warto tu wracać w różnych porach roku i dnia, warto przejść się w jedną i w drugą stronę, chłonąć oświetlony o zmierzchu Manhattan, spojrzeć w stronę Liberty Island

Mosty mają w sobie magię, a Brooklyn Bridge z pewnością należy do towarzystwa, w którym jest i Avignon, i Golden Gate, i most Karola w Pradze, Pont Neuf w Paryżu, a pewnie i most Poniatowskiego. Pora wracać. Nowojorskie autobusy wloką się niemiłosiernie. Jutro znów rzucą mnie gdzieś w miasto...

Artykuł pochodzi z Gazeta Turystyka - sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej

Więcej o: