Austria. Trasa widokowa Grossglockner Hochalpenstrasse

Grossglockner Hochalpenstrasse to 48 kilometrów serpentyn i oszałamiających widoków

O wysokogórskiej trasie widokowej na Grossglocknera zdążyliśmy sporo przeczytać, a jeszcze więcej usłyszeć. Aż wreszcie nadarzyła się okazja, aby zweryfikować nasze wyobrażenia na temat owego cudu techniki. Ubiegłoroczne wakacje spędzaliśmy w Alpach Bawarskich, a stamtąd już niedaleko do Wysokich Taurów. Decyzja mogła być tylko jedna: jedziemy! Granicę niemiecko-austriacką przekraczamy w Melleck. Kierujemy się do Zell am Zee, następnie na południe drogą 107 i po 20 minutach dojeżdżamy do Fusch. Przed nami Grossglockner Hochalpenstrasse - 48 km serpentyn i zapierających dech w piersiach widoków.

Trasa jest dostępna od początku maja do końca października, w miesiącach letnich od godz. 5 rano do 21.30. Za przejazd trzeba zapłacić - 29 euro za samochód osobowy i 19 za motocykl. W cenie wszystkie możliwe atrakcje: wystawy przyrodnicze i historyczne, tarasy widokowe, projekcje filmów o Parku Narodowym Wysokie Taury. U celu podróży czeka na nas miejsce parkingowe. W punkcie informacji turystycznej zaopatrujemy się w bezpłatny przewodnik po trasie w języku polskim, dostępny jest także obszerny informator (4 euro, również po polsku) pełen bajecznych fotografii.

Trasa widokowa Grossglockner Hochalpenstrasse

Zamiar zbudowania tej niezwykłej trasy pojawił się już w 1922 r., a dwa lata później inżynier Franz Wallach otrzymał zlecenie jej wytyczenia przez przełęcz Hochtor. Latem 1930 r. przystąpiono do pierwszych prac ziemnych. Śmiałemu przedsięwzięciu paradoksalnie dopomógł światowy kryzys gospodarczy i związane z nim bezrobocie. Droga na Grossglocknera dała zatrudnienie ponadtrzytysięcznej armii robotników i ich rodzin. Ukończono ją po pięciu latach 3 sierpnia 1935 r. i od razu stała się jedną z największych atrakcji turystycznych Austrii. Już w 1938 r. na tarasie widokowym pod Wielkim Dzwonnikiem pojawiło się ok. 400 tys. osób. Rekord padł w roku 1965 - ponad 1 mln 300 tys. odwiedzających! Obecnie zjawia się tam blisko milion turystów rocznie.

Symbolem drogi jest świstak. To sympatyczne i zabawne zwierzątko towarzyszy nam na każdym kroku. Znak drogowy "Achtung. Murmeltiere!", niespotykany chyba nigdzie poza Wysokimi Taurami, traktujemy początkowo jako dowcip drogowców lub chwyt reklamowy. Szybko jednak zmieniamy zdanie, gdy na jednym z parkingów widzimy wślizgującego się pod ławkę futrzanego gryzonia. Po raz drugi obserwujemy baraszkujące świstaki parę metrów od tarasu widokowego na Kaiser-Franz-Josefs-Höhe. Wygląda na to, że wcale nie boją się ludzi, nie odstrasza ich sznur wspinających się pojazdów. Poza tym uśmiechają się do nas z tysięcy widokówek i plakatów, są na koszulkach i na kuflach do piwa, wypełniają półki sklepów z pamiątkami. Niejako w ich cieniu, mimo że przecież znacznie większe, żyją koziorożce.

Przekraczamy bramki wjazdowe i pokonujemy pierwszy stromy podjazd. Ponieważ jest jeszcze dość wcześnie, ruch jest w zasadzie jednokierunkowy. Zresztą z wymijaniem się i tak nie byłoby kłopotów - takiej szerokości i nawierzchni nie ma w Polsce niejedna droga krajowa. Co kilkaset metrów mijamy tabliczki z informacjami, na jakiej wysokości jesteśmy. A wspinamy się coraz wyżej Powoli oswajamy się z profilem terenu, choć niektóre podjazdy i nieoczekiwane zakręty wyzwalają spore dawki adrenaliny.

Na szczęście liczne parkingi i zatoczki umożliwiają częste postoje. Przy okazji podziwiamy nieziemskie widoki (a pogodę mamy rewelacyjną!), dając nieco wytchnienia silnikowi.

Hochtor

Pierwszy dłuższy postój zaplanowaliśmy na przełęczy Fuscher Törl. Jesteśmy na wysokości 2428 m, więc "w kołach" mamy już prawie 1400 m przewyższenia. Z podziwem obserwujemy pedałujących w pocie czoła rowerzystów. I choć lubimy jazdę rowerem, tym razem nikt nie namówiłby nas na zmianę środka lokomocji. No chyba że miałby to być motocykl. Grossglockner Hochalpenstrasse to prawdziwa mekka miłośników tych jednośladów. Amatorzy szybkiej jazdy motocyklem stanowią tu obecnie ok. 20 proc. wszystkich turystów. Na Fuscher Törl zatrzymujemy się na chwilę przy kapliczce poświęconej pamięci robotników, którzy zginęli podczas budowy drogi. Można się stąd również udać na Edelweiss-Spitze (2571 m n.p.m.) - najwyższy punkt trasy.

Po sześciu kilometrach - Hochtor (Wysoka Przełęcz), 2504 m n.p.m. Przeprowadzone przed laty wykopaliska archeologiczne dowiodły, że właśnie tędy już blisko 4 tys. lat temu wędrowali kupcy i podróżnicy. Prawdziwym magnesem dla handlarzy i osobników o nie zawsze czystych intencjach stało się złoto. Wysokie Taury przeżyły dwie prawdziwe gorączki złota - pierwszą w czasach rzymskich, drugą w XVI w. Szybki rozwój miast europejskich w epoce Odrodzenia sprawił, że transalpejska droga handlowa jeszcze bardziej zyskała na znaczeniu. Dziś symbolem Hochtoru jest 311-metrowy tunel, którego otwarcie w sierpniu 1935 r. przypieczętowało zakończenie budowy trasy na Grossglocknera.

Do celu mamy stąd już tylko (a może aż?) 15 km. Decydujemy się jechać bez postojów. Po kilku kilometrach okazuje się jednak, że "zgubiliśmy" prawie 500 m wysokości, co oznacza, że aby osiągnąć cel naszej samochodowej wspinaczki, znowu musimy pokonać parokilometrowy podjazd. Po raz kolejny przekonujemy się, że w górach nie można polegać na wzrokowej ocenie odległości.

Kaiser-Franz-Josefs-Höhe

Wreszcie jesteśmy na Kaiser-Franz-Josefs-Höhe (2369 m n.p.m.), skąd rozciąga się kapitalny widok na króla Wysokich Taurów - Grossglocknera i lodowiec Pasterze. W 1856 r. cesarz Franciszek Józef, wówczas 26-letni, odwiedził Wysokie Taury i - co było wtedy nieprzeciętnym wyczynem - odbył parogodzinną wspinaczkę na wzniesienie u stóp Wielkiego Dzwonnika, które do dziś upamiętnia go swą nazwą.

Z wyżyn tarasu widokowego monumentalny jęzor lodowca przypomina żółwią skorupę. Aby stanąć na jego powierzchni, możemy zejść wyznaczonym szlakiem lub skorzystać z kolejki zębatej. Wybieramy tę drugą możliwość, i po kilkunastu minutach wysiadamy z czerwonego wagonika.

Zjazd kolejką uświadamia nam, jak wielkie zmiany zaszły w krajobrazie tej części Alp. Jeszcze w połowie XIX w. lodowiec Pasterze sięgał do poziomu tarasu - dziś dolna stacja Gletscherbahn znajduje się kilkadziesiąt metrów powyżej lodowego pancerza. Wskutek ocieplenia się klimatu objętość lodowego jęzora w ostatnich stu kilkudziesięciu latach zmniejszyła się o połowę. Przewaga tempa topnienia lodu nad tempem jego "dostawy" z wyższych partii lodowca sprawia, że jęzor Pasterzy nieustannie się cofa, nawet kilkanaście metrów w ciągu roku. Jeżeli tendencja ta nie ulegnie odwróceniu, a wszystko wskazuje na to, że tak się nie stanie, zdaniem glacjologów lodowiec zniknie za niespełna 100 lat (schodząc w dół, mijamy tabliczki z informacjami o tych zmianach).

Po kilkunastu minutach stajemy na skąpanej w słońcu lodowej czaszy. Liczne pęknięcia na jej powierzchni, powstające wskutek pokonywania przez lód nierówności terenu, świadczą o ciągłym przesuwaniu się jęzora. Masy lodu płyną tu z prędkością ok. 6 m rocznie, ruch ten jest zatem niezauważalny. W paru miejscach widać kopczyki usypane z kamieni przez turystów. Dokładamy swoje, a kilka kolejnych trafia do naszych kieszeni na pamiątkę pobytu w krainie wiecznego lodu.

***

Wracamy kolejką na Franz-Josefs-Höhe. Po oddaniu do użytku Grossglockner Hochalpenstrasse turystom wystarczał zwykły parking i sklepik, dziś mamy tu gwarne turystyczne miasteczko. W czteropiętrowym budynku oglądamy interaktywną wystawę poświęconą środowisku naturalnemu Alp. W panoramicznej sali "stajemy" na wierzchołku Wielkiego Dzwonnika i podziwiamy widoki. Zakupy w sklepie odkładamy na później i kierujemy się ku wieży obserwacyjnej Wilhelma Swarovskiego. Nazwisko to kojarzy się przede wszystkim z biżuterią i kryształami. Ale Swarovski to również ceniony w świecie producent wysokiej klasy sprzętu optycznego. Wieża jest doskonałym punktem obserwacji nie tylko odległych szczytów, ale przede wszystkim przyrody. Przy odrobinie szczęścia zauważymy baraszkujące świstaki lub niezwykłej urody koziorożce.

Grossglockner przywitał nas słońcem i prawie nieskazitelnym błękitem nieba. Teraz, późnym popołudniem, nad naszymi głowami zbierają się ciemne chmury. Pora wracać. Do Fusch mamy wprawdzie tylko 50 km, ale w warunkach wysokogórskich pogoda zmienia się niekiedy z minuty na minutę. I rzeczywiście - w połowie trasy mamy wrażenie, że za chwilę będziemy się przebijać przez chmury. Poza tym zaczęło padać. Ale przecież takie są góry i nic na to nie poradzimy...

Artykuł pochodzi z Gazeta Turystyka - sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej

Więcej o: