Wyspa Skye, Hebrydy Wewnętrzne i Zewnętrzne - podróże życia

Serce zostało w... szkockich Highlands, a zwłaszcza na Hebrydach Wewnętrznych i Zewnętrznych - mówi Aleksandra Rembowska, teatrolożka.

Wszechobecna morska sól nadaje tam wilgotnemu powietrzu takiej przejrzystości, że najodleglejsze plany urozmaiconego krajobrazu, wyraźne i klarowne, zdają się pozostawać w zasięgu ręki. Pejzaż - niczym teatralna scenografia.

Niezapomniany dzień miał miejsce...

dwa lata temu, gdy dotarłam na wyspę Skye, największą w archipelagu Hebrydów Wewnętrznych. Kolory fioletowo-brązowych wrzosowisk przeplatają się tam z zielenią trawy rosnącej na wapiennych skałach i błękitem słonych jezior, bazaltowym płaskowyżem i szarością pasma wysokich Cuillinów. Przypominają się odcienie znanego na całym świecie wełnianego tweedu z Harris, który farbuje się roślinnymi barwnikami (tweedowa marynarka bywa wspomnieniem tamtych impresji).

Ciekawe jest to, że...

na wyspach każdego dnia doświadczamy kilku pór roku. Pogoda zmienna, czasami zaskakująca - z czarnych chmur niekoniecznie spadnie deszcz, wiatr przegania złe cienie. W ostrych promieniach słońca i kroplach deszczu nad Portree, portem największego miasteczka Skye, wyrasta nagle łuk tęczy. Wszystko się tu może zdarzyć, dlatego warto mieć przy sobie aparat, by chwytać odmiany światła.

Dojechałam tam...

promem z rybackiego portu Mallaig, a wcześniej z Fort William pociągiem, malowniczą "drogą ku wyspom".

Najlepsze wakacje spędziłam...

na szkockiej prowincji. Z dala od tłumów, turystycznego przemysłu, muzycznego zgiełku i tzw. rozrywki albo animacji, bez których wakacje w europejskich kurortach nie mogłyby się udać.

W Polsce lubię...

Bychowo-Dwór niedaleko Gniewina, położony w nadmorskim pasie pomiędzy Białogórą a Lubiatowem. To miejsce wypadów na dzikie plaże, dobrej kuchni z pstrągiem i tatarem z łososia na czele, odpoczynku wśród stuletnich drzew nad Bychowską Strugą, schronienie dla powracających tam co roku przyjaciół.

Podróżuję z...

wysłużoną, lecz nieocenioną walizką Rimowa. Giętka, elastyczna, posłuszna, doskonale mobilna - nie ma sobie równych. Bez względu na to, czy wyjeżdżam na tydzień, czy na miesiąc, wiem, że w średniej wielkości złotym karbowanym pudle muszę zamknąć wszystkie skarby. A to ułatwia pakowanie.

Mój ulubiony hotel to...

Cuillin Hills Hotel na Skye, z zapierającym dech w piersiach widokiem na zatokę i Cuilliny, a gdy lekko zwrócić się w stronę centrum Portree - także na łodzie cumujące u podnóża biało-niebiesko-różowych domków.

Niebo w gębie poczułam...

w Harbour View, maleńkiej restauracji z czterema stolikami na Skye prowadzonej przez tańczące w kuchni gospodynie (matkę i córkę), kiedy stanął przede mną seafood platter for two , który pochłonęłam sama. Niezapomniane doznania przyniósł również łupacz - jakże inny od innych odmian dorszy i dorszopodobnych - podawany jako tradycyjne fish and chips w skromnej, acz wyróżnionej już nagrodami w rankingach smakoszy restauracji Digby Chick na Lewis, czy terrina z łososia w Manor House w Oban. Godne przywołania są też ostrygi, których skosztowałam na jarmarku bożonarodzeniowym w Düsseldorfie. A z bardziej egzotycznych - dania z tofu, których nigdy nie podejrzewałabym o tak wyrafinowany smak, serwowane w kociołku na terenie świątyni Daitokuji w Kioto. Wspomnieć wypada i o kulinarnych cudach w kraju, choć nie narodowych specjałach: np. zupie rybnej Bouillabaise rodem z Marsylii w Hotelu Galery w Dorotowie czy tournedos alla Rossini w Szarej przy krakowskim rynku. Francuscy kucharze mogliby nie wytrzymać konkurencji.

Na wyprawę zawsze zabieram...

odświeżająco-dezyfnekujące chusteczki Sagrotan, niezastąpione w podróży i na miejscu, gdzie dopadają nas znienacka bakterie. Chusteczki w różnych wersjach nie są, niestety, dostępne w Polsce, oprócz jednego miejsca - warzywnego rynku (pozory mylą!) w Sopocie, tuż przy Wyścigach.

Nigdy więcej nie powrócę do...

Nie ma chyba takiego miejsca. Unikam za to metropolii, ich hałasu, gorączkowego życia, tysięcy ofert spędzania i umilania czasu.

Wkrótce będę w drodze do...

Wuppertalu, miasta w Nadrenii Północnej-Westfalii, rozsławionego przez Pinę Bausch i Tanztheater. Odwiedzane przez miłośników jej sztuki, omijane jest raczej przez turystów spieszących do Kolonii. Może jednak uwieść swym położeniem na wzgórzach, parkiem rzeźb, kameralnym Von der Heydt-Museum ze sztuką XIX i XX w., podniebnym wagonikiem Schwebebahn, czyli najdłuższą na świecie podwieszaną linią kolejową (13,3 km) biegnącą nad korytem rzeki Wupper przez całe miasto. Za każdym razem odkrywam tu nie tylko teatr.

Wymarzony cel podróży:

samotność odnaleziona.

Dr Aleksandra Rembowska - wieloletnia redaktorka miesięcznika "Teatr" i naczelna kwartalnika "Le Théâtre en Pologne/The Theatre in Poland", obecnie wykładowczyni Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza i Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie. Autorka książki "Teatr Tańca Piny Bausch. Sny i rzeczywistość" (wyd. Trio, Warszawa 2009)

Artykuł pochodzi z Gazeta Turystyka - sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej

Więcej o: