Ochrona przyrody, czyli chłopiec do bicia

Wybory samorządowe zbliżają się wielkimi krokami. Kampania wre na całego i każdy szuka sobie jakiegoś przeciwnika, by być bardziej wyrazistym. U mnie, w Puszczy Białowieskiej, przeciwnikiem jest ochrona przyrody

Ostatnio pisałem o tym, jak wielką fikcją są polskie tereny chronione, których podobno mamy bardzo dużo, a tak naprawdę tyle, co kot napłakał, a jeśli chodzi o europejską sieć Natura 2000, jesteśmy na szarym końcu Wspólnoty. Powodem jest oczywiście opór polityków centralnych, ale jest on ściśle połączony z oporem polityków lokalnych. Działa to na zasadzie swoistego sprężenia. Polityk centralny mówi: nie damy ograniczyć niczyich praw; nie zrobimy u was rezerwatu, parku czy obszaru Natury 2000. Gdy słyszy to polityk lokalny, sam też postanawia się bronić - bo przecież taki rezerwat albo park musi być straszliwym złem, skoro władza z Warszawy chce nas przed nim ustrzec. Wówczas polityk centralny obronę jeszcze bardziej nasila - chodzi przecież o elektorat, który się tak bardzo przyda w wyborach parlamentarnych. I tak bez końca. A potem nikt już nie pamięta, kto kiedy zaczął i dlaczego. Nikt też nikomu nie tłumaczy, na czym ochrona przyrody polega i jakie przyniosłaby korzyści. Wszyscy protestują i się bronią.

W mojej okolicy mówią, że "nie chcą żyć w skansenie za płotem". Dziwne, bo gdyby pomyśleć logicznie, okazałoby się, że powiększenie na przykład Białowieskiego Parku Narodowego nie ma nic do tego, że rzeczywiście puszczańskie wsie, takie jak moje Teremiski, przypominają skansen - internet działa ospale, śmieci wywożą raz w miesiącu, a kanalizacji jak nie było, tak nie ma.

Zastanawiając się, jak jest w innych krajach, zasięgnąłem języka tam, gdzie mi było najbliżej, czyli u mojej hiszpańskiej narzeczonej Nurii i jej przyjaciół. Jak wiadomo, Hiszpania należy do najszybciej rozwijających się państw UE, a zarazem posiada olbrzymie obszary chronione (zaznaczam, że chodzi o realną ochronę, a nie fikcyjną jak u nas). Jak się więc dzieje, że mimo to nie są zamknięci w skansenie? Co więcej, władze lokalne zabiegają o tereny chronione, bo łatwiej wówczas promować turystykę i żywność, a Hiszpania z tego właśnie żyje. Jest więc nie do pomyślenia, by jakiś polityk wystąpił przeciwko takim obszarom, bo to dobro wspólne.

A u nas? Widać dobro wspólne wciąż znaczy niczyje, więc stanowi łatwy cel dla wszelkiej maści politycznych hochsztaplerów. Może pora z tym skończyć - zacznijmy pokazywać takim politykom czerwoną kartkę. Skreślajmy ich w wyborach lokalnych i parlamentarnych, bo jeśli tego nie zrobimy, za jakiś czas obudzimy się w brzydkim i ubogim kraju.