Przeprosiłem się z Tatrami

Zanim przeniosłem się do Puszczy Białowieskiej, bardzo dużo chodziłem po górach, zwłaszcza po ulubionych Bieszczadach i Beskidzie Niskim. Dziko, w niektórych miejscach człowieka nie uświadczysz.

Do naszych najwyższych gór, czyli Tatr, miałem bardzo negatywny stosunek. Byłem tam dwa, trzy razy na początku lat 90. i wspominam te wyjazdy jak najgorzej. Tłok na szlaku na Giewont, tłok na drodze na Świnicę, a do Morskiego Oka szedłem jak po Marszałkowskiej w godzinach szczytu. Dwa razy udało mi się zobaczyć kozice, którym nie przeszkadzało, że tuż obok nich przelewa się rzeka ludzi, przez co nie wyglądały na dzikie zwierzęta. Po tych kilku wyjazdach definitywnie skreśliłem najwyższe polskie góry z list miejsc, w które warto jeździć.

I zapewne tak byłoby do dziś, gdybym nie poznał telefonicznie Tomka Krzyżanowskiego, Tomka Kozicy Zwijacza i Filipa Zięby - pracowników Tatrzańskiego Parku Narodowego, którzy przez lata przekonywali mnie usilnie, że nie jest tak źle. No i w końcu wyskoczyłem w Tatry. Tomek przeciągnął mnie po kosówce, a potem pokazał świstaki, a Filip - miejsca, gdzie warto zaczaić się na niedźwiedzia. Wyciągnęli mnie o 5 rano i być może dlatego zobaczyłem zupełnie inne oblicze Tatr. Na szlakach nie było jeszcze turystów, za to trwało wspaniałe rykowisko, czyli okres godowy jeleni. Dla mnie o tyle ciekawe, że tatrzańskie byki mają o wiele większe poroża niż białowieskie. Raz nawet udało się nam zobaczyć wilka polującego na jelenie. Potem z lasu wyleciał orzeł przedni goniony przez kruki... Czegoś takiego nie zobaczę w gęstym białowieskim lesie, a na otwartych zboczach Długiego Giewontu mieliśmy wszystko jak na dłoni.

No i wreszcie ujrzałem w Tatrach niedźwiedzia! Nasz największy drapieżnik pasł się na jagodniku tuż obok szlaku.

Muszę przyznać, że jak na parę dni wrażeń miałem aż nadto. Tatry za sprawą dwóch Tomków i Filipa ujawniły mi swoje dzikie oblicze. Co prawda, te dzikie Tatry zobaczyłem w najbardziej niedostępnych dolinach i o 5 rano. Ale są, i to jest najważniejsze.

Przeprosiłem się więc z nimi i chętnie znowu tam jeszcze zawitam. Swoją drogą, jak te wszystkie zwierzaki dają sobie radę na tak niewielkim terenie? Przecież Tatrzański Park Narodowy jest trzy razy mniejszy od polskiej części Puszczy Białowieskiej, a całe Tatry (polskie i słowackie) z łatwością zmieściłyby się w większej alpejskiej dolinie. Na razie wilki, niedźwiedzie, kozice i świstaki trwają, mimo że presja na te góry jest ogromna. Dlatego nie jestem pewien, czy pewnego dnia moje (zupełnie fałszywe) przekonanie, że Tatry to góry, w których można spotkać wyłącznie człowieka, nie stanie się faktem. Po ostatniej wizycie wiem, że byłaby to niepowetowana strata.