O takie plaże walczymy

Cały świat już od dawna bawi się na plażach. A my, jak zwykle, gonimy. Kogo dokładnie gonimy i co zrobić, żeby i u nas było tak fajnie?

Gołe Goa

Indyjskie wybrzeże Morza Arabskiego skolonizowali najpierw Portugalczycy. Zostawili po sobie forty i katolicyzm, oba zjawiska przetrwały tam do dziś. Drugi rzut białej rasy odbył się pod znakiem peace'n'love. Hipisów przyciągnął rajski klimat i aura nirwany. Pod okiem Shivy - boskiego jogina - otwierali swoje "The Doors of Perception", imprezowali od zmierzchu do świtu i porastali coraz dłuższymi brodami. Na nowo Goa zaktywizowało się w drugiej połowie lat 90. Odżył fluid radosnej psychodelii. Tłumy neo-dzieci kwiatów tańczyły do dziwnej, elektronicznej muzyki granej przez didżejów. Muza o mocnym, wyrazistym bicie szybko dorobiła się nalepki Goa Trance i wkrótce podbiła europejskie stolice.

Co ciekawe, tzw. Psychedelic Culture z Goa wyjątkowo gładko zaklimatyzowała się w stechnicyzowanych Niemczech. Tym większe szanse ma w Sopocie.

Sun of Jamajca

Karaibska wyspa już na starcie jest do przodu w dziedzinie beach party. Mając takie złoto plaż, szmaragd morza, lazur nieba oraz przyjazną dla psyche roślinność, pozostaje zapewnić tylko dobrą muzę. Z tym też nie ma problemu. Dredowłosi tubylcy reggae i dance hall mają we krwi, pozostaje tylko przepuścić je przez sound system. Ta przenośna dyskoteka (ma ją prawie każde gospodarstwo domowe na Jamajce) pełni rolę podobną do naszych obwoźnych garkuchni - niczym gęsta grochówka rozgrzewa duszę i ciało. Zwłaszcza że z zaświatów patronat nad jamajskim party sprawuje Bobby Marley. Na tym świecie odpowiada za nie Sean Paul, szerząc ekologiczną ideę T&A, czyli "tits and ass" ("piersi i tyłeczki" - najczęściej pojawiający się element w jego teledyskach). Tych ostatnich nad Bałtykiem nie brakuje, nad resztą trzeba by jeszcze popracować.

Miami Beach

Jeśli jest na świecie miejsce, które przypomina biblijne Sodomę i Gomorę (przypomnijmy: zniszczone przez rozgniewanego Boga ogniem i siarką za rozpustę mieszkańców), to jest to półwysep Floryda w czasie tygodniowego nalotu tysięcy amerykańskich studentów, znanego w USA jako spring break. Spring break (czyli wiosenne ferie) to na pewno nie jest impreza, na którą polscy rodzice chcieliby wysłać swoje dzieci. W Stanach Zjednoczonych spring break jest jednak cywilizacyjnym fundamentem. Społeczeństwo amerykańskie wychodzi z założenie, że w życiu młodego człowieka jest okres, w którym należy mu się fun (ubaw), a na Florydzie funu jest co niemiara. Dzień przeciętnego uczestnika spring break zaczyna się na plaży od meczu siatkówki i sześciopaka Budweisera. Później mniej jest sportu, ale więcej alkoholu. Zwieńczeniem jest wypad do dyskoteki i pusty, odarty z uczuć seks z przygodnie poznaną partnerką/partnerem. I tak w koło Macieju. Najpopularniejsze miejsca, do których jadą amerykańscy studenci, to te ze słowem plaża w nazwie: Daytona Beach, Miami Beach i Clearwater Beach. Ugrzecznione relacje ze spring break, w czasie których ubrane w bikini młode Amerykanki wyginają się w rytm muzyki, przeprowadza stacja MTV. Jednak można też kupić kasety wideo z wersją ukazującą dużo, dużo więcej.

Ibiza

Czym dla Amerykanów Floryda, tym dla Europejczyków (przede wszystkim Anglików i Niemców), leżąca w archipelagu Balearów, Ibiza. Jeżdżą tu zwykle ci, którzy już studia ukończyli. Wyspa słynie przede wszystkim z ogromnych klubów, z których każdy jest w stanie pomieścić ponad sześć tysięcy podrygujących przy dźwiękach techno osób. Świadkowie przyznają, że główną siłą napędową wielogodzinnego imprezowania są narkotyki. Alkohol jest mniej popularny, przede wszystkim ze względu na ceny: 7 funtów za butelkę piwa to za dużo nawet dla Brytyjczyków. Plażę odwiedza się tu zazwyczaj nad ranem, aby obejrzeć wschód słońca. Mit wyspy jest tak silny, że nawet polskie kluby, działające setki kilometrów od wybrzeża, organizują od czasu do czasu imprezy pod hasłem Ibiza Party.

Ola Kozłowska, Marcin Ręczmin