Jak mnie poderwać? Radzi Sebastian Łupak

Mój licealny wychowawca powtarzał, że dla niego liczy się uroda Kim Basinger połączona z inteligencją amerykańskiej intelektualistki Susan Sontag

Wtedy, gdy jeszcze buzowały we mnie hormony, nie rozumiałem go. Wtedy wystarczyło, że dziewczyna miała długie włosy i ładnie pachniała i już byłem "ugotowany". Wszystkie jej atuty były widoczne gołym okiem i namacalne. Ale dziś, gdy jestem po trzydziestce, zaczynam go rozumieć. Błyskotliwa konwersacja, inteligentna uwaga i tzw. wiedza ogólna robią na mnie spore wrażenie. Jedno niekonwencjonalne zdanie o filozofii egzystencjalnej i zaczynam o niej myśleć poważnie. Moimi ideałami nie są już dziewczyny z serialu "Baywatch", ale ktoś w rodzaju krytyk sztuki Anety Szyłak czy szefowej Transparency International Julii Pitery. Najlepszym afrodyzjakiem jest inteligencja. Cenię także Sigourney Weaver (na zdjęciu) za jej rolę kobiety tak bystrej, że jako jedyna potrafi przeżyć każdy odcinek "Obcego". Ona zapewniłaby przetrwanie moich genów (czyli mojego potomstwa) w najbardziej ekstremalnej sytuacji. Uroda się liczy, ale kobieta nie może być perfekcyjnie piękna, niemiłosiernie i bestialsko piękna, piękna do znudzenia. Potrzebny jest mały szczegół, niby rysa na wizerunku, ale tak naprawdę coś, co odróżnia ją od sztampowego wizerunku z reklamy szamponu.