Dorsz po diabelsku

Diabeł działał sprawnie. Marcinowi Szczodrowskiemu, kucharzowi sopockiej restauracji Meta (ul. Wybickiego 48, przy stadionie leśnym), podrzucił filety z dorsza, warzywa, sos tobasco, pieprz i ostrą paprykę.

Kucharz pomyślał "diabli nadali", ale cóż było robić. Wziął się do pracy i w letniej redakcji "Gazety Wyborczej" przygotował dorsza po diabelsku.

Porcje filetów z dorsza kilka godzin trzymał w zalewie (olej, sól, pieprz, ostra papryka, szczypta ziół). Potem obtoczył je w mące, zanurzył w musztardzie i położył na rozgrzanej patelni z olejem. Na drugiej patelni smażył pokrojone warzywa: cebulę, paprykę, pomidory i pieczarki. Dodał sosu sojowego i tobasco. Po około 10-15 minutach dorsz był już czarny (to ostra papryka nadała taką barwę), więc pan Marcin ułożył go na talerzu udekorowanym sałatą i plasterkami cytryny. Zgromadzeni przechodnie chętnie podpisywali cyrografy, by tylko spróbować rybki na ostro; porcje rozeszły się błyskawicznie. Lecz cóż to - cud to czy diabelska sztuczka? - okazało się, że przebiegły diabeł podrzucił kucharzowi aż 8 kg dorsza, więc jak w prawdziwym piekle, smażeniu i okrzykom (na szczęście nie cierpienia, a rozkoszy podniebienia) nie było końca. Diabeł osiągnął swój cel: z powodu nęcącego zapachu ryby skropionej sokiem z cytryny łakomstwem zgrzeszyło pół Monciaka. A kto wczoraj pozostał bez winy, ma jeszcze szansę zgrzeszyć, gdyż restauracja Meta dorsza po diabelsku serwuje przez cały rok. Za 100 gramów rybki zapłacimy tam 6,50 zł. Warte grzechu!

wid