Niesamowite lotniska świata: technicznie najtrudniejsze - wielka "dziesiątka"

Pas startowy lotniska w Lukli w Himalajach po pięciuset metrach wpada w głęboką na dwa kilometry przepaść. Inne porty lotnicze usadowiły się tuż nad oceanem, wcisnęły między andyjskie szczyty albo drapacze chmur. Zapnijcie pasy, lecimy po kolei, będzie adrenalina i niezapomniane widoki.
Międzynarodowe Lotnisko Toncontin. Honduras / CC Wikimedia: fot. Enrique Galeano Morales Międzynarodowe Lotnisko Toncontin. Honduras / CC Wikimedia: fot. Enrique Galeano Morales Międzynarodowe Lotnisko Toncontin. Honduras / CC Wikimedia: fot. Enrique Galeano Morales

Międzynarodowe Lotnisko Toncontin. Honduras

Międzynarodowe Lotnisko Toncontin. Honduras

Podobno jedną z najtrudniejszych rzeczy w pracy pilota jest lądowanie nocą, nawet w dużych portach lotniczych. Co w takim razie czuje kapitan, który zbliża się do płyty lotniska Toncontin w Hondurasie, gdzie pas startowy kończy się po 2,1 tys. metrach*, a dodatkowym utrudnieniem jest górzysty teren? Ten maleńki port stawia pilotom gigantyczne wyzwania, dlatego Amerykanie zaklasyfikowali go na drugim miejscu wśród najbardziej niebezpiecznych lotnisk świata. Lądują na nim piloci samolotów pasażerskich, którzy po każdym odstawieniu maszyny na miejsce mogą sobie wpisać do dzienniczka szóstkę z plusem z w-fu, i trochę bardziej doświadczeni w trudnych manewrach piloci wojskowi. Toncontin leży na wysokości tysiąca metrów n.p.m., 6 kilometrów od Tegucigalpy. Z dużych modeli obsługuje maszyny pokroju Boeinga 757, m.in. Delty i American Airlines, które mieszczą maksymalnie 280 osób. Co ciekawe, dawniej, kiedy past startowy liczył mniej niż 1,8 tys. metrów długości, lądowały tutaj dłuższe o kilka metrów Douglasy DC-8.

* Dla porównania: Lotnisko im. Fryderyka Chopina w Warszawie posiada pas startowy o długości 2920 metrów.

Kai Tak. Hong Kong / CC Wikimedia Kai Tak. Hong Kong / CC Wikimedia Kai Tak. Hong Kong / CC Wikimedia

Dawne lotnisko Kai Tak. Hong Kong

Dawne lotnisko Kai Tak. Hong Kong

Lecimy na drugą stronę kuli ziemskiej - do Chin, a właściwie do Hong Kongu. Lądujemy w Kai Tak, dawnym oficjalnym porcie lotniczym miasta, który w 1998 roku zakończył swoją głośną karierę. Zastąpił go nowy, położony 30 kilometrów dalej, a piloci odetchnęli z ulgą, podobnie zresztą jak pasażerowie i mieszkańcy pobliskich drapaczy chmur. Stracili na tym chyba jedynie turyści, dla których schodzenie na ziemię wielkich Boeingów było spektakularnym widowiskiem - w niewielu przecież miejscach na Ziemi można odnieść wrażenie, że brzuch żelaznej maszyny jest na wyciągnięcie ręki i za chwilę zwali się nam na głowę.

Lądowanie na Kai Tak było podobno szalenie trudne: lotnisko otaczają wieżowce i góry, których wysokość przekracza 2 tysiące metrów, ponadto pas startowy wcina się w zatokę i w zlokalizowany w niej, codziennie zatłoczony miejski port. Spektakularny był szczególnie jeden trik pilota, który pasażerowie nazywali między sobą "Kai Tak Heart Attack", a piloci - "Hong Kong Turn". W ostatniej fazie lotu, na około 4 kilometry przed wylądowaniem, 200-300 metrów ponad głowami przechodniów kapitan musiał wykonać zakręt o 47 stopni tak, by ustawić maszynę dokładnie nad płytą lotniska. Manewr musiał być precyzyjny co do metra i nawet przy idealnej pogodzie wykonanie go było bardzo, bardzo trudne.

Wbrew pozorom statystyka poważnych wypadków lotniczych w Kai Tak nie jest szokująca. Ostatni z ofiarami śmiertelnymi miał miejsce na cztery lata przed zamknięciem portu, wcześniej zdarzały się średnio dwa w ciągu dekady. Port nie jest już obsługiwany w celach lotniczych, w czerwcu 2013 roku na krańcu cypla, który kiedyś stanowił pas startowy, został otwarty terminal portowy, gdzie "lądują" dziś pasażerowie statków rejsowych.

Międzynarodowy Port Lotniczy Princess Juliana. St. Martin / shutterstock Międzynarodowy Port Lotniczy Princess Juliana. St. Martin / shutterstock Międzynarodowy Port Lotniczy Princess Juliana. St. Martin / shutterstock

Międzynarodowy Port Lotniczy Princess Juliana. Karaiby

Międzynarodowy Port Lotniczy Princess Juliana. Karaiby

To zabawne, że sławę temu położonemu w holenderskiej części Saint Martin lotnisku przyniosła maleńka plaża, która mieści się po drugiej stronie ulicy oddzielającej ją od pasa numer 9. Lądujące na nim Boeingi wyłaniają się znienacka ponad głowami plażowiczów i sprawiają wrażenie, jakby za chwilę miały porwać ich ze sobą. Kiedy samolot jest już bardzo blisko fazy lądowania, czyli przelatuje dokładnie nad Maho Beach, wiatr podnosi tumany piasku, zasypując turystów. Oczywiście nigdy ich tutaj nie ubywa, bo właściwie po to tutaj przychodzą: nie dla ciepłej wody i drinków, ale po to, żeby poczuć na sobie oddech olbrzyma.

Mimo bliskości oceanu w pobliżu portu do tej pory miały miejsce tylko dwa poważne wypadki, oba w latach siedemdziesiątych.

Ice Runway. Antarktyda / Eli Duke CC BY-SA Ice Runway. Antarktyda / Eli Duke CC BY-SA Ice Runway. Antarktyda / Eli Duke CC BY-SA

Ice Runway. Antarktyda

Ice Runway. Antarktyda

Antarktyda stawia przed pilotami arcytrudne wyzwanie: lądując na skutej lodem powierzchni morza droga hamowania wydłuża się o kilka kilometrów w porównaniu z "normalnymi" warunkami atmosferycznymi. Jeden z takich ekstremalnych pasów startowych, tzw. Ice Runway, znajduje się około 60 kilometrów od amerykańskiej stacji badawczej McMurdo. Dzięki regularnej dostawie żywności lądujący na nim piloci zapewniają przetrwanie jednorazowo blisko tysiącu mieszkańcom kontynentu, żaden inny pas w tym rejonie nie jest przystosowany do obsługi większych samolotów. Cały port ogranicza się jedynie do błękitnego pasa lodu, który na potrzeby lotnictwa wykorzystywany jest okresowo, do czasu, kiedy lód jest na tyle gruby i twardy, by utrzymać na powierzchni dwustutonową maszynę. W międzyczasie samoloty lądują też m.in. na Williams Field, które leży na 80-metrowej warstwie lodu. Lotniska obsługują maszyny wojskowe produkowane przez firmę Lockheed oraz Boeingi typu C-17.

Lotnisko na Maderze Lotnisko na Maderze CC Wikimedia: fot. Jarle Vines

Lotnisko na Maderze

Lotnisko na Maderze

Lotnisko na Maderze, które co roku obsługuje średnio 2 miliony pasażerów, wygląda dość osobliwie, ale bez obaw: ostatni poważny wypadek miał tu miejsce dawno temu, bo dopiero pod koniec lat siedemdziesiątych. Portugalczycy stale zwiększają długość pasa startowego i na dzień dzisiejszy mierzy on już niecałe 3 tys. metrów (wcześniej miał 1,6 tys. metrów długości), przy czym na dodatkowy fragment zabrakło już miejsca na lądzie... Nowa konstrukcja, będącą przedłużeniem krótkiego lądowego odcinka drogi, wspiera się na rzędzie betonowych kolumn i wygląda jak kawałek asfaltu, pod którym ocean wymył grunt. Po jednej stronie platformy rozpościera się właśnie błękitna tafla wody, a że pas przecina niewielki cypel, sprawia wrażenie, jakby zaczynał się i kończył w oceanie, po drugiej stronie natomiast widać góry. Za odlatującymi z wyspy pasażerami pozostaje oddalone o dwa kilometry od lotniska Santa Cruz.

Lotnisko na Barra / CC Flickr.com, fot. Calflier001 Lotnisko na Barra / CC Flickr.com, fot. Calflier001 Lotnisko na Barra / CC Flickr.com, fot. Calflier001

Lotnisko na Barra

Lotnisko na Barra

Może i lotnisko na St. Martin słynie z bliskości Maho Beach, ale tylko port na wyspie Barra w Szkocji może poszczycić się lokalizacją dokładnie na plaży. Składa się trzech krótkich pasów startowych, które oznaczone są za pomocą drewnianych pali. Podczas przypływu regularnie zatapiają je wody płytkiej zatoki Traigh Mhor, a więc o rozkładzie lotów w stałych godzinach można tutaj tylko pomarzyć. Rytm pracy lotniska dosłownie reguluje natura i zależy on od pływów morskich. Port na Barra obsługuje małe samoloty pasażerskie typu Twin Otter, produkowane przez kanadyjską firmę De Havilland Canada. Z Glasgow na wyspę latają regionalne linie lotnicze Flybe.

Juancho. Holandia / Pat Hawks Juancho. Holandia / Pat Hawks Juancho. Holandia / Pat Hawks

Juancho. Holandia

Juancho. Holandia

Port Juancho znajduje się niezupełnie w Holandii, leży na karaibskiej wyspie Saba, która jest jej terytorium zależnym. Pas startowy, którym dysponuje jako jedynym na Sabie, podobno jest zmorą pilotów operujących małymi maszynami typu Twin Otter i helikopterami, inne w ogóle nie dadzą rady tu wylądować. Trudno wyobrazić sobie mierzącego nawet do 70 metrów Boeinga 747, który pokonawszy drogę zaledwie 300 metrów, swobodnie i bez szwanku parkuje. Pas zajmuje niewielki cypel u stóp wulkanu na samym koniuszku wyspy. Wymagające od pilotów intensywnej gimnastyki zarówno lądowanie, jak i start, sprawiły, że wielu ekspertów zakwalifikowało Juancho na miejscu pierwszym wśród najbardziej ekstremalnych lotnisk świata, nawet przed portem w Lukli.

Courchevel. Francja / Hugues Mitton Courchevel. Francja / Hugues Mitton Courchevel. Francja / Hugues Mitton

Courchevel. Francja

Courchevel. Francja

To nieduże lotnisko leży na wysokości około 2,01 tys. metrów n.p.m. we Francuskich Alpach, zimą lądują tu i startują stąd czartery z narciarzami, którym Courchevel kojarzy się jednoznacznie: z doskonałymi warunkami do uprawiania sportów. Start z nachylonego pod kątem 18%, krótkiego na 525 metrów pasa jest ryzykowny, a z powodu braku odpowiedniej przestrzeni samolot nie ma miejsca na kołowanie. Droga, która musi pokonać maszyna, przypomina po prostu kiepsko naśnieżony stok narciarski, który można by zakwalifikować do tras przynajmniej czerwonych. (Zresztą nartostrady biegną tuż obok, więc po wylądowaniu można od razu wsiąść na deskę albo dwie, jak kto woli). Dlatego według Amerykanów z programu Most Extreme Airport to jedno dwudziestu najbardziej ekstremalnych lotnisk świata. Nic dziwnego, że stało się scenerią dla wydarzeń z filmu o Jamesie Bondzie, a mianowicie dla Tommorow Never Dies. Oprócz Bonda na CVF lądują pasażerowie helikopterów i prywatnych samolotów, których piloci posiadają specjalne umiejętności potwierdzone certyfikatem.

Gibraltar. Wielka Brytania / shutterstock Gibraltar. Wielka Brytania / shutterstock Gibraltar. Wielka Brytania / shutterstock

Gibraltar. Wielka Brytania

Gibraltar. Wielka Brytania

Już prawie na koniec przykład z domu: opinię najbardziej niebezpiecznego w Europie lotnisko ma port na Gibraltarze. Pas startowy mierzy niecałe 2 kilometry długości, jego ostatni fragment wrzyna się w morską zatokę. Najbardziej kuriozalną rzeczą związaną z portem jest fakt, że drogę samolotu przecina ulica Winstona Churchilla, biegnąca prosto do granicy z Hiszpanią. Przy każdym lądowaniu i starcie zostaje wyłączona na około 10 minut z ruchu.

fot. David Stanleyfot. David Stanley

Lukla Nepal / shutterstock Lukla Nepal / shutterstock Lukla Nepal / shutterstock

Lukla. Nepal

Lukla. Nepal

Chyba we wszystkich rankingach najbardziej niebezpiecznych lotnisk świata port w Lukli zajmuje miejsce pierwsze. Jedno z najwyżej usytuowanych, bo leżące na wysokości ponad 2,8 tys. metrów n.p.m., lotnisko we wschodnim Nepalu nosi imię dwóch pierwszych zdobywców Everestu: Tenzinga i Hillarego. Dla turystów stanowi ono jedyną, najszybciej dostępną bramę do najwyższej góry świata. Startują i lądują tu samoloty kursujące do i z Katmandu, loty odbywają się za dnia i tylko przy dobrej pogodzie. Dlatego często są opóźnione albo w ogóle odwołane. Ale do wypadków wcale nie dochodzi tu nagminnie, od 1973 roku było ich ok. 10, większość bez ofiar. Port ma jeszcze krótszy pas startowy niż CVF, tutaj mierzy 460 metry długości, jest nachylony pod kątem 12%. Urywa się tuż nad gigantyczną przepaścią, która paraliżuje mnóstwo pasażerów przed wejściem na pokład małych, ciasnych cywilnych samolocików. Oprócz nich lądują tutaj helikoptery.

Lukla Nepal / fot. Pekka Tamminen CC BYLukla Nepal / fot. Pekka Tamminen CC BY

Więcej o: