4 teksty o świecie i podróżowaniu, które musisz przeczytać [KONTYNENTY]

?Kontynenty?, nowe pismo o podróżach tworzone przez nagradzanych pisarzy, dziennikarzy, reporterów i fotografów, czeka już w kioskach na miłośników mądrych i ciekawych opowieści. Przeczytaj u nas duże fragmenty tekstów.
Arktyka / fot. Adam Wajrak Arktyka / fot. Adam Wajrak Arktyka / fot. Adam Wajrak

Adam Wajrak: Arktyka znika

Jak by się czuł wielbiciel Afryki, któremu ktoś by powiedział, że za jego życia zniknie Kenia, Tanzania i jeszcze na przykład Sudan? Albo miłośnik Azji, który wie, że Indie wyparują? Właśnie Indie?! A mój ukochany kawałek świata, taki niby-kontynent - Arktyka - właśnie się topi.

"Amundsen" parł do przodu, jakby miał przed sobą cienki lód jednoroczny albo otwartą wodę, a nie gruby lód wieloletni. Najśmielsze prognozy tego nie przewidziały - mówił prof. David Barber, a ja czułem, jak mnie ściska w gardle. "Amundsen" to badawczy lodołamacz kanadyjskiej straży wybrzeża, a prof. David Barber jest wybitnym specjalistą zajmującym się badaniem morskiego lodu. W 2009 roku na pokładzie "Amundsena" ruszył na południową część morza Beauforta. To morze na północ od Alaski. Zwykle "Amundsen", który nie jest jakimś wyjątkowym lodołamaczem (jest przystosowany do łamania lodu mającego nieco ponad metr grubości), powoli zwalnia, aż w końcu staje w grubym, wieloletnim paku lodowym. - Ze zdjęć satelitarnych wynikało, że ten gruby, wielometrowy lód jest właśnie przed nami. Byliśmy pewni, że staniemy w nocy. Położyłem się spać z takim przekonaniem. Ale nad ranem następnego dnia "Amundsen" wciąż parł do przodu, wbijał się w lód i za nic nie chciał się zatrzymać! - opowiadał prof. Barber. - Z lodem jest źle, jest gorzej, niż myślimy.

Wiem, że teraz stukacie się w głowę. Czy warto martwić się o zwykły lód?! Ten, który u nas znika, gdy robi się ciepło, i na pewno pojawi się znowu, gdy tylko się ochłodzi? Nie myślcie tak, proszę. Ten lód to Arktyka. A dla mnie Arktyka jest tym, czym dla was Ameryka, Azja albo Afryka. Tam miałem najwspanialsze przygody.

Arktyka / fot. Adam Wajrak

Arktyka / fot. Adam Wajrak

Koci chód, czyli jak dałem się podejść niedźwiedziom

To był kwiecień roku 1996. Siedzimy sobie i pijemy herbatę. Wojtek Moskal, Jacek Jezierski i ja. Wojtek jest znanym polarnikiem, zdobył nie tak dawno z Markiem Kamińskim biegun, Jacek to znany himalaista, a ja - początkujący polarnik. Ustawiamy się tyłem do wiatru, przodem do słońca, bo tak jest najprzyjemniej. Siedzimy na sankach, które ciągnęliśmy przez tydzień po białym pustkowiu. Wokół nas olbrzymie pola lodowe, które przyklejają się tu, gdzie siedzimy, do wschodniego wybrzeża Spitsbergenu, ciągną aż do Ziemi Franciszka Józefa na wschodzie i dalej wzdłuż wybrzeży Syberii, Alaski do Grenlandii. To kraj polarnych niedźwiedzi, ich matecznik. W tej okolicy małe polarne misie, urodzone w śnieżnych gawrach na wybrzeżu Spitsbergenu, pierwszy raz wchodzą na lód. I cel niedźwiedzich wędrówek - przychodzą na Spitsbergen ze wschodu i później wędrują na zachód wyspy. To jest ich środowisko, bo ich środowiskiem jest zalodzone morze. Dlatego chyba lepiej ich naturę i charakter oddaje nazwa łacińska - Ursus maritimus, czyli niedźwiedź morski, albo norweska: Isbjørn, czyli niedźwiedź lodowy. Odpoczywamy akurat w miejscu, w którym powinno być od groma niedźwiedzi. Nasi norwescy przyjaciele ostrzegali nas, że tu, na wschodnim wybrzeżu, nie opędzimy się od nich. Dlatego jesteśmy wyposażeni w rakietnice do odstraszania. Mamy też dwa karabiny. Na Spitsbergenie nie wolno wychodzić za rogatki Longyearbyen, czyli tutejszej stolicy liczącej wówczas około 2 tys. mieszkańców, bez broni. Zdarza się bowiem, że niedźwiedzie atakują człowieka. Rok wcześniej zabiły dwie osoby.

No więc mamy rakietnice, pudła rakiet, dwa karabiny i coś w rodzaju min miniaturek, połączonych drutem. Jak rozbijamy namiot, to otaczamy go tym drucikiem. Niedźwiedź o drucik się potyka, wyciąga zawleczki w miniładunkach i... BUM! Eksplozja niedźwiedzia nie zabije, ale na jakiś czas zatrzyma, a nas obudzi. Poza tym w namiocie zawsze leży przygotowana do strzału broń. Oczywiście, to ostateczność, mamy prawo jej użyć tylko w wypadku wyraźnego ataku.

Siedzimy sobie spokojnie, bo wiemy, że od tygodnia niedźwiedzie się w te okolice nie zapuszczały, nie było świeżych śladów. Owszem, widzieliśmy wielkie dziury w śniegu i były to niewątpliwie tropy wielkiego drapieżnika, ale sprzed wielu dni. Rakietnice i strzelby mamy więc głęboko w sankach - wiecie, jak strasznie niewygodnie iść na nartach z takim żelastwem na plecach i jeszcze ciągnąć sanki? No więc grzejemy się w słońcu. Sanki ze śpiworami, namiotem, ubraniami, żywnością i paliwem do kuchenki oraz - a jakże! - karabinami i i rakietnicami ustawiliśmy bardzo sprytnie tuż za lodową bryłą, która też osłania nas od wiatru. Siedzimy i gadamy. Jest miło, wręcz sielsko.

Arktyka / fot. Adam Wajrak

Arktyka / fot. Adam Wajrak

Nagle... O żeż...!!! Wojtek zrywa się na równe nogi pierwszy. Nie dalej niż 20 metrów od nas stoi niedźwiedzica. Może jest bliżej, bo słyszę jak oddycha, jak wciąga w nozdrza powietrze, a czasami posapuje. Jest wielka! A obok niej już całkiem podrosłe, niemal takie jak ona niedźwiedzie dziecko. Patrzą na nas z ciekawością. W czerwonych anorakach po prostu musimy dziwnie i intrygująco wyglądać w lodowej bieli. Wojtek jednym ruchem błyskawicznie rozpina sanki i łapie broń. Ja wygrzebuję aparat. Niedźwiedzie patrzą na nas z wyższością, a potem spokojnie odchodzą. A raczej odpływają. Bo niedźwiedź idący po lodowych polach naprawdę sunie tak majestatycznie i z taką swobodą, że wygląda, jakby płynął. Patrzę na nie zawsze z podziwem, bo wiem, jak nam trudno idzie się po spiętrzonym lodzie. Bywało tak, że przez cały dzień pokonywaliśmy zaledwie parę kilometrów. A niedźwiedziom wystarczy parę minut, by zniknąć za horyzontem.

Niedźwiedzie widziałem pierwszy raz rok wcześniej, w lecie. Ale albo były bardzo daleko, albo patrzyłem na nie ze schodów Polskiej Stacji Polarnej w Hornsundzie. Tym razem było inaczej. Nie ma bezpiecznej kryjówki, jesteśmy na ich terenie, a one są tuż-tuż. Piękne, majestatyczne zwierzęta, które gdyby tylko chciały, mogłyby bez trudu nas upolować. Wiecie, jakie to uczucie, że można być upolowanym? Nie czuje się zwykłego strachu. To strach zmieszany z wielką dawką adrenaliny.

Dreszcze przechodzą nam po plecach, gdy sprawdzamy, skąd przyszły. Na bryle lodu, która wmarznięta stała tuż za nami, odkrywamy odciski niedźwiedzich łap. Wielkich, z olbrzymimi pazurami. One były kilka metrów od nas! Wystarczył jeden skok i byłoby przynajmniej po jednym z nas, a może po dwóch. Niedźwiedzie na szczęście tego nie zrobiły. A mogły bez najmniejszego trudu. Najciekawsze, że nic, ale to nic nie słyszeliśmy. Podeszły cichutko jak koty. Stały sobie na bryle nad nami i patrzyły. Wtedy właśnie nauczyłem się, że niedźwiedź polarny ma koci styl życia. Może się pojawić zupełnie nieoczekiwanie tuż obok. Nigdy nigdzie nie można powiedzieć, że niedźwiedzi nie ma, bo one zaraz mogą być.

To porównanie może wydawać się dziwne, bo przecież niedźwiedzie na pierwszy rzut oka w niczym kotów nie przypominają. Wydają się bardziej ślamazarne, ociężałe i niezdarne. I są dużo większe. Największym kotom, lwom i tygrysom, daleko do niedźwiedzi polarnych. Niedźwiedzie ważą zwykle kilkaset kilogramów, a niektóre mogą nawet tonę. Ale uwierzcie, mają koci krok i spryt. Lód nawet nie skrzypnął i nie trzasnął, gdy zachodziły nas z tyłu. Ktoś, kto chodzi po takim przemarzniętym śniegu i lodzie, wie, że bardzo trudno jest być cicho. A niedźwiedzie to potrafią. Pewien Norweg opowiadał nam, że za każdym razem, gdy wchodzą na nowy lód, próbują go najpierw łapą, by wiedzieć, jak mają po nim chodzić, by nikt ich nie usłyszał. Może to tylko legenda, ale świetnie oddaje naturę niedźwiedzi.

Ta kocia natura jest im potrzebna, by polować na foki obrączkowane. Takie polowanie zresztą bardzo często wygląda jak zabawa w kotka i myszkę. Foki wychuchują sobie dziury w lodzie. Przez niektóre oddychają i węszą, przez inne wychodzą na lód, by się powygrzewać w słońcu. Jeszcze inne prowadzą do śnieżnych jamek w zakamarkach spiętrzonego lodu, w których przychodzą na świat ich młode. Foki mają znakomity słuch i węch. Sądząc po tym, jak szybko czmychały do morza, gdy usiłowałem się do nich zbliżyć, wzrok też mają niezły. Wielki niedźwiedź musi się do nich podkraść na odległość skoku, góra dwóch, by polowanie było udane. W przeciwieństwie do rysia polującego w takich lasach jak Puszcza Białowieska albo tygrysa z dżungli Sumatry, czy nawet lwa na sawannie niedźwiedź polarny nie ma się gdzie zaczaić, bo zwykle foki wydmuchują swoje dziurki i wychodzą na lód tam, gdzie jest on płaski jak stół.

Arktyka / fot. Adam Wajrak

Arktyka / fot. Adam Wajrak

Arktyka / fot. Adam Wajrak

Arktyka / fot. Adam Wajrak

...

Adam Wajrak - przyrodnik i dziennikarz. Mieszka w Puszczy Białowieskiej

***

Wszystkie teksty pochodzą z magazynu "Kontynenty" - nowego pisma o podróżach. Zobacz >>


Jacek Hugo-Bader Jacek Hugo-Bader Jacek Hugo-Bader / fot. Jacek Hugo-Bader

Jacek Hugo-Bader: Kiedyś byłem psem

Jestem wszystkożernym padlinożercą, każdy przedmiot wącham, przeczuciu ufam bardziej niż wzrokowi, a z instynktów najbardziej rozwinięty mam instynkt ucieczki.

A jeśli gdzieś mam być szybko, to biegnę. W rytmie jeden oddech na cztery kroki mogę biec nieskończenie długo, godzinami. Bez zatrzymywania potrafię jeść i pić. Do windy za nic w świecie nie wsiądę, jeśli mam być niżej niż na piątym piętrze. W dół nigdy nie zjeżdżam. I nigdy się nie gubię. Z przyrodzenia mam zamontowaną w głowie nawigację.

Umiem nawet gadać z psami, chociaż nie z każdym mam ochotę, bo jak wszystkie zwierzaki w moim domu mam uprzedzenia rasowe. Nie cierpimy na przykład pitbuli, cholernych psich mięśniaków, czworonożnych drecholi z mózgami wielkości orzecha laskowego. A z tym padlinożercą to reporterska metafora. Kiedy jadę w teren (jak mawiają starzy reporterzy), czyli w delegację, w Polskę, w świat na zbieranie materiału do nowego tekstu - schylę się po każdy paproch, szczegół, informację, opowieść. Do każdej padliny, śmiecia, gówna. Mogę później nie wykorzystać, nie pożreć, ale na pewno podniosę, zabiorę.

Kulawy piesek albo "być w drodze" i "podróżować"

To wszystko sprawia, że jestem naturalnie wyposażony do podróżowania. Uwielbiam to zresztą. Chociaż prawie nigdy tak nie mówię. Mówię, że uwielbiam ?być w drodze?.

To nic nadzwyczajnego, zważywszy na fakt, że w poprzednim życiu było się wałęsającym psem. Proszę zwrócić uwagę, że nie piszę "bezpańskim", tylko wałęsającym się. Bo cóż to za przyjemność być psem "pańskim"? Mieć pana? Nie byłem więc nawet bezpańskim, tylko wolnym, swobodnym, włóczącym się... Wprawdzie wiecznie głodnym, parszywym, zapchlonym i oblazłym egzemą, do tego z rakiem jąder, które w końcu krótkiego życia niemal wlokły się za mną po ziemi, ale za to radosnym, ba! - szczęśliwym psem. Paskudnym kundlem z zaropiałymi ślepiami i uszami, z których cuchnęło jak z kibla, ale dumnym ze swoich potężnych i żywotnych jak karpie plemników, które w milionach egzemplarzy rozesłałem po całym znanym mi wtedy świecie.

Byłem kulawy na tylną łapę, więc pewnie z tamtego życia pamiętam chuligańską rymowankę, której w obecnym życiu nigdy nie słyszałem. Moja mama mówi, że jakoś tak w jej dzieciństwie sochaczewska (skąd jesteśmy) łobuzeria darła się, ganiając bezpańskie psy, którym przywiązywała do ogona puszki po konserwach. Rymowanka idzie tak:

Kulawy piesek biegł sobie drogą

(Kurwa go mać, kurwa go mać, kurwa go mać)

Jakiś skurwysyn kopnął go nogą

(Kurwa go mać, kurwa go mać, kurwa go mać)

Och ty skurwielu w dupę kopany

(Kurwa go mać, kurwa go mać, kurwa go mać)

Ja się poskarżę u twojej mamy

(Kurwa go mać, kurwa go mać, kurwa go mać).

To pewnie z powodu poprzedniej tożsamości taką niewypowiedzianą przyjemność sprawiło mi pisanie reportaży o bezdomnych. Ludziach! - bo pies wprawdzie także może być bezdomny, ale jako domowy przestaje już być psem. (Tak myślałem w poprzednim życiu. Teraz tak nie napiszę, bo jak moje obecne psy to przeczytają, będę miał przechlapane).

Te trzy moje teksty o bezdomnych to były reportaże wcieleniowe. Dwa powstały w Warszawie, jeden - w Moskwie. Wbiłem się w łachmany włóczęgi i zamieszkałem na ulicy. Cudowne uczucie. Nie miałem najmniejszej wątpliwości, że to jest moje, czy też, kiedyś było moje życie. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że nie zmieniłem, tylko że powróciłem do starej tożsamości, do starego życia, starych sposobów zdobywania żarcia, picia, posłania.

Jak za przestawieniem wajchy, ze zmianą ubrania pozbywasz się tożsamości dziennikarza, męża, ojca, właściciela, obywatela - jednym słowem normalsa, Mugola - i stajesz się włóczęgą, nie wstydzisz się żebrać, sikać w parku, spać na trawniku pod pomnikiem Mickiewicza Adama. Wojtkowi Jagielskiemu, mojemu znakomitemu koledze-reporterowi, który nie ceni tego gatunku reportażu (czy raczej metodologii zbierania materiału) i mówi, że to jest robione tylko dla hecy, odpowiadam po warszawsku, że jest w mylnym błędzie. Świat bezdomnych można opisać tylko z pozycji śmiecia leżącego na ulicy (czy też wałęsającego się psa). Nigdy nie dowiesz się, jak ludzie (normalsi) patrzą na poniewierający się na ulicy śmieć, jeśli nim nie będziesz.

Byłem zatem w poprzednim życiu wałęsającym się psem. Słowo "wałęsać" uwielbiam podwójnie na cześć Lecha Wałęsy. Zrozumiałem to za czasów tak zwanej pierwszej "Solidarności" (od sierpnia 1980 do grudnia 1981 roku), gdy w narodzie mawiało się dla żartu, że rząd (to znaczy komuniści) się wałęsa, a Wałęsa się rządzi.

A dlaczego wolę "być w drodze" od "podróżowania"? Bo dla mnie najważniejszy jest ten czas, nim dotrę do celu, to "zanim", to "jechanie", "przemieszczanie się niespieszne". Często, gdy spotykam się z moimi czytelnikami, mówię i piszę w dedykacjach, że w podróżowaniu najważniejsze to być w drodze, a nie u celu podróży.

...

Jacek Hugo-Bader - reporter "Gazety Wyborczej". Dwukrotnie uhonorowany nagrodą Grand Press (1999, 2003), Nagrodą im. Arkadego Fiedlera "Bursztynowy Motyl" 2010 i głównymi nagrodami Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

Japonia / fot. Piotr Janowski Japonia / fot. Piotr Janowski Japonia / fot. Piotr Janowski

Paulina Wilk: My już byliśmy. Notatki z Japonii

Japonia, niczym egzotyczna wróżka, niesie Europie ponurą przepowiednię. Nasza przyszłość dawno się wydarzyła.

Wśród gigantycznych azjatyckich metropolii Tokio jest jedyną pozbawioną zapachu jutra. Nie wibruje od zgiełku jak Delhi - pełne zniecierpliwienia i tłumów przeciskających się do lepszego życia. Nie jest, jak Hongkong, futurystyczną grą komputerową - imponującym systemem, w którym ludzie to tylko pionki technologicznego imperium. Ani jak Szanghaj, który wymyśla siebie na nowo ? burzy wszystko co stare i buduje udoskonalone dzielnice, z przekonaniem, że nowocześnie znaczy lepiej. Japońska stolica nie przypomina też Manili, z jej żywotnością i kontrastami, gdzie obok slumsów rosną szklane siedziby globalnych korporacji, a ulice drżą w oczekiwaniu na gospodarczą eksplozję, bo najlepsze ma dopiero nadejść.

W Tokio panuje cisza. Jak na planie filmu, którego reżyser dawno krzyknął "cięcie!". Dwadzieścia lat po wielkim finale aktorzy poruszają się w tych samych dekoracjach, odtwarzając wyuczone gesty. Są posłuszni regułom wolnorynkowego scenariusza, doskonale wytrenowani. Być może świadomi, że wszystko już było. Japonia pracuje jak sprawdzona maszyna - zgodnie z jedynym znanym sobie trybem, wciąż wydajnie, ale coraz bardziej ociężale. Częściej dopadają ją usterki i awarie, przegrywa z naturą. Starzejące się społeczeństwo, które dawno już doświadczyło szoku przyszłości, nie ma siły na kapitalistyczną rywalizację.

Japonia / fot. Piotr Janowski

Japonia / fot. Piotr Janowski

Zapaść

Po fenomenalnych latach 80., gdy Japonia zostawiła świat w tyle i przypominała planetę science fiction, przyszło gwałtowne załamanie i bankowa katastrofa, przy jakiej upadek Lehman Brothers wydaje się drobnym zakłóceniem. W pierwszej połowie lat 90. w Kraju Kwitnącej Wiśni zaczęła się stagnacja, najpierw nazywana "utraconą dekadą", a dziś trwałym "syndromem skurczonego giganta". Japończycy dotąd nie podźwignęli się z ostrej zapaści, nie wskoczyli już do pociągu przyszłości. Chwilową poprawę po tsunami lada moment może zmiażdżyć kryzys europejski.

Analitycy przez lata upatrywali przyczyn uporczywej japońskiej deflacji w nazbyt restrykcyjnej polityce fiskalnej i słabości systemów bankowych, ostatnio jednak częściej wskazują na zupełnie inną i znacznie trudniejszą do skontrolowania siłę - demografię. Japońskie społeczeństwo, jedno z najstarszych na świecie, cierpi z powodu "odwróconej piramidy". Już dziś jeden na pięciu mieszkańców wysp ma ponad 65 lat, a ponad 40 tys. ludzi cieszy się dobrym zdrowiem, choć przekroczyło setkę. W ciągu najbliższych dwóch dekad te proporcje staną się dla gospodarki jeszcze bardziej niekorzystne. Przyrost naturalny wynosi zaledwie 1,2 proc. - dużo mniej, niż potrzeba, by utrzymać rozmiary populacji. Japońskie społeczeństwo szybko siwieje, a już niebawem zacznie się kurczyć. Gwałtownie rosną natomiast obciążenia budżetu państwa - spadają wpływy z podatków, a coraz więcej pieniędzy potrzeba na opiekę medyczną i geriatryczną, przybywa osób korzystających z zasiłków. Przyszłość niepokoi wszystkich, spowodowała nawet zderzenie na najwyższych szczeblach władzy. Od początku 2012 roku w Japonii ścierają się wizje dwóch śmiałych polityków. Yoshihiko Noda, 57-letni premier, zdobył się na rzadką wśród japońskich przywódców odwagę i zapowiedział wprowadzenie dyskutowanej od ponad dekady podwyżki podatku konsumpcyjnego, ograniczenie liczby parlamentarzystów i obniżenie wynagrodzenia urzędników państwowych. Jego pomysły może jednak zahamować sprzeciw opozycyjnej Liberalnej Partii Demokratycznej, która ma większość w wyższej izbie parlamentu, a i Partia Demokratyczna, z której Noda się wywodzi, bywa kapryśna wobec swych liderów. Notowania popularności premiera spadają.

Tymczasem w przemysłowej Osace, drugim co do wielkości mieście kraju, wschodzi nowa polityczna gwiazda.

42-letni burmistrz Toru Hashimoto to człowiek innej generacji, niż starający się łagodzić wszelkie konflikty Noda. Hashimoto w japońskim świecie rezerwy i chłodnej elegancji przypomina tańczącą iskrę. Nie waha się nazywać ministrów "głupkami", otwarcie krytykuje rząd i tokijski establishment. Zamierza wymusić na parlamentarzystach zgodę na administracyjne połączenie Osaki z przedmieściami, by zredukować długi i lepiej spożytkować miejskie fundusze. Jego bezkompromisowy styl podoba się wszystkim sfrustrowanym - biznesowym elitom Osaki, burmistrzom wielu innych miast, a nawet urzędnikom z Tokio. Na razie Hashimoto ostro walczy na gruncie lokalnym, ale ma większe ambicje i jest już uznawany za największe zagrożenie dla Nody. Burmistrz z Osaki sprzeciwia się podnoszeniu podatków i zwiększaniu regulacji. Urzędujący premier jest więc w swoich oszczędnościowych planach osamotniony. Tymczasem wydatki rosną.

Bieda

Dwa lata temu japoński rząd po raz pierwszy w historii wyznaczył granicę ubóstwa - 22 tys. dolarów rocznie na przeciętnie czteroosobową rodzinę - i oficjalnie przyznał, że w kraju przybywa biednych. Dotyczące ich dane były gromadzone od końca lat 90., ale potajemnie. Dziś ubóstwo dotyka około 16 proc. Japończyków. Trudno ich dostrzec, bo dbają o pozory zamożności - mają telefony komórkowe, jeżdżą samochodami. Jednak nie mogą sobie pozwolić na zjedzenie posiłku w restauracji albo pójście do kina. Nie grozi im głód, ale są wykluczeni z życia społecznego. W Tokio, mieście symbolizującym postęp i bogactwo, jest wielu bezdomnych. Paradoksalnie, to ludzie posiadający otaczają się przedmiotami z odzysku, ciągną wielkie wózki i wory pełne produktów odrzuconych przez zamożniejszych. Rozbijają obozowiska w miejskich parkach, tuż obok odpoczywających rodzin i spacerujących uczniów. Bieda na dobre rozsiadła się w metropolii, a mimo to wciąż wydaje się niewidzialna.

Japonia / fot. Piotr Janowski

Japonia / fot. Piotr Janowski

Starość

Jeśli Japonia jest ponurą i prawdopodobną wizją europejskiego jutra, to nie dlatego, że ma za sobą kryzys ekonomiczny, ale ze względu na tendencje demograficzne. Globalny rytm wyznaczają dziś gospodarki krajów z przewagą młodych. Nastoletni obywatele państw takich jak Indie czy Brazylia mają przed sobą - dosłownie - długą przyszłość, a ich głodne sukcesu i wolne od schematów głowy to bezcenny potencjał. Najważniejsze, poza amerykańskim, biuro Google jest w indyjskim Bangalurze - wylęgarni informatycznych talentów.

Dzieciaki z Tokio, gdzie w metrze i na ulicach są w mniejszości, mogą tylko westchnąć. To miasto przesiąknięte czasem minionym, pełne futurystycznych zabytków.

Stalowe drzwi zasuwają się z trzaskiem. Zamiast kojącego szumu słychać głośne buczenie. Toporny mechanizm szarpie windę w górę. Guziki z numerami pięter są duże, kwadratowe. Nie wystarczy ich dotknąć, trzeba mocno wcisnąć. Na obramowaniu drzwi napis "Computer control", wytłoczony czcionką, jaką ostatnio widziałam w dzieciństwie, na ekranie komputera Atari. Technologiczny stempel odciśnięty w latach 80. z dumą dziś wywołuje odwrotne wrażenie: winda jest eksponatem z odległej epoki. Leciwa, wysłużona, podróżuje z łoskotem, jakiego wstydziłyby się jej młode koleżanki z Hongkongu czy Warszawy. Te, które uchylają swoje drzwi bezszelestnie i płynnie, oznajmiają przybycie cichym dzwonieniem, wyświetlają numery pięter na cyfrowych ekranikach. Ale i one szybko się zestarzeją, nowoczesność ma krótki termin ważności.

Jadąc zmęczoną windą na szóste piętro biurowca w centrum Tokio, myślę o naiwności, z jaką świat Zachodu wpatruje się teraz w lśniące tablety. Biznesmeni, nastolatki i wielbiciele gadżetów przesuwają palcami po śliskich ekranach, przekonani, że pod opuszkami mają rzeczywistość. Że "bycie na czasie", "przyspieszenie", "postęp" i "rozwój" to kategorie niepodważalne, wyznaczające jedyny możliwy kurs. Pędzimy autostradą naprzód, a kto nie nadąża, spada w otchłań. Innowacja jest religią zglobalizowanego świata, wielbiącego wszystko, co młode i nowe. Ufamy technologii, oddajemy się jej z wiarą, przeskakując z zachwytu w zachwyt nad kolejnymi wersjami urządzeń, bez których już nie możemy się obejść. W naszej części globu internet to Bóg, któremu powierzyliśmy wszystko. Przenosimy do sfery wirtualnej nie tylko całe branże biznesu i pieniądze, ale własne uczucia, prywatność, życie społeczne, oddajemy mu coraz więcej wolnego czasu. Powtarzamy mantry cyfrowych proroków, którzy ? jak Steve Jobs ? twierdzą, że wiedzą, co nas czeka. ?W przyszłości nikt nie będzie czytał? ? mawiał szef Apple. Jego śmierć najbardziej zmartwiła tych, którzy nie wyobrażają sobie świata bez lidera wyprzedzającego innych swą pomysłowością. Tych, którzy odliczają dni do chwili, gdy znikną drukowane książki, gazety, a na wysypisko historii odjadą kable i telewizory. Realne spotkania i podróże okażą się niepotrzebne, bo wszyscy będziemy poruszać się w wirtualnej chmurze.

...

Paulina Wilk - dziennikarka prasowa, reportażystka, recenzentka i felietonistka. Pracowała m.in. w Indiach, Chinach, Kenii, Brazylii i Izraelu

11800569
Afrykańska kobieta / fot. Jacek Pawlicki Afrykańska kobieta / fot. Jacek Pawlicki Afrykańska kobieta / fot. Jacek Pawlicki

Aleksandra i Jacek Pawliccy: Światoholicy. Ciało

Ciało pochodzi z natury, ale uzależnione jest od kultury - tak twierdził Marcel Mauss, jeden z ojców francuskiej antropologii. Analizując sposoby rodzenia, spania, jedzenia, odpoczywania w różnych miejscach na świecie i w różnym czasie, doszedł do wniosku, że CIAŁO jest pierwszym i najbardziej naturalnym narzędziem człowieka. Przy czym używa go tak, jak nakazuje kultura, w której żyje. Ciało to nasz dom i więzienie jednocześnie. Obiekt pożądania i nienawiści. Przyczyna wiecznych zmartwień i dumy. Ciało to Życie.

Miałam chyba pięć lat, gdy w kolorowym czasopiśmie zobaczyłam zdjęcie birmańskiej kobiety-żyrafy. Ktoś powiedział mi, że jeśli ta kobieta zrobi coś złego, to za karę zdejmą jej z szyi naszyjnik-obrożę i pozbawiona szkieletu zewnętrznego szyja złamie się, a kobieta umrze. Wyobrażenie kobiecej głowy opadającej jak ścinana makówka zadziałało na dziecięcą wyobraźnię i powracało przez lata. Dlatego, gdy w dorosłym życiu pojawiła się możliwość zobaczenia prawdziwej kobiety-żyrafy, nie zastanawiałam się ani chwili. Radość poznania wyjątkowej kultury przyćmił jednak egzystencjalny niepokój.

Kobiety-żyrafy, kobiety o długich szyjach zakutych w mosiężne zwoje nakładane od najmłodszych lat, należą do plemienia Padaung, przynależnego do ludu Karenów, drugiej co do wielkości mniejszości birmańskiej zamieszkującej północ Tajlandii. Kareńscy separatyści od lat walczą o niepodległość w Birmie, co wystawia ich na prześladowania tamtejszej junty. Dlatego na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku zaczął się exodus Karenów. Kto mógł, uciekał przez zieloną granicę do górskich prowincji sąsiada.

Ozdobione ciało / fot. Jacek Pawlicki

Ozdobione ciało / fot. Jacek Pawlicki

Szlachetna gościnność Tajlandii szybko okazała się jednak podszyta interesownością. Tajskie władze wyczuły w obecności kobiet-żyraf niezły biznes. Ciekawi wyglądu długoszyich turyści zaczęli ciągnąć na północ Tajlandii jak muchy do lepu. Obok buddyjskiego Bangkoku i erotycznych pokus Phuket na południu nagle i północ Tajlandii stała się turystycznym magnesem.

W przeszłości już nim była, bo położony właśnie tu Złoty Trójkąt stanowił zagłębie produkcji opium. Okoliczne wzgórza porastały makowe plantacje, miejscowi rzemieślnicy produkowali pięknie rzeźbione fajki, a palarnie opium były w każdej osadzie. Rządzący od 1946 roku król Bhumibol Adulyadej, najdłużej panujący monarcha na świecie, wydał jednak przemysłowi opiumowemu wojnę. By nie pozbawiać mieszkańców północy Tajlandii środków do życia, stworzył program zamiany pól makowych na plantacje herbaty i kawy. Krzaczki się nawet przyjęły, ale turyści zniknęli. Dopiero blask obroży na szyjach kobiet-żyraf zaczął ich na nowo przyciągać.

Szybko wzrosło zapotrzebowanie na połączenia samolotowe, na hotele. Jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać agencje turystyczne wożące zachodnich przybyszy do wiosek mniejszości etnicznych na północy. To jednak, co otwierało drogę zagranicznym turystom, zamykało ją kobietom-żyrafom.

Ozdobione ciało / fot. Jacek Pawlicki

Ozdobione ciało / fot. Jacek Pawlicki

Władze Tajlandii w zamian za schronienie, za deputaty ryżu, za pomoc finansową zakazały długoszyim opuszczania wiosek. Wstępu do nich strzegą siły porządkowe. Nie po to bynajmniej, by chronić birmańskich uchodźców, ale po to, by żyrafy nie jeździły do okolicznych miast, gdzie turyści mogliby robić im zdjęcia bez opłacania wstępu do wiosek. Kobiety-żyrafy zostały uwięzione w turystycznej pułapce.

Ozdobione ciało / fot. Jacek Pawlicki

Ozdobione ciało / fot. Jacek Pawlicki

...

Aleksandra Pawlicka - dziennikarka "Newsweeka", podróżniczka

Jacek Pawlicki - dziennikarz i redaktor ?Gazety Wyborczej", podróżnik z pasją fotografowania

Kontynenty - nowy magazyn o podróżach Kontynenty - nowy magazyn o podróżach Kontynenty - nowy magazyn o podróżach

Kontynenty - nowe, wyjątkowe pismo o podróżach

"KONTYNENTY" to nowe pismo o podróżach, które tworzą najlepsi autorzy: znani pisarze, nagradzani reporterzy, dziennikarze i fotografowie.

To aż 160 stron mądrych, ciekawych i prawdziwych opowieści o podróżach dla tych, którzy lubią czytać, a podróżowanie rozumieją jako poznawanie świata i ludzi.

"Kontynenty" odwołują się do najlepszych tradycji polskiej szkoły reportażu, tłumaczą procesy i zmiany cywilizacyjne z perspektywy pojedynczego człowieka.

Patronem duchowym magazynu jest Ryszard Kapuściński, a najważniejszą częścią pierwszego numeru są fotograficzne portrety jego autorstwa - nieznana część dorobku mistrza reportażu, odnaleziona w prywatnym archiwum. Materiał nosi tytuł "Twarze rozbrojone", bo taka była metoda Kapuścińskiego - przełamać początkową rezerwę portretowanych osób, rozbroić ich nieufność uśmiechem.

W pierwszym numerze czytelnicy znajdą też m.in.: "Zapiski mołdawskie" Andrzeja Stasiuka; "programowe" i osobiste wyznania Jacka Hugo-Badera o jego reporterskiej drodze; opowieść Wojciecha Jagielskiego o skandalach młodego Mandeli; wizjonerskie porównanie teraźniejszości Japonii z przyszłością Europy pióra Pauliny Wilk; fotografie i esej Marcina Kydryńskiego o Wietnamie; rozmowę z Colinem Thubronem - jednym z najbardziej uznanych na świecie pisarzy-podróżników, finalistą tegorocznych nagród im. Ryszarda Kapuścińskiego; reportaż Adama Wajraka o topiącej się Arktyce; Mariusza Zawadzkiego opowieść o opętaniu pewną tajemniczą portugalską mapą i wiele innych. Są też fragmenty najciekawszych, przygotowywanych do druku książek podróżniczych i reporterskich oraz zapowiedzi nowości wydawniczych z tego nurtu.

Pismo można kupić od 25 maja 2012 r.

Zobacz magazyn TUTAJ

Kontynenty - nowy magazyn o podróżach