Wakacje z dziećmi. Kreta

Mam dwanaście lat, ale na Krecie byłem na wakacjach trzynaście razy - po raz pierwszy, kiedy jeszcze nie było mnie na świecie. Mogę się więc uważać prawie za Kreteńczyka. Gdy szykujemy się do podróży, rodzice mówią: - Jedziemy na działkę...
Po wylądowaniu w Heraklionie jedzie się busem do Sissi wśród gajów oliwnych i sadów figowców. Gałęzie z dojrzałymi owocami wystają zza ogrodzeń i kuszą, żeby skosztować.

KRETA w serwisie Podróże.gazeta.pl

Zatrzymujemy się w coraz to innym hotelu - tata żartuje, że za każdym razem bliżej jego ulubionej restauracji.

Do Agios Nikolaos jeździmy prawie codziennie taksówką Dimosa. Dimos bez przerwy głośno dyskutuje przez komórkę ze swoim ojcem, także taksówkarzem. Zna chyba wszystkich na Krecie. Ciągle kogoś pozdrawia i śmieje się serdecznie. Ma trzy siostry i dwóch braci, więc na całej wyspie ma kogoś bliskiego.

Zawsze cieszę się na spotkanie z tym miasteczkiem, o którym często myślę przed wakacjami.

Do portu nad zatoką Mirabello zawijają wielkie promy pasażerskie, wyraźnie górując nad dachami domów. Przy brzegu cumują gęsto różnokolorowe statki i łodzie, którymi można wybrać się w rejs na duże wyspy, jak Rodos i Santorini lub na pobliskie małe wysepki. Moich rodziców i mnie szczególnie zaintrygowała Spinalonga, na której jeszcze do połowy ubiegłego wieku znajdowała się ostatnia na świecie kolonia trędowatych. Gdy rybacy powracają z połowów, nadbrzeże zamienia się w targ rybny. Ryb jest mnóstwo, różnych kształtów i wielkości. Małe czerwone barbunie, które nam najbardziej smakują, sąsiadują z wielkimi, zwanymi tutaj z szacunkiem "bossami morza". Powodzenie mają także, zdawałoby się niejadalne, kolczatki. Ich marynowane żołądki są kreteńskim przysmakiem nazywanym "witaminą".

Wszyscy krzyczą i gestykulują. Wydaje się, że za chwilę wybuchnie awantura. Ale ja już wiem, że to tylko kreteński obyczaj.

Bardzo blisko brzegu znajduje się kilka zupełnie bezludnych wysepek. Tylko na jednej z nich widać porzucony domek. Wielką atrakcją Agios Nikolaos jest jeziorko w samym środku miasta. Mieszkańcy mówią o nim, że to dziura bez dna. Nazywa się Yulismeni, czyli Jezioro Bezdenne. Podobno jeszcze żaden nurek nie zobaczył dna. Panują tam egipskie ciemności i straszą mitologiczne potwory. Na pewno nie bała się ich Atena, która według legendy zażywała w nim kąpieli. Z wysokiej skały, na którą wystarczy spojrzeć, a ciarki przechodzą, małoletni śmiałkowie skaczą do wody i śmieją się z tych, którzy mają pietra. Na pomoście popisują się deskorolkarze. Kiedyś jeden tak się rozpędził, że wpadł do wody.

Z tarasu nad jeziorem lubimy obserwować łabędzie. Ktoś zbudował dla nich domek w kształcie greckiej świątyni. Jeziorko połączone jest z morzem kanałem w 1870 roku przekopanym przez Turków. Wtedy słodka woda zmieszała się ze słoną. Zastanawiam się więc, jaki ma smak woda w Jeziorze Bezdennym?

Uliczki wokół jeziora to główny deptak miasta. Przed tawernami stoją właściciele i zachwalają swoją kuchnię we wszystkich językach. Nad jeziorem dominuje hotel Du Lac. Ma siedem pięter i jest najwyższym budynkiem w Agios. Po stromym brzegu wspinają się domy z czerwoną dachówką. Widać z nich panoramę miasta na niskim brzegu.

Upatrzyłem sobie jeden z domków, który akurat był na sprzedaż. Sprawdziłem, że z parteru można obserwować ruch na ulicy i jezioro, a z tarasu morze i góry. Wyobraziłem sobie, że w nim mieszkam, siedzę na tarasie, patrzę z góry na miasto i słucham greckiej muzyki dolatującej z tawern. Wieczorem, gdy światła odbijają się w jeziorze, mógłbym wpatrywać się w nie bez końca.

Agios Nikolaos można obejść w godzinę. A przecież jest to trzecie co do wielkości miasto na Krecie. Nie ma w nim zabytków, jak w Knossos, jest za to prawdziwie kreteński klimat.

W czasie ostatnich wakacji odczuliśmy, że nasi znajomi Grecy mają różne kłopoty.

Właściciel restauracji Ewangelis powiedział, że teraz zajęte ma dwa, trzy stoliki, a jeszcze kilka lat temu nie było wolnych miejsc.

Barman Elwis z hotelu Sissi Bey dostrzegł, że goście nie bawią się już jak kiedyś - wyraźnie oszczędzają. Taksówkarz Dimos skarżył się, że jesteśmy prawie jedynymi jego pasażerami.

Lubiliśmy spacerować górską ścieżką nad morzem, która prowadzi do Sissi.

Pewnego razu zobaczyliśmy na pustym szkolnym boisku stado dzikich kóz, które zeszły z gór i gryzły trawę. Na czele stał biały kozioł z wielkimi rogami. Na uboczu, z dala od stada, pasła się zupełnie czarna koza. Gdy stado pod wodzą kozła ruszyło w góry, nie dołączyła do nich od razu. Kozioł zatrzymał się i poczekał na nią.

Chciałbym chodzić do tej szkoły na Krecie. Nie ma w niej korytarzy, tylko dróżki na zewnątrz, obok basen, a parę kroków dalej morze. Wokół jest pełno krzewów, kwiatów i palm.

Już myślę o wyjeździe na wakacje. Po raz czternasty, i oczywiście do Sissi i Agios Nikolaos.