Madryt. Zwiedzanie z dziećmi

W Madrycie jest wesoło i kolorowo, na każdym placyku bujany koń, domek i huśtawka, odgrodzone płotem od ulicy
Stefan miał prawie trzy lata, gdy na zaproszenie przyjaciół pojechaliśmy do Madrytu. Podróżuje z nami od niemowlęcia, nie było więc kłopotów z pakowaniem. Dylemat stanowił wózek - Stefan za nim nie przepada, ale wzięliśmy go, szykując się na długie spacery. Na miejscu czekał wygodny pokój na północy miasta (metro Valdeacederas) oraz pomoc Antka i Dory, rodziców dwuletniego Juliana.

***

Madryt przywitał nas majowym słońcem, więc od razu wyszliśmy na dwór. Kilkaset metrów od domu, pośrodku ceglanej dzielnicy zbudowanej na gruzach romskich osiedli, natykamy się na duży plac. Dzieci pomagają nam wybrać soczyste brzoskwinie w warzywniaku, ale gdy tylko dostrzegają plac zabaw, tracimy nad nimi kontrolę. Julian buszuje w piachu, a Mono (hiszp. "małpka", tak nazwała Stefana nasza koleżanka w Barcelonie) odważnie pcha się na drabinki. Gdyby nie żar z nieba, siedzielibyśmy tam pewnie do wieczora...

Metro (linia nr 1) wiezie nas prosto na stację Bilbao w dzielnicy Malasana. Po śmierci Franco w 1975 r. rozkwitł tu kontrkulturowy ruch movida , który przeobraził Hiszpanię w liberalny kraj, jaki znamy z filmów Almodóvara. Dziś pełno tu barów, designerskich butików i secondhandów. Nie brakuje też sklepów z zabawkami, książkami i ubraniami dla dzieci. Rozsiadamy się przed lokalem Cabreira na rogu Plaza Dos de Mayo. Przegryzamy tapas, a Stefan biega między ogródkami (trzema!), wypróbowując po kolei wszystkie urządzenia. Nie ma aut, jest więc bezpiecznie i ciszej, słychać tylko pisk dzieciaków i jaskółek. Podrywamy się tylko raz, gdy mały nie wie, jak zejść z drewnianej wieży, na którą bohatersko się wdrapał... Bariera językowa jego nie dotyczy - w to niedzielne popołudnie nawiąże więcej znajomości niż my przez cały tydzień.

Na południu Malasana kończy się na Gran Via. Tętnica stolicy pulsuje w rytm zakupów. Jeden przy drugim okazałe gmachy w stylu secesji i art deco kuszą szyldami znanych marek odzieżowych. Madrytczycy rozpieszczają swoje pociechy, nie brakuje więc chętnych na ubrania dziecięce, także te droższe (ceny wyższe niż w Polsce, ale udało się nam upolować wygodne trampki za kilkanaście euro). Gdzieniegdzie uchowały się w tym gąszczu kina i hotele. W kolorowym tłumie migają żółte uniformy niewidomych sprzedawców loterii Once, znanych z całej Hiszpanii.

Rzeka ludzi niesie nas na plac Puerta del Sol, serce aglomeracji. Stefan wyrywa się, by zobaczyć z bliska maszerującą przez plac orkiestrę. Promieniście rozchodzące się ulice pełne są intrygujących maluchy muzyków, tancerzy i performerów - poprzebierani w najdziwniejsze stroje siedzą nieruchomo w ekwilibrystycznych pozach. Przechodnie rozmawiają, wymieniają się uśmiechami. Tu też nie ma aut. Podobnie jak na Calle de Fuencarral między rondami Bilbao i Quevedo, gdzie w każdą niedzielę od rana do godz. 14 zamyka się ruch kołowy. Ulicę okupują wtedy dzieci na rowerach, uliczne gry i teatry. Pod numerem 136 kino Proyecciones 3D puszcza tego dnia filmy dla maluchów - bilet 3 euro. Pobliski Plaza de Olavide to świetne miejsce na obiad. Jest słońce, plac zabaw i trattoria Il Cassone polecona przez Dorę, która wie, co mówi, bo jest Włoszką. Zamawiamy makaron z bakłażanem, morszczuka w jabłkach i migdałach - wyśmienite! (obiad dla dwóch osób, z winem - ok. 30 euro).

Dobre jedzenie, tradycyjne i tanie, znajdziemy też przy Plaza Mayor. To, co nam wydaje się pustym placem, dla Stefana jest miejscem pełnym zakamarków, wymarzonym do gry w chowanego. Ale w końcu zmęczyło go bieganie po portykach otaczających nas z każdej strony pałaców, ukrywanie się za kolumnami i masywnymi lampionami, ściganie wokół pomnika "tego pana na koniu" (króla Filipa III). Nadwątlone siły uzupełniają kanapki z kalmarami, serwowane za ok. 3 euro w kilku bliźniaczych knajpkach na Calle Botoneras (za rogiem). Mono zjada olbrzymią porcję, zahipnotyzowany dzwonkiem, którym barmani sygnalizują zrealizowane zamówienia.

***

Dni w Madrycie mijają szybko. Głównie chodzimy, do centrum dojeżdżając metrem. W południe mały potrzebuje snu - inaczej spacery przestają go bawić. Wózek okazał się niewypałem. Zmęczony Stefan i tak woli podróż na barana. Najgorętsze godziny spędzamy więc w domu lub na kocu w parku. Najlepiej nadaje się do tego Retiro, ma najwięcej zieleni i cienia, jest pełen atrakcji. Huśtawki, piaskownice czy drabinki znajdziemy w części południowej, w pobliżu pachnącego ogrodu różanego. W głębi parku znajduje się Palacio de Cristal - XIX-wieczna hala wystawowa, całkowicie przeszkolona, z kwitnącymi wewnątrz przez cały rok kwiatami. W weekendy odbywają się tu przedstawienia i warsztaty dla dzieci od 3. roku życia (za darmo lub za 6 euro). Można popływać łódką po stawie (4,55 euro / 45 min.) lub po prostu poganiać kaczki na trawnikach.

Z tej sielanki wyrywa nas pierwszomajowy pochód przy wyjściu z parku od strony dworca Atocha. Stefan czuje się nieswojo w skandującym tłumie, zaczyna mu się podobać dopiero, gdy na Paseo del Prado w ruch idą gwizdki i bębny. Przed słynnym muzeum długa kolejka, nie będziemy nawet próbować. Pobliskie galerie Thyssen-Boremisza, Caixa Forum czy Centro de Arte Reina Sofia też nas nie skuszą - na warsztaty trzeba maluchy zapisywać, a łażenie za rodzicami od obrazu do obrazu to dla trzylatka kiepska atrakcja.

Wybieramy spacer ocienioną aleją w stronę Plaza de Lavapiés, serca dzielnicy o tej samej nazwie. Kawiarniane ogródki pełne ludzi, słychać gitarę i śpiew. Roi się od azjatyckich sklepików i restauracji, opuszczone żaluzje witryn błyskają krzykliwym graffiti. Jest wesoło i kolorowo, a na każdym niemal placyku bujany koń, domek i huśtawka odgrodzone od ulicy płotem.

Po chwili jesteśmy na szerokiej Calle de la Ribera de Curtidores, która w każdą niedzielę zamienia się w pchli targ - El Rastro. Są tu rzeczy nowe i używane, ubrania lokalnych marek, pamiątki, książki. Przylegające patia zajęły antykwariaty. Asortyment: od znaczków pocztowych po marmurowego słonia naturalnej wielkości. Stefanowi podoba się wszystko, ale najbardziej ten słoń...Z targu tylko parę przecznic dzieli nas od Plaza de la Paja, schowanego za barokowym kościołem San Andrés. Plac o nieregularnym kształcie wysypano żwirem, wzdłuż fasad ciągną się kawiarnie. Upolowanie stolika zajmuje ponad kwadrans, w czasie którego Stefan toczy boje z gołębiami, niczym mały Don Kiszot. Jest szczęśliwy, ale tak umorusany, że zanim kelner poda soki, musi przejść dokładną ablucję w łazience.

Znakomitym pomysłem na niedzielę jest wycieczka do Casa de Campo, największego parku Madrytu. Najłatwiej dostać się tam kolejką linową (start koło metra Argüelles, bilet w jedną stronę 3,75 euro, do 3. roku życia gratis). Z góry widzimy pałac królewski, dalej sznur samochodów na obwodnicy, a za chwilę już tylko grupki piknikujące w rzadkim sosnowym lesie. Po kwadransie jesteśmy na stacji końcowej. Droga prowadzi w dół do zoo i wesołego miasteczka, gdzie atrakcji starczy na długie godziny, a w drugą stronę - nad duży staw. W niedziele niezły tu harmider. Są łódki, zakurzone boiska, muzyka na żywo i przede wszystkim garkuchnie, w których Ekwadorczycy i Kolumbijczycy sprzedają za parę euro olbrzymie porcje tłustego mięsa, rozmaitych odmian kukurydzy i pikantnych warzyw. Niestety, rolę toalet pełnią okoliczne krzaki, jemy więc, nie oddalając się od kramów, a potem lecimy liczyć ryby w stawie.

Co, gdzie i jak



•  Przed wyjazdem. Warto zajrzeć na www.saposyprincesas.com - zakupy, kalendarz wydarzeń; www.fiestas-de-madrid.com - kultura i fiesty, dzielnica po dzielnicy, nie tylko dla najmłodszych; www.esmadrid.com/es/ninos-madrid - muzea, parki atrakcji i trasy zwiedzania pod kątem dzieci.

•  Place zabaw. Na każdym rogu, dobrze utrzymane, czasami z ujęciem wody - dziecko można umyć, nabrać wody do butelki. Pogoda sprawia, że można z nich korzystać przez okrągły rok. Dla nastolatków publiczne instalacje do jeżdżenia na desce i wspinaczki, parki tematyczne, np. podmiejskie Faunia i Micropolix, Parque de Atracciones przy zoo - bilet 10-30 euro, z centrum kolejka linowa (stacja metra Argüelles).

•  Restauracje i bary. Przeważnie nie mają krzesełek dla maluchów ani przewijaków, wyjątki to m.in. El Rincón, In Situ czy Le Pain Cotidien (Malasana, otwierają się o godz. 20.30, za późno dla niektórych dzieci). Od 1 stycznia w lokalach obowiązuje całkowity zakaz palenia. Wiele knajp ma stoliki na zewnątrz (niektóre przez cały rok), skąd można obserwować bawiące się w pobliżu pociechy.

•  Transport publiczny. Prawie żadna stacja metra nie ma wind, co utrudnia podróż z wózkiem. Autobusy mają miejsce na jeden wózek i niską podłogę, ale jeżdżą bardzo wolno. Pozytywnie zaskakuje tylko lotnisko z bardzo dobrze wyposażoną salą dla dzieci.