Wakacje z dzieckiem - Karkonosze. Kalinka szuka skarbów

Na przedłużony weekend wybraliśmy gospodarstwo agroturystyczne Szczęśliwa Siódemka w Jarkowicach, w gminie Lubawka
Gospodarstwo, jak to gospodarstwo. Biegają tu luzem dwie owce, dwa psy, dwa koty i kury, w ilościach trudno policzalnych. Radość dziecka karmiącego owcę (jedzącą z ręki) całkowicie rekompensuje mieszczuchom takim jak my brak zasięgu i internetu.

Mamy stąd kilka kilometrów do przejścia granicznego z Czechami na przełęczy Okraj, widok na Śnieżkę z okolicznych wzniesień i możliwość poszukania skarbów z pięcioletnią Kalinką.

***

Rankiem, po wiejskim śniadaniu i przywitaniu się ze wszystkimi zwierzakami, wyruszamy na podbój najbliższych zamków. Wybór pada na Bolków (34 km), warownię z XIII w. na Zamkowym Wzgórzu (www.zamek-bolkow.info.pl). Tropienie skarbów rozpoczynamy od jedynej w Polsce 25-metrowej gotyckiej wieży dziobowej (według innych źródeł klinowej), elementu obronnego zamku. Już dla samego widoku z góry na twierdzę, miasto i okolicę (w tym sąsiednią warownię Świna) warto się wspiąć po jej stromych schodach. Znakomicie widać też renesansową część zamku - Dom Niewiast, gdzie mieści się Muzeum Regionalne zarządzane przez powstałe w 1995 r. stowarzyszenie Bractwo Rycerskie Zamku Bolków.

Udokumentowana historia zamku rozpoczyna się od księcia legnickiego Bolesława II Rogatki w 1277 r., ale ustne przekazy i legendy mówią o wartowni z IX w. wzniesionej na górze przez pogańskiego władcę Bolecka.

Według historyków przez mniej więcej 100 lat, od czasów Bolka II, zamek pełnił funkcję skarbca, który później ponoć przeniesiono do Pragi. W czasie wojen napoleońskich przebywający tu Rosjanie w poszukiwaniu skarbów wykuli otwór w wieży dziobowej, by dostać się do lochu głodowego, skąd skazańców strącano w 10-metrową czeluść. W czasie II wojny światowej na zamku miał siedzibę niemiecki departament naukowy nadzorujący okoliczne fabryki. Jego część usytuowano w legendarnym przejściu pomiędzy zamkami Bolków i Świny. Gdy pod koniec wojny nadciągała Armia Czerwona, w zamku i labiryntach tunelu podobno ukryto oprócz sprzętu znaczny majątek, w tym legendarną Bursztynową Komnatę. Całość zabetonowano, zasypano piaskiem i ziemią.

Nic więc dziwnego, że nasz kolejny cel to zamek Świny. Ale najpierw, zwabieni wieżami kościoła i ratusza, a także zapachami dobiegającymi z dołu, schodzimy na rynek, mijając na podzamczu barokową kapliczkę z pietą. Bolków szczyci się pochyłym rynkiem z zabytkowymi kamienicami podcieniowymi, gotyckim kościołem parafialnym, XIV-wiecznym ratuszem, z którego wieży codziennie o godz. 12 odgrywany jest hejnał zatytułowany "Rycerz". Te i wiele innych zabytków otaczają średniowieczne mury z ośmioma basztami. Czy może być piękniej? Może. Warto by o te dobra bardziej zadbać i wprowadzić trochę więcej życia na piękny rynek. Jedyna knajpka z parasolami - pizzeria Torino - mieści się w wychodzącej stąd uliczce (tam też poszliśmy).

***

Posileni, przy pięknej pogodzie ruszamy na zamek Świny - malowniczą, potężną ruinę z wieloma zakamarkami, lochami i gotycką wieżą mieszkalną z resztkami malowideł i sztukaterii.

Minąwszy wiejski kościółek w Świnach, parkujemy u wylotu alei prowadzącej wprost na renesansową bramę. Wita nas sympatyczny jegomość w grubych okularach, informując, że to najstarszy prywatny zamek w Polsce, a wstęp dla dorosłych wynosi 5 zł, dzieci gratis.

Zapuszczamy się więc w ciemne wnętrza. Najpierw lochy - bajeczne! Szukamy tajemnego przejścia do Bolkowa, bo zamek Świny ma też swoje skarby zasypane w podzamkowej sztolni - zaginione złoto czeskiej Pragi, dobra wywiezione przez Hansa Franka z Krakowa, i (znów) Bursztynową Komnatę.

Po rozpadających się kamiennych stopniach wychodzimy na wielki dziedziniec porośnięty trawą. Wokół nas ogromne mury z basztami. Cicho i pusto. Zamek jest starszy od bolkowskiego. Jako jeden z niewielu na Śląsku nigdy nie został zdobyty. Od XIII w. warownią władał możny ród rycerski Świnków (Schweinichen), słynny z mocnych (do trunków) głów. Do legendy przeszedł Jerzy Świnka, który założył się z polskim szlachcicem, kto więcej wina wypije i pod stół nie padnie. Stawką było 1000 dukatów Jerzego i kareta szlachcica zaprzężona w sześć wspaniałych koni. Kiedy po wielu wypitych butlach, pod szlachcicem uginały się nogi, Świnka rozkazał przynieść drewniany ceber z winem i niemal duszkiem wypił całą zawartość. Dla naszego rodaka było tego za wiele - wrócił do siebie zakosami, bez karocy.

A my wracamy do ulubionych zwierzątek. Czas na relaks, bo nazajutrz mamy w planie Książ, trzeci co do wielkości w Polsce (po Malborku i Wawelu) XIII-wieczny zamek zbudowany przez księcia Bolka.

Po próbie sforsowania dziesiątków straganów z mydłem i powidłem, straceniu na zachcianki Kalinki podwójnego budżetu na obiady i kolacje, docieramy wreszcie pod zamkową bramę. I... zawracamy, widząc długą kolejkę, na ponad godzinę stania. Zwiedzanie w takich warunkach (na dziedzińcu trwał festiwal kwiatów połączony z targami mody ślubnej) nie ma najmniejszego sensu.

***

Strzałem w dziesiątkę okazuje się za to niedaleki pocysterski kompleks klasztorny w Krzeszowie - opactwo z Bazyliką Wniebowzięcia NMP, jedną z najpiękniejszych świątyń barokowych Śląska. Prócz grupki turystów jedyni goście to weselnicy przed bazyliką i żałobnicy przed XVII-wiecznym kościołem św. Józefa.

Wspinamy się po setkach schodów i ażurowej konstrukcji na jedną z wież bazyliki. Kalinka nie ma lęku wysokości, uwielbia wdrapywanie się na wszystko, co jest wysokie. Podziwiamy stąd fenomenalny widok na pozostałe budowle kompleksu, miasteczko i okolicę. Na szczęście potężne dzwony pod hełmem świątyni zaczynają dzwonić, gdy stoimy już na placu przed kościołami i klasztorem. Wnętrze bazyliki olśniewa ogromem i przepychem, dziełami rzeźbiarzy i malarzy z Czech i Niemiec. Sanktuarium maryjne, jakim jest Bazylika Mniejsza w Krzeszowie, mieści w ołtarzu głównym najcenniejszy skarb diecezji legnickiej - XIII-wieczną ikonę Matki Boskiej Łaskawej. Słynący łaskami wizerunek czczą też Czesi, Niemcy i Węgrzy. W rokokowej kaplicy za prezbiterium znajduje się XIV-wieczne mauzoleum Bolków, Piastów świdnickich.

Przy ryneczku vis-a-vis klasztoru ulokowała się mała pizzeria. Jej atutem, oprócz pysznej pizzy, jest domowe ciasto i deser czekoladowy - próbujemy obu specjałów.

Kierujemy się w stronę Głazów Krasnali, fantazyjnych formacji skalnych w oddalonym o kilka kilometrów lesie. Po drodze podziwiamy Kalwarię Krzeszowską - drogę krzyżową złożoną z ciekawych kapliczek. Zostawiamy samochód na sporym parkingu pod lasem. Przy kilku miejscach do grillowania panuje piknikowa atmosfera. Zapuszczamy się w las. Zwietrzałe formy skalne piaskowca wysokie od 6 do 25 m przybrały rozmaite kształty: krasnoludów, maczug, grzybów. Pełne są malowniczych rozstępów i wysokich, wąskich szczelin. Jest gdzie pobuszować, a wyobraźnia Kalinki pracuje na zdwojonych obrotach.

Do Szczęśliwej Siódemki wracamy na skróty wąską drogą przez góry i graniczną miejscowość Lubawka. Jutro wybierzemy się tędy na Czechy.

***

Paszport Kalinki został w domu! Jak twierdzą nasi gospodarze, czeska policja wyspecjalizowała się w wyłapywaniu polskich samochodów w ruchu przygranicznym - zawsze znajdzie się jakieś dziecko bez paszportu. Ryzykujemy. Na granicy wymieniamy złotówki na korony i po kilkunastu minutach jesteśmy w malowniczym XIII-wiecznym Trutnovie.

Zaczynamy od Krakonošovo námesti, czyli rynku Karkonosza, Ducha Gór, którego pomnik stoi w centralnym miejscu placu wyłożonego XVI-wiecznym brukiem, otoczonego renesansowymi kamieniczkami. Kalinka jest w kiepskim humorze, więc najpierw ciastko i ulubiony soczek "jabłuszkowy" w jednej z kawiarenek w podcieniach kamienic. Po krótkim spacerze wąskimi uliczkami, wracamy na rynek, bo ulubionym zabytkiem Kalinki stała się 11-metrowa barokowa kolumna Trójcy Świętej z rzeźbami ośmiu świętych, którą na czas zabawy zamienia w pałac.

Jedziemy dalej. Przy pojawiającym się i znikającym deszczu wjeżdżamy do podgórskiej stacji turystycznej Janske Lazne (Jańskie Łaźnie). Alpejska architektura pensjonatów, uzdrowisk i hotelików, i kolejka linowa na Czarną Górę (Cerná Hora, 1299 m), wybudowana w 1928 r. - pierwsza tego typu w Karkonoszach (www.cerna-hora.cz).

Mimo kiepskiej pogody i mgły zasłaniającej widoki - jedziemy! (dorośli w obie strony 150 koron, dzieci 120). Po dwóch kilometrach kilkuosobowe wagoniki wynoszą nas niemal na szczyt. Choć to pełnia wiosny, w lesie i na ścieżkach leży sporo śniegu - bitwa na mokre śnieżki nieunikniona! Pensjonat Kiosek U Stare lanovky ratuje nas przed całkowitym przemoknięciem. Za resztę wysupłanych z kieszeni "koronek" kupujemy frytki, herbatę i coś słodkiego. Kalinka dostaje jeszcze okrągłego lizaka - natychmiast polubiła Czechów.

Malowniczą drogą pniemy się na graniczną przełęcz Okraj (1046 m) z czeskimi i polskimi schroniskami. A potem przez Rozdroże Kowarskie wracamy do swojej wioski, zwierzątek i ciepłej strawy u sympatycznych gospodarzy Szczęśliwej Siódemki (http://jarkowice.spanie.pl). Zasłużyliśmy na dłuższą chwilę lenistwa.