Czy można przywieźć z Anglii... kredyt

Jak wygląda emigrant wracający po latach do Polski? Zgarbiony, bo w obydwu rękach dźwiga worki z pieniędzmi. Bacznie się rozgląda, szukając dużej działki, na której zbuduje swój pałac. Podjazd musi być szeroki, a garaż długi - inaczej limuzyna się nie zmieści. Stać go, bo z saksów w końcu wraca! A co, jeśli nie?
Robert i Agnieszka przyjechali do Anglii zaraz po otwarciu granic.

Uciekliśmy z Polski przed pułapką kredytową. Mieliśmy niewielki sklep, a interes, jak to interes, nie zawsze szedł dobrze.



Zaczęli swój biznes od kredytu i już wkrótce zrozumieli, że mogą nigdy go nie spłacić. Podatki, opłaty, pieniądze na towar - ciągle były jakieś potrzeby i wciąż na wszystko brakowało. Po ponad roku takiego wiązania końca z końcem mieli dosyć. Zamknęli sklep, sprzedali, co się dało i spłacili kredyt. Zostało im w sam raz na bilet. W jedną stronę.

Pożyczka dobra na wszystko

Gdy postawili nogę na brytyjskiej ziemi, żadne z nich nie miało jeszcze trzydziestki. Poznali się trzy lata wcześniej, na studiach, gdzie obydwoje szkolili się na nauczycieli. Robert - fizyki, Aga - biologii. Język znali słabo, bardziej z filmów niż ze szkół. Na pracę w zawodzie liczyć nie mogli. Wiedzieli o tym przyjeżdżając i byli na to gotowi.

W Anglii szło im tak, jak zazwyczaj idzie na początku. Pierwsza praca, druga już legalna, trzecia nawet za rozsądne pieniądze. Z biegiem czasu i w miarę nauki języka, wszystko stawało się łatwiejsze: spadała ilość współlokatorów w każdym następnym mieszkaniu, wzrastał standard życia, a w ślad za nim rósł poziom zadowolenia. - Pierwsze sześć miesięcy to koszmar, ale następny rok był wspaniały - mówi Robert. - Wreszcie żyliśmy jak normalni ludzie, wystarczało na rachunki i zakupy, mogłam spokojnie otworzyć portfel i nie wpadać w panikę - dodaje Agnieszka.

Czegóż więcej chcieć? - Lepszej przyszłości - mówi Robert. - To przychodzi z czasem. Nam zajęło dwa i pół roku, żeby podjąć tę decyzję.

- W Polsce skończyłem studia i nigdy nie wyobrażałem sobie, żeby całe życie pracować na budowie. Owszem, mogłem zdecydować się na to, ale tylko na jakiś czas. Gdy postanowiliśmy zostać w Anglii na dłużej, zacząłem się rozglądać za jakąś lepszą pracą. Ta jednak wymagała lepszych kwalifikacji. A na to potrzeba było pieniędzy - wyjaśnia.

Wtedy zdecydowali się na pierwszy kredyt. Dostali go bez problemu i Robert zainwestował w siebie, poszedł na dwuletni kurs. Profil - informatyka.

Agnieszkę, zaraz po przyjeździe, los rzucił na front gastronomiczny. Najpierw pracowała w coffee-shopie, potem w pubie w centrum Londynu, którego teraz jest menadżerką. Na pracę nie narzeka, ale... - Zawsze chciałam uczyć - mówi. Kwalifikacje miała z Polski, na przeszkodzie stał jedynie język. - W pracy można nauczyć się angielskiego, ale tylko do pewnego poziomu. To wystarcza, żeby żyć, pracować, mieszkać, ale żeby uczyć, trzeba iść do szkoły i opanować język naprawdę dobrze.

Dobra szkoła kosztuje. Oszczędności za wiele nie miała. Wzięli drugi kredyt. W pubie czy na budowie nie pracuje się ani krótko ani lekko. A do nauki, prócz pieniędzy na czesne, potrzeba jeszcze miejsca i świętego spokoju. - Mieszkaliśmy w domu z czterema innymi osobami - wspomina Agnieszka. - To raj w porównaniu z tym, jak było na samym początku, ale na naukę wciąż brakowało miejsca. Po pracy w domu byli wszyscy, gotowali, jedli, hałasowali...

- Jak się powiedziało "A", to nie ma wyjścia, trzeba iść za ciosem - tłumaczy Robert. Znaleźli idealny "flat" tylko dla siebie. Mały, niedrogi, ale dwupokojowy, gdzie każde mogło mieć swój kąt i nie wchodzić w drogę drugiemu. Na przeszkodzie stał jedynie depozyt, który musieli wpłacić do agencji - nie dwutygodniowy, jak dotychczas, ale sześciotygodniowy. Do tego doszedł czynsz za miesiąc z góry. Oszczędności nie mieli. Znów kredyt okazał się jedynym sposobem. Wzięli trzeci i póki co - ostatni.

Wziąć tutaj, spłacić tam

Robert swój kurs skończył jesienią i rozgląda się za nową pracą. O to jednak niełatwo. - Jeszcze pół roku temu znajdowałem dwa, trzy ogłoszenia dziennie - mówi. - Teraz jest jedno na trzy dni. A ja wciąż nie mam doświadczenia, więc przegrywam z konkurencją.

Agnieszka swój ostatni egzamin zda na wiosnę. Ręce trochę jej drżą, gdy czyta o nadchodzącym kryzysie i wzrastającym bezrobociu. Ona też nie ma póki co żadnego doświadczenia w nauczaniu.

Kilka tygodni temu przyjechał do nich znajomy z Warszawy. Dziwił się, że Robert z takimi kwalifikacjami wciąż pracuje na budowie. Ponoć w stolicy mógłby pracę znaleźć prawie od ręki. Przy biurku, w cieple, no i do domu wracałby z czystymi rękami. - Parę dni potem zadzwoniła moja mama - mówi Agnieszka. - Powiedziała, że w pewnej prywatnej szkole poszukują nauczycielki angielskiego. Za całkiem dobre pieniądze i z możliwością taniego zakwaterowania. Siedliśmy nad kartką, z ołówkiem w ręku i policzyliśmy. Wyszło nam, że moglibyśmy mieć podobny standard życia w kraju... może troszkę niższy, ale za to obydwoje pracowalibyśmy w wyuczonych zawodach. Polska to zawsze Polska, pomyśleliśmy.

Jak na ironię, jedyne co teraz trzyma ich w Anglii, to właśnie kredyty. Wzięte przecież po to, żeby zdobyć lepsze kwalifikacje, a co za tym idzie - lepsze życie. A to dopiero pierwszy z całej serii paradoksów, na jakie napotkamy próbując odpowiedzieć na pytanie: Czy wracający z obczyzny polski emigrant może zamiast worka pieniędzy zabrać ze sobą... kredyt?

Teoretycznie to żaden problem. Polska i Wielka Brytania są w Unii Europejskiej i każdy ich obywatel może zmieniać miejsce zamieszkania wedle uznania, a wszelkie jego mienie powinno swobodnie podróżować wraz z nim. Dług to też mienie, tyle że z minusem z przodu. Gdyby teoria chodziła w jednym zaprzęgu z praktyką, Aga i Robert mogliby iść do jakiegoś banku w Polsce i wziąć tam kredyt konsolidacyjny - taki, który pokryje wszelkie ich zobowiązania w Wielkiej Brytanii. W ten sposób mogliby "przenieść" swój dług do innego banku, działającego na terenie RP i spokojnie spłacać go w złotówkach, mieszkając i pracując w Polsce. Proste?

Nie całkiem, bo Unia Europejska zrzesza kraje, a banki rządzą się swoimi prawami.

- Żeby dostać kredyt, trzeba mieć tzw. zdolność kredytową. Ta natomiast określana jest na podstawie kilku czynników. Są to m.in.: zatrudnienie i wysokość dochodów, zabezpieczenie kredytu oraz historia obrotów na rachunku bankowym. - mówi Piotr Utrata, rzecznik prasowy ING Bank Śląski.

Jaki to problem? Robert i Agnieszka pracują, osiągając w przeliczeniu na złotówki niemałe dochody, konta w bankach też mają od lat więc i historia obrotów na nich kłopotu nie stanowi. - Niestety, nie honorujemy dokumentów z banków zagranicznych - niweczy nadzieję Utrata.

Recepta na zniechęcenie do powrotu

Przekładając z języka bankowego na zrozumiały dla wszystkich: jeśli pracowałeś za granicą i dostawałeś pensję na tamtejsze konto, dla większości polskich banków jesteś kimś, kto przez ten czas nie zarobił ani grosza. A komuś takiemu trudno dostać kredyt.

- Apelowaliśmy do największych polskich banków o zmianę polityki w tej sprawie - mówi dr Maciej Duszczyk, jeden z koordynatorów rządowego programu pomocy dla powracających emigrantów "Masz PLan na powrót?". - Mamy obietnicę, że nasze sugestie zostaną wzięte pod uwagę, ale w tej sprawie banki nie są łatwym partnerem. Nie wszystkie, jak się okazuje. - Można dostać u nas kredyt w oparciu o dochody z zagranicy, o ile są one dobrze udokumentowane - mówi Marek Ryczkowski, szef biura prasowego PKO Bank Polski. - Oczywiście, każdy przypadek rozpatrujemy indywidualnie, ale teoretycznie taka możliwość istnieje.

Dobrze udokumentowane dochody to m.in. zaświadczenie od pracodawcy. Prócz wysokości pensji ma także stwierdzać, że np. nie znajdujemy się na okresie wypowiedzenia. - Kłopot w tym, że jeśli zechcę wrócić do Polski, to właśnie na nim się znajdę - mówi Robert. - Musiałbym więc świadomie i z premedytacją kłamać.

Są na szczęście i inne możliwości. Przynajmniej dwie. Pierwsza, gdy mamy nieruchomość w Polsce. Pod jej hipotekę o wiele łatwiej jest dostać kredyt. Opcja druga, idealna dla tych, którzy od razu po powrocie będą mieć stałą i dobrze płatną pracę. W takim przypadku możemy zawiesić na kilka miesięcy spłatę kredytu w Wielkiej Brytanii, wrócić do Polski i rozpocząć budowanie swojej wiarygodności kredytowej od początku. Teoretycznie, pierwsze pieniądze będziemy mogli pożyczyć z polskiego banku już po trzech miesiącach uzyskiwania stałych wpływów na rachunek.

Co jednak w sytuacji, gdy nie mamy lub nie chcemy zastawiać mieszkania w Polsce i żadna posada na nas w kraju nie czeka? - Zostajemy - mówią chórem Aga i Robert. - Jeszcze przynajmniej przez rok, bo tyle będziemy spłacać nasze zadłużenie. A potem... Zobaczymy.

Tekst z serwisu