Świąt takich, żeby nie żałować!

Ci, którzy nie zdążyli w miarę tanio kupić biletów lotniczych, nie zdecydowali się na męczącą podróż autokarem bądź po prostu nie mogli wyjechać, spędzają Boże Narodzenie w namiastkach swoich domów w UK. I choć czasami doskwiera brak domowej atmosfery, święta wcale nie muszą być smętne, smutne i samotne. Wszystko zależy od nas.

Sama zrobię śledzie z cebulką, kupię uszka i zrobię je z barszczem z torebki, usmażę rybę i będę sobie jadła wigilijną kolację przed komputerem, bo po drugiej stronie, na Skypie będą moi rodzice i moi bracia. Kupiłam sobie nawet prezent.



Niektórzy z nas po raz kolejny spędzają święta daleko od domów. Czasem samotnie. Przez ostatnie pięć lat Robert obchodził Boże Narodzenie właśnie w pojedynkę. Wszystko wskazuje na to, że tak samo będzie i tym razem.

- Mieszkam z kilkoma Polakami. Każdy z nas ma osobny pokój, każdy ma osobny świat. Pytałem kumpli kilka razy, czy chcieliby razem spędzić święta. Zawsze odpowiedź była taka sama: "po co?" - mówi. - No to każdy świętuje po swojemu. Jedni tęsknią i piją, inni nie. Ale jakby nie było, każdy z nas ma albo GG, albo Skype'a i w taki, czy inny sposób spędza święta. Ja kupuję gotowe uszka albo gotowego karpia w galarecie, zapalam świeczkę z jakąś bombką i tak mija moja Wigilia. Nie narzekam i nie rozpaczam. Jasne, że miło by było spędzić ten czas z innymi, ale każdy ma swoje życie i nie ma sensu się narzucać - zwierza się Robert.

Również samotnie Boże Narodzenie spędza Patrycja. To już jej drugie święta w Londynie. - Nie zdążyłam kupić biletów po rozsądnej cenie. Moja wina. Kiedy się za to zabrałam, było za późno na moją kieszeń. Zostaję więc tutaj, ale nie będą samotna - mówi.

Już zaplanowała swoją Wigilię i przygotowała się na nią, razem ze swoją rodziną pod Lublinem. - Sama zrobię śledzie z cebulką, kupię uszka i zrobię je z barszczem z torebki, usmażę rybę i będę sobie jadła wigilijną kolację przed komputerem, bo po drugiej stronie, na Skypie będą moi rodzice i moi bracia. Kupiłam sobie nawet prezent. Zapakowałam i otworzę w Wigilię, żeby oni też widzieli - dodaje z uśmiechem.

Z drugiej strony też jest tęskno

Przestrzegamy wigilijnych tradycji, stawiamy dodatkowe nakrycie, ale zawsze tym zbłąkanym wędrowcem może być dla nas nasza córka.



Monika jest jedną z wielu tysięcy matek, które nie spędzą tegorocznych świąt ze swoimi dziećmi, bo dzieli ich ponad 1,5 tysiąca kilometrów. - Moja Marta wyjechała z domu dwa lata temu. Do tej pory nie udało nam się spędzić świąt razem - mówi. - Nasza rodzina nie jest wielka. Zawsze przy wigilijnym stole zasiadaliśmy w czwórkę: ja, mój mąż, Marta i jej brat. Teraz jesteśmy tylko w trójkę. Nie możemy narzekać, bo o wyjeździe Marty zadecydowały takie, a nie inne okoliczności. Jednak to nie to samo. Zawsze jest jakoś smutno, czegoś zawsze brakuje. Przestrzegamy wigilijnych tradycji, stawiamy dodatkowe nakrycie, ale zawsze tym zbłąkanym wędrowcem może być dla nas nasza córka... Choć i tak wiemy, że nie przyjedzie, że nie zapuka nagle do drzwi i nie rzuci się nam w ramiona. No, ale takie są teraz realia - wzdycha ciężko kobieta.

W podobnym nastroju święta w Polsce spędzą dziesiątki tysięcy innych rodzin. Nie zawsze chcą o tym mówić otwarcie, nie zawsze chcą nazywać to problemem, choć w głębi duszy każdy chciałby mieć swoich najbliższych przy sobie.

Krzysztof odwiedził syna w Edmonton, ponieważ nie spotkają się w domu w Boże Narodzenie. Przyjechał tylko na dwa dni, bo tylko na tyle mógł wziąć wolne w pracy. - Przywiozłem Bartkowi prezenty od nas, rodziców, od jego dziadków i przyjaciół. Ma przykazane rozpakować je w Wigilię. Nie wcześniej - śmieje się. - No, nie udało się w tym roku. To my musieliśmy się pofatygować do Londynu, ale takie czasy. Nie zawsze może być tak, jak byśmy tego wszyscy chcieli.

Takich Bartków i Mart są w Wielkiej Brytanii dziesiątki tysięcy. Wielu z nas zostaje na miejscu, w każdym, nawet najmniejszym miasteczku Wielkiej Brytanii. Ale na wszelkie możliwe sposoby i tak będziemy łączyć się z naszymi rodzinami nad Wisłą. Jeśli nie za pośrednictwem dobrodziejstw techniki, to na pewno w myślach. Jednak w niektórych przypadkach będziemy starać "odbić sobie" tęsknotę za domem wśród tutejszych przyjaciół. Zwłaszcza tych, dla których polskie święta są wręcz egzotyczne, a przez to niezwykle ciekawe i intrygujące.

Przeczytaj także: Mam już 10 lat i wmawiają mi, że nie istniejesz... ja w to nie wierzę..



Międzynarodowe Boże Narodzenie

Musieliśmy znaleźć złoty środek, żeby pogodzić naszą Wigilię i tutejszy Boxing Day.



Niektórzy gnieżdżą się na niewielkich powierzchniach, a niektórzy decydują się na wynajmowanie domów wraz ze znajomymi z różnych stron świata. To wspaniała okazja do poznawania innych kultur. W grudniu to też okazja do poznawania innych, świątecznych tradycji, a przede wszystkim przekonania znajomych, że nasze są po prostu najlepsze.

Monika i Marcin mieszkają we wschodnim Londynie. Razem z dwiema innymi parami wynajmują dom. Są tam jedynymi Polakami. Pozostali współmieszkańcy to Brytyjczycy i Hindusi. - Nasz dom, to typowy "dom". Wszystko robimy razem, mamy wspólne weekendowe obiady, wszyscy prowadzimy nasz wspólny ogród, o nic się nie kłócimy, jesteśmy jedną rodziną - mówi Monika. - Od czterech lat Boże Narodzenie organizuję ja, bo tak chcę. Kiedy po raz pierwszy zrobiłam święta u nas, byli pod wielkim wrażeniem. Oni nie mają takich tradycji, jak my - dodaje.

Na te "polskie" święta składają się wszyscy. Nie są to wielkie pieniądze, jeśli ludzie potrafią się ze sobą dogadać. Monika i Marcin zaczynają przygotowania do polskiej Wigilii na tydzień przed 24 grudnia. Kupowana jest wtedy świeża ryba, która ląduje w zamrażarce, śledzie "kiszą się" w zalewie octowej, robią się sałatki warzywne, lepią pierogi z grzybami, gotuje bigos. - Na wszystko można znaleźć czas, jeśli się chce - przekonuje Marcin. - Atmosfera świąteczna udziela się wszystkim, kiedy tylko Monika zabiera się za gotowanie. Wszyscy pomagają, wszyscy mają doskonałe nastroje i każdy coś robi - dodaje.

Choinka pojawia się na początku grudnia i dom natychmiast wypełnia świąteczny nastrój. Wszyscy przystrajają pokoje, wieszają lampki, dekoracje, wśród których znajdują się m.in. szyszki i pałki cynamonowe. Świąteczne zapachy unoszą się już od pierwszych dni grudnia. - Nie wszyscy obchodzą święta. Z racji kultury albo religii. Ale wszyscy po prostu kochamy ten czas. No i najfajniejsza rzecz, prezenty, też została przez nas rozwiązana - cieszy się Monika. - Dla nas Polaków najważniejsza jest Wigilia. Ten dzień należy do mnie. Przygotowuję tyle potraw, na ile mam czas. Nie kupuję żadnych gotowców. Cała frajda polega na tym, aby raz w roku zrobić wszystko samemu - podkreśla. - Barszcz wigilijny też gotuję sama według przepisu babci, sama robię kompot z suszu, ale nie kupuję gotowych suszonych owoców, tylko sama je suszę kilka dni przed świętami.

Tradycją w domu Moniki i Marcina jest też to, że 25 grudnia należy do ich hinduskich przyjaciół. Tego dnia to oni przygotowują uroczysty obiad, choć nie obchodzą świąt Bożego Narodzenia. Wieczorem spod choinki wyjmowane i rozdawane są prezenty. - Musieliśmy znaleźć złoty środek, żeby pogodzić naszą Wigilię i tutejszy Boxing Day. Wyszło po środku, więc prezenty rozdajemy sobie 25-go - wyjaśnia Marcin.

Dzień później kuchnię opanowują Brytyjczycy. Na obiad szykowane są zapiekane ziemniaki, surówki wszelkiego rodzaju i oczywiście indyk. - Wielki indor piecze się kilka godzin każdego roku i później wspaniałą kolacją zamykamy nasze wspólne święta - tłumaczą Polacy.

Przeczytaj także: Gwiazda kuchni zdradza swój sekret na najlepszy świąteczny obiad.



Gorączka świąteczna jeszcze trwa

O tym, że zbliżają się święta, Londyn krzyczał witrynami swoich sklepów już od września. Już wtedy pojawiały się świąteczne dekoracje, już wtedy pulsowała stosowna atmosfera i zaczynało się wielkie wydawanie. - Nawet nie chcę wiedzieć, ile już straciłam - śmieje się Kasia z Ealingu. - Nie kupiłam biletu do Polski, więc stwierdziłam, że skoro i tak miałam wydać, no to wydam na prezenty dla moich przyjaciół.

Wielu z nas uznało, że niezależnie od sytuacji materialnej najdrobniejszy nawet upominek będzie kupiony, świątecznie zapakowany i podarowany. Niektórzy decydują się na zakupy, na które chcą wydać nawet 150-200 funtów, inni ograniczają się do drobiazgów. - Nie chodzi przecież o coś strasznie drogiego i wielkiego, ale o to, że się pamięta i takim symbolicznym prezentem się to okazuje. Mój budżet świąteczny to jakieś sto funtów, a mam 12 przyjaciółek, którym chcę dać coś od siebie - mówi Karolina z Tottenhamu w północnej części Londynu.

Z kolei Paweł i Martyna z Chingford, ze wschodniej części miasta, przyjęli nieco inną taktykę. Bożonarodzeniowe prezenty kupowali przez cały rok. Zaczęli... w styczniu. Co miesiąc po kilka drobiazgów. Mają wielu znajomych i przyjaciół, więc postanowili nie wydawać nagle ogromnej sumy, ale stopniowo kupować nawet najdrobniejsze upominki, pakować je i zamykać w przeznaczonej do tego szafie. - Tak jest łatwiej i fajniej - śmieje się Martyna.

- Wiemy, co kto lubi, zawsze gdzieś przy najmniejszej okazji kupowaliśmy po kilka drobiazgów i w ten sposób ubierały się nam trzy pełne worki prezentów! A to jeszcze nie koniec. Kilka rzeczy zamówiliśmy przez internet w listopadzie i już teraz, w grudniu, także jeszcze trochę pakowania będzie. Nie wiem, ile wydaliśmy. Sporo, ale jak się kupuje po trochu, to się tego nie odczuwa. Poza tym, oboje uwielbiamy robić i dawać prezenty.

Boże Narodzenie musi być tradycyjne

Ci, którzy przyjechali do Wielkiej Brytanii w maju 2004 i później, w wielu przypadkach zaliczają się "znikomego procentu osób przestrzegających najbardziej rodzinnych tradycji". A z takimi niewątpliwie wiążą się grudniowe święta. Najbliżsi polskich tradycji wydają się ci, którzy na Wyspy musieli przyjechać znacznie wcześniej, bo zmusiła ich do tego sytuacja polityczna, a nie ekonomiczna.

Marianna przybyła z rodzicami do Londynu zaraz po wybuchu stanu wojennego. Co roku stawia na tradycję. - Mamusia zawsze powtarzała, że nie ma znaczenia, gdzie zastają nas święta. Najważniejsze, żeby choć w najmniejszym stopniu ich przestrzegać. Dzisiaj mamy swoje rodziny, swoich znajomych i wspólnie spędzamy Boże Narodzenie - opowiada. - Nie było łatwo. Zwłaszcza na samym początku. To nie jest kraj katolicki, tu nie ma naszych typowych tradycji. Pamiętam, że jak byłam mała, to zawsze te kilka dni przed Wigilią, mamusia zaczynała wielkie przygotowywania. Dookoła było śnieżno i mroźno, przychodziły sąsiadki, zasiadały w kuchni i razem z mamusią przygotowywały świąteczne potrawy, śpiewały kolędy, potem ubierana była choinka, dalej uroczysta wieczerza i pasterka. Wszystko się zmieniło - dodaje ze łzami w oczach.

W domu Marianny zawsze jest żywa choinka. Przy wigilijnym stole zasiadają przyjaciele, dzielą się opłatkiem, składają sobie życzenia i wspólnie spędzają jakże "polską" wigilię. - Zawsze jest karp, smażony i w galarecie. Są śledzie, są uszka i barszcz czerwony, są kluski z makiem... Zawsze jest tradycyjnie i bardzo świątecznie - mówi kobieta. - Wiem, że wielu Polaków nie przejmuje się świętami. Nie rozumiem. Dlaczego? - pyta retorycznie. - Nie wierzę, że młodzi Polacy nie są w stanie właściwie zorganizować sobie tego czasu. Przecież Boże Narodzenie wypada tylko raz w roku. Odstawcie codzienność, odstawcie pośpiech i wszelkie nieporozumienia. Na tym właśnie polega umiejętność spędzania tego czasu ze sobą.

Wielu z nas swoje święta spędzi w niewielkich gronach. Wielu samotnie. Z różnych powodów. A może tak machnąć ręką i zmusić się, zadzwonić, wysłać sms-a albo e-maila, wyjść i po prostu postarać się spotkać ze znajomymi? To przecież jedyny czas w roku. Ileż to razy wstajemy rano i myślimy: "A można było to i tamto"? Życzymy wesołych, spokojnych, udanych świąt. I w jak największym towarzystwie! A Nowego Roku - tylko pomyślnego, a przynajmniej lepszego niż mijający!

Tekst z serwisu