Jak Holmes auto tropił

Kupił samochód i trafił za kraty. Niewinnego Polaka oskarżono o kradzież auta, choć nabył je legalnie w komisie. A wszystko przez niedouczonego policjanta, który uznał, że złodzieje rejestrują pojazdy na własne nazwiska.
Takiej historii nie powstydziliby się scenarzyści "Jasia Fasoli", choć jej bohaterowi wcale nie było do śmiechu. Polski instruktor nauki jazdy z Coventry nigdy nie zapomni nalotu policji na jego dom. O czwartej nad ranem funkcjonariusze wyciągnęli go z łóżka i zabrali do aresztu. Powód? Kradzież samochodu.

Nie pomogło okazanie rachunku, ubezpieczenia, dowodu rejestracyjnego ani dwóch kompletów kluczyków - policjanci wiedzieli swoje. Nie chcieli słuchać żadnych tłumaczeń, bo zdawali sobie sprawę, że poprzedni właściciel auta zwyczajnie ich ośmieszył. Zawiadomienie o kradzieży było fałszywe. Policja chciała jednak wyjść z twarzą, więc przyjechała po Polaka.

Strzał w dziesiątkę

Krzysztof Mokszecki kupił Renault Megane w komisie samochodowym. Zapłacił gotówką, odebrał kluczyki, pojechał na przegląd i opłacił ubezpieczenie. Był przekonany, że dowód rejestracyjny jest wystarczającym dokumentem, by poczuć się pełnoprawnym posiadaczem auta. Zapomniał jednak, że mieszka w Wielkiej Brytanii, gdzie absurd życia codziennego przerasta pojęcie zdrowego człowieka.

- Usłyszałem, że jestem złodziejem - mężczyzna wspomina swój pobyt na komisariacie. Poprzedni właściciel auta złożył na policji zawiadomienie o kradzieży.

Autokomis wręczył mu czek bez pokrycia, więc ten poczuł się, jakby pojazd skradziono mu spod domu. W swoich zeznaniach nawet nie wspomniał, że podpisywał umowę sprzedaży, a dokumenty i kluczyki oddał dealerowi. Tyle wystarczyło, by policja rozpoczęła poszukiwania.

Funkcjonariusz prowadzący sprawę wykazał się niebywałą kreatywnością. Czynności służbowe rozpoczął od sprawdzenia, czy złodziej przypadkiem nie zarejestrował auta na własne nazwisko. To był strzał w dziesiątkę. Domniemany "sprawca" nie tylko podał swój adres zamieszkania, ale również auto ubezpieczył. Pozostało zabrać z posterunku kajdanki i zrobić mu nalot w środku nocy.

Otworzyłem drzwi, zaprosiłem ich do kuchni. Początkowo myślałem, że auto zginęło jakiemuś sąsiadowi i chcą się dowiedzieć, czy nie widziałem czegoś podejrzanego. Żona zaproponowała im nawet kawę. Wtedy zrozumiałem, że przyszli właśnie po mnie.



Polak czuł się jak pod ścianą. Dopiero co kupiony samochód zabrała laweta. Do dziś stoi zabezpieczony na policyjnym parkingu. Mężczyzna trafił na komisariat, gdzie już czekali na niego śledczy. Jak mówi, wszyscy nalegali, by się przyznał. Odmówił. I wtedy zrozumiał, że policjanci ratują własną twarz.

"Wpadł" na drodze?

Pan Krzysztof trafił do policyjnej celi. Choć w każdym cywilizowanym kraju zatrzymanym osobom przysługują pewne prawa, nikt się tym nie przejmował.

- Prosiłem o coś do jedzenia. O telefon do żony lub adwokata. Bez skutku - twierdzi Krzysztof Mokszecki. - Brzmi to absurdalnie, ale kilka chwil wcześniej dostałem do przeczytania listę swoich praw. I to po polsku - dodaje.

Mimo że żona pana Krzysztofa czekała w domu na jakiekolwiek wieści, policjanci nie potrafili się dodzwonić pod żaden ze wskazanych numerów. Dopiero późnym popołudniem zwolnili mężczyznę do domu bez słowa wyjaśnienia. Nikogo nie obchodziło, że uczciwy i nigdy niekarany człowiek, który pracuje jako instruktor nauki jazdy, został potraktowany poniżej ludzkiej godności.

Pierwsze kroki po opuszczeniu komisariatu mężczyzna skierował do komisu, który sprzedał mu auto. Właściciel był zszokowany. - Kradzież? Policja? Nikt do nas w tej sprawie nie przyjechał - zarzekał się sprzedawca. Poszedł nawet na komisariat, by wyjaśnić sprawę, lecz jego informacje nie były dla oficerów interesujące.

- W protokole zatrzymania wpisano, że "wpadłem" w czasie kontroli drogowej. Wygląda na to, że teraz próbuje się zatuszować najście na mój dom. Jeśli ktoś miał wątpliwości, mógł zadzwonić czy wezwać mnie na komisariat. Woleli jednak potraktować mnie jak bandytę - wścieka się zatrzymany. I zastrzega, że będzie walczył o odszkodowanie.

Zrobię wszystko, by stanąć przed sądem. Ale nie jako podejrzany, lecz ofiara. Tak się nie traktuje ludzi w cywilizowanym kraju.



Holmes, lecz nie Sherlock

Dlaczego poprzedni właściciel auta chciał wyprowadzić policjantów w pole? Okazuje się, że przy zbyciu pojazdu brytyjskie prawo nie wymaga podpisywania umowy kupna-sprzedaży. Nie trzeba nawet wystawiać rachunku. Wystarczy, że nowy właściciel odręcznie wypełni kwitek wycięty z dowodu rejestracyjnego i prześle go do Driver and Vehicle Licensing Agency - centralnego urzędu ewidencji aut i praw jazdy.

Nie trzeba przy tym zmieniać tablic rejestracyjnych, a nowy dowód przychodzi po kilku tygodniach pocztą. Jedynym dokumentem, jaki kierowca musi posiadać w czasie kontroli drogowej, jest prawo jazdy. Resztę danych policjant może sprawdzić w centralnym komputerze.

Właśnie tak uproszczone procedury sprawiają, że do ubiegania się o odszkodowanie wystarczy numer sprawy, jaki policja przyznaje przy zgłaszaniu kradzieży. Mimo to wielu Brytyjczyków odwleka kontakt z ubezpieczycielem, bo większość kradzionych aut odnajduje się na Wyspach w ciągu kilku dni.

Zatrzymanemu Polakowi całe zajście kojarzy się z komedią kryminalną "Gang Olsena" przedstawiającą losy gangu nieudaczników. - Szkolono tam policjantów, by w razie kradzieży auta najpierw sprawdzali, czy tępy gangster przypadkiem nie zarejestrował go na własne nazwisko.

Chyba brytyjscy policjanci przechodzili przez tę samą szkołę - drwi Polak. I wspomina historię Jakuba T. z Exeter skazanego na dożywocie za gwałt. Jak mówi, nie wierzył wtedy, by policja mogła aż tak mocno naginać fakty. - Teraz widzę, że pomyłki się zdarzają. Szkoda, że robi się wszystko, by je później zatuszować.

Pan Krzysztof doszukał się w swojej historii śmiesznej anegdoty. Policjant prowadzący jego śledztwo nosi nazwisko Holmes. - Do słynnego Sherlocka niestety jeszcze mu daleko - ucina.

Tekst z serwisu

Przeczytaj także: Rok więzienia za nóż w plecaku.