Polaka pozbyć się najłatwiej

Epidemia zwolnień i redukcji rozlewa się po brytyjskich firmach. Na początek "do odstrzału" idą pracownicy, których można zwolnić ot tak, bez żadnych konsekwencji. Kto to taki? Zwalnianie Polaków i innych imigrantów już się rozpoczęło.
Pierwszymi ofiarami byli bankierzy z City. Nikt się za bardzo tym nie przejmował. Zdaniem większości po prostu dostali nauczkę za swoją zachłanność i chciwość. Jednak zaraza, jaka od połowy zeszłego roku toczy brytyjski system finansowy, rozprzestrzenia się na inne obszary gospodarki.

Stopa bezrobocia w Zjednoczonym Królestwie osiągnęła obecnie najwyższy poziom od 11 lat. Według portalu ekonomicznego Forexpros, do września pracę straciło około 1,5 miliona Brytyjczyków. Ale nie tylko. Na początku recesji pracodawcy są bardziej skłonni do zwalniania - jak ujęła to prof. Krystyna Iglicka z Międzynarodowego Centrum Stosunków Międzynarodowych - pracowników sektorów drugorzędnych. To w tych właśnie sektorach pracuje większość Polaków na Wyspach.

Niepotrzebni - wyrzuceni

Wydawać by się mogło, że upadek sieci sklepów Woolworths Polaków mało obchodzi, oprócz tego, że robili tam zakupy. Bankructwo giganta było jednak hiobową wieścią dla kilkuset Polek, zatrudnionych poprzez agencje pracy w firmie związanej z popularnym "Woolisem".

Joanna i Barbara nową pracę znalazły kilka miesięcy temu. Agencja Extraman Recruitment dostarcza pracowników producentowi płyt CD i DVD Entertaintment UK, spółce będącej własnością Woolworthsa. Produkty firmy trafiały jednak nie tylko na półki tej sieci. Odbiorcami wytłoczonych i pakowanych tam płyt były również największe sieci handlowe w Wielkiej Brytanii, między innymi Tesco, W.H. Smith czy Morrisons.

- Pracy było więc naprawdę sporo. Często zdarzało się, że trzeba było zostać dłużej w pracy, nawet i na 12 godzin. Oczywiście za wszystko płacone były nadgodziny. Nikt się tym nie przejmował. Są nadgodziny, więc jest sposobność do zarobienia ekstra grosza. A przy okazji, skoro firma ma dużo zamówień, to znaczy, że praca będzie i w przyszłości - mówi Barbara.

O tym, że nadchodzą ciężkie czasy, nikt Polek nie informował. W końcu jednak wśród załogi zaczęły krążyć plotki. Ktoś coś słyszał, ktoś coś widział, ktoś coś przeczytał. Pewnego dnia pracownicy zebrali się razem i uradzili, że jeśli nie dostaną należnych im pieniędzy, to nie będą pracować.

Wkrótce wydarzenia zaczęły nabierać coraz większego impetu. Dwa tygodnie temu, przed rozpoczęciem zmiany wszyscy zatrudnieni za pośrednictwem Extramana pracownicy zaproszeni zostali na zebranie, na którym kierownik z agencji wyjaśnił im, że są kłopoty i nie ma dla nich zajęcia. Wszyscy zostali wysłani do domów i pouczeni, żeby czekać na telefon, bo może praca będzie w poniedziałek. Mniej więcej w tym samym czasie media informowały, że firma Woolworths została oddana w zarząd komisaryczny. Razem z nią taki sam los spotkał podległy jej Entertaintment UK. Kierownik na zebraniu uspokajał, że w kolejce ustawiają się chętni do przejęcia sieci. - Dostałyśmy nawet sms-a, żeby po weekendzie stawić się w fabryce - mówi Joanna.

Prawda była jednak taka, że wierzyciele Woolworthsa stracili już cierpliwość i domagali się zwrotu długu w wysokości 385 milionów funtów sterlingów. Sprzedaż spółki oznaczałby natomiast kolejne negocjacje i odroczenia.

Fabryka wciąż jeszcze tłoczy płyty, jednak pracy wystarczy jedynie dla tych z kontraktami. Oni jednak też niedługo będą musieli wracać do domów. Zamówień wystarczy najwyżej do końca roku. Joanna, Barbara i czterystu innych zatrudnionych przez agencję nie ma pracy już od dwóch tygodni. Wciąż jednak nikt im jasno nie powiedział, że są zwolnieni. Co kilka dni odbywają się zebrania, na których kierownictwo oznajmia, że może w następnym tygodniu będą mogli wrócić do fabryki.

- Zastanawiamy się, co robić. Święta coraz bliżej, a my wciąż nie wiemy, na czym stoimy, czy mamy zacząć szukać nowego zajęcia - żalą się dziewczyny.

Przeczytaj też: Pomoc Polakom z Wysp to priorytet.



Dwie kasty pracowników

Taka praktyka jest coraz powszechniejsza. W teorii prawo brytyjskie w szerokim stopniu chroni prawa pracowników. Wszelkie redukcje powinny być poprzedzone konsultacjami z osobami zagrożonymi zwolnieniem. Pracodawca musi zwołać zebranie, na którym zobowiązany jest wyjaśnić swym pracownikom przyczyny, jakie go do tego zmuszają. Jeśli redukcji podlega jedynie cześć załogi, kryteria według których się to odbywa, muszą być jasne i zrozumiałe dla wszystkich. Na przykład zostają ludzie o najdłuższym stażu, najwyższych kwalifikacjach, czy o specjalnościach najlepiej odpowiadających profilowi firmy. Oczywiście obowiązują terminy wypowiedzenia i odprawy.

Niestety, prawda jest taka, że każde prawo jakoś da się obejść. W Wielkiej Brytanii koegzystują ze sobą dwie różne kasty pracowników. Pierwsza z nich to ci wszyscy, którzy mają z pracodawcą podpisaną umowę o pracę. Taki kontrakt wyszczególnia wszelkie prawa i obowiązki obu stron. Często, żeby ściągnąć do siebie najzdolniejszych dostępnych na rynku fachowców, pracodawca kusi bonusami, które wykraczają daleko ponad to, czego wymaga ustawowe minimum, na przykład dodatkowe dni urlopu, wysokie premie na koniec roku, darmowy dostęp do dentysty itp.

Jednak oprócz pracowników z kontraktami istnieje jeszcze 1,4-milionowa armia osób zatrudnionych przez agencje pośrednictwa pracy, którzy nie mają praktycznie żadnych praw. Jeżeli przy jednym stanowisku pracy stoją dwie osoby i jedna z nich ma podpisany kontrakt, druga zaś pracuje dla agencji, to na sto procent ta druga jest gorzej opłacana. Pracownikowi agencji nie przysługuje zwolnienie lekarskie, należy się mu mniej dni wolnych od pracy, wreszcie - można go zwolnić w dowolnym momencie bez żadnych konsekwencji.

Bez praw, bez szans

Zdaniem pracującej dla kancelarii prawnej Equinox Law Anny Mrowiec w chwili obecnej pracownicy agencji pośrednictwa pracy stoją na straconej pozycji.

- Nie są uprawnieni do wnoszenia pozwów o bezpodstawne zwolnienie, mogą zostać zwolnieni bez wypowiedzenia bądź z bardzo krótkim wypowiedzeniem, nie przysługują im odprawy. Oczywiście, regulacje te mogą być zmienione w drodze umowy pomiędzy pracownikiem a agencją - wyjaśnia Anna Mrowiec.

Prawniczka pokazuje jednak pewną furtkę, otwierającą przed takimi pracownikami możliwość dochodzenia swoich praw. Co prawda, większość pośredników nazywa się agencjami pracy czasowej, jednak często bywa tak, że osoby, które znalazły za ich pośrednictwem zatrudnienie, spędzają w jednej firmie nawet kilka lat. Przeważnie przez cały ten czas jedyny kontakt z agencją stanowią payslipy, czyli cotygodniowe pokwitowanie należnego wynagrodzenia. Wszelkie kwestie dotyczące wykonywanych przez te osoby obowiązków dyskutowane są z kierownikiem w miejscu pracy.

Jeśli taka sytuacja trwa dosyć długo, pracownik może się starać o zakwalifikowanie go jako tak zwanego "employee", czyli zatrudnionego na podstawie umowy o pracę na czas nieokreślony. Sądy podejmując decyzję, czy ktoś jest zatrudniony jako employee, badają do jakiego stopnia przedsiębiorstwo, w którym pracował pracownik agencji, miało nad nim kontrolę. Istotną rolę odgrywa także to, jak długo taka osoba pracowała w konkretnej firmie. Cała sprawa nie jest jednak wcale taka łatwa do rozstrzygnięcia, ponieważ różne sądy oceniają takie przypadki w inny sposób. Jeżeli sędzia uzna, że zatrudniony był pracownikiem przedsiębiorstwa, które upadło, osoba taka może uzyskać odprawę na takich samych zasadach jak osoby, które mają z pracodawcą podpisane kontrakty. Nie są to jednak pieniądze aż tak duże, jakby się mogło wydawać. Prawo brytyjskie określa w tym przypadku jedynie obowiązujące wszystkich minimum.

- O ile umowa z pracodawcą nie przewiduje wyższej stawki, za każdy przepracowany rok należy się tydzień odprawy - informuje Joanna Lucyszyn z centrali związków zawodowych GMB.

Przeczytaj też: Ile emigranci kosztują Wielką Brytanię??



Światełko w tunelu

Wydaje się, że sytuacja agencyjnych pracowników ma szansę trochę się poprawić. 12 maja tego roku rząd Gordona Browna dogadał się z największymi brytyjskimi centralami związków zawodowych. Według tej umowy osoby zatrudnione za pośrednictwem agencji po przepracowaniu 12 tygodni nabywałyby te same prawa, co tak zwani "permanenci".

Debata na ten temat trwała kilka miesięcy. W międzyczasie przedstawiciele pracodawców starali się przeforsować pomysł, żeby okres przejściowy przedłużyć przynajmniej do pół roku. W październiku tego roku podobne prawo przegłosował Parlament Europejski.

Jako że Wielka Brytania jest członkiem Unii, prawo to obowiązuje również tutaj. Niestety, nowe przepisy zrównują prawa agencyjnych pracowników jedynie w kwestii stawki, jaka się należy za wykonywaną pracę i podstawowych warunków pracy. W projekcie ustawy nie ma mowy o ochronie przed zwolnieniem. W dodatku projekt utknął gdzieś w komisjach brytyjskiego parlamentu. Kiedy wejdzie pod głosowanie - nie wiadomo.

Przynajmniej ktoś w końcu zainteresował się sytuacją pracowników drugiej kategorii.

Tekst z serwisu