Wojna "wyjechanych" z pozostałymi

Szpanują tym, że mieszkają na Wyspach, są światowcami i ciągle zadzierają nosa - mówią ci, którzy nie zdecydowali się na wyjazd za granicę. - Mieliśmy na tyle odwagi, żeby zmienić nasze życie, bo w Polsce byśmy zgnuśnieli - odpowiadają ci, którzy tu przyjechali. Wzajemne opinie popadają ze skrajności w skrajność. Najwyraźniej jesteśmy w stanie wojny domowej: emigracja kontra pozostali w kraju.
Wystarczy prześledzić wypowiedzi na portalach internetowych, żeby dojść do wniosku, że coś jest nie tak we wzajemnych relacjach Polaków znad Tamizy i znad Wisły. Nagle pojawiła się bariera, o którą zupełnie bez sensu rozbija się zdecydowana większość Polaków po obu jej stronach. Jedni zarzucają tym na Wyspach wywyższanie się i szpanowanie, a drudzy mają za złe tym, którzy zostali w kraju, że kierują nimi zazdrość i zawiść.

Klasyczna pyskówka na odległość

Ten, kto pogardza ludźmi, którzy ciężko pracują, nie jest wart nawet splunięcia. Tego się nauczyliśmy na emigracji, miernoto polska.



"Kibelek, zmywak i szczota, to odpowiednie dla nich zajęcie" - oto klasyczny internetowy wpis Polaka znad Wisły, rzucony w stronę "wyjechanych".

"A ja mam cię gdzieś. Wczorajsza nocka i 350 funi" - typowa odpowiedź emigranta. Potem rusza lawina...

"Ja, podobnie jak kolega z góry, też mam cię gdzieś. Prawdopodobnie jesteś zdesperowany, że gnijesz w tym śmiesznym kraju, jakim jest pl. Ja 45000 rocznie, praca w banku, wakacje kiedy i gdzie mam ochotę, mieszkanko przytulne..."

"Ten, kto pogardza ludźmi, którzy ciężko pracują, nie jest wart nawet splunięcia. Tego się nauczyliśmy na emigracji, miernoto polska. Ja jestem sprzątaczką i wcale się tego nie wstydzę. Mam 15 euro na godzinę i też mnie stać na godne życie. Wakacje dwa razy w roku to podstawa".

"A co jeszcze robisz za te 15 euro/h? Z tego, co wiem, to sprzątaczkom płacą dużo mniej".

"Pewnie sam to robisz, tępy buraku!" (...)

To, że ogromna grupa mieszkających w Wielkiej Brytanii rodaków wie wszystko lepiej, nie jest żadną nowością. To, że większość z nich nie ma pojęcia, o czym mówi i co krytykuje, też jest oczywiste. Dlaczego zatem tak się dzieje? Dlaczego jesteśmy wobec siebie tak pełni zawiści i dlaczego aż tyle w nas jadu? Dlaczego pojawiają się ironiczne opinie w rodzaju:

"Każdy Polak mówi płynnym angielskim i ma wyższe wykształcenie. Każdy Polak pracuje w typowych angielskich pracach zarabiając minimum po 20 funtów na godzinę. Każdy Polak robi zakupy w najlepszych supermarketach, omijając Lidla i Aldiego szerokim łukiem. Każdy jeździ nowym modelem auta rocznik najdalej 2006. Każdy wynajmuje samodzielnie obszerny penthouse nad linią brzegową morza, minimum 3 bed. Każdy Polak często odwiedza kina, teatry, restauracje, często można ich spotkać w galeriach sztuki i muzeach. Rozprawmy się w końcu z mitem Polaka-zmywaka albo dresia Mariana, pokażmy, jak naprawdę żyje i co robi 95 proc. Polaków".

Przeczytaj także: "Londyńczycy" budzą sprzeciw polskiej emigracji.



Zerwani z łańcucha

Ludzie, którzy pochodzą z tak zwanej "prowincji", częściej muszą pokonywać różne bariery i kompleksy, a osiągany awans mierzą inną miarą.



To, że ktoś zdecydował się na emigrację i pokazuje "tym w Polsce", że jest lepszy, wynika z kilku czynników. Okazuje się, że najczęściej robią to osoby o znacznej dysproporcji samooceny wobec opinii, jaką mieli o nich inni - w domu, w swoim rodzinnym mieście, w swoim środowisku. Myśleli o sobie, że są doskonali, ale inni uważali inaczej. Znaczącym czynnikiem jest też ocenianie otaczającego nas świata według własnych kryteriów. Krótko mówiąc, każdy, kto myśli inaczej, jest "zły". Dla wielu Polaków w Wielkiej Brytanii rywalizacja jest także ważniejsza od współpracy, co z założenia musi prowadzić do niepotrzebnych konfliktów. Co ciekawe, częściej nosa zadzierają mężczyźni niż kobiety.

- Nie bez znaczenia pozostaje także to, skąd kto pochodzi, a także dotychczasowa pozycja zajmowana w rodzinie i najbliższym gronie - mówi pedagog i terapeuta Bogumiła Salmonowicz. - Ludzie, którzy pochodzą z tak zwanej "prowincji", częściej muszą pokonywać różne bariery i kompleksy, a osiągany awans mierzą inną miarą. To, co dla kogoś z dużego miasta jest normą, dla osoby z małej miejscowości może być kosmosem. Jeśli do tego dochodzi stosunkowo niska pozycja w rodzinie, nagle może wyzwolić się postawa w stylu: "Ja wam pokażę" - dodaje.

Kompleksy, ale też niskie lub zawyżone poczucie własnej wartości również mają wpływ na jakość i styl wzajemnych relacji. Oczywiście, każdy potrzebuje i ma prawo myśleć o sobie w samych pozytywach, bo bez tego wszyscy by zwariowali. Ale jest też kilka innych wymiarów osobowości, które mogą przyczynić się do kształtowania negatywnych postaw wobec siebie.

- Jednym z wyznaczników jest tak zwane umiejscowienie kontroli - mówi Bogumiła Salmonowicz. - Tu pojawiają się dwie opcje: poczucie kontroli wewnątrz i umiejscowienie jej na zewnątrz siebie. Ludzie z poczuciem kontroli na zewnątrz siebie to najczęściej pesymiści, osoby z wysokim wskazaniem do reakcji lękowych, często reagujący bezradnością, uznający zależność swoich sukcesów i porażek głównie od okoliczności zewnętrznych. Kiedy doznają porażki, najczęściej stosują strategię ucieczkową.

Tego typu zachowanie zazwyczaj można zauważyć w szkołach, choć przenosi się ono i na dorosłe życie. Jeśli uczniowi coś nie idzie, wybiera wagary, chce zmieniać klasę albo nauczyciela. Tacy ludzie wychodzą z założenia, że nic od nich nie zależy. To wszyscy dookoła są do niczego, a zatem to oni są ofiarami i poszkodowanymi. Takie osoby sukces za granicą podświadomie przypisują zmianie miejsca zamieszkania, sytuacji, a przede wszystkim nowemu krajowi, w którym się znaleźli. Zdarza się zatem, że gardzą tymi, którzy pozostają w "gorszym miejscu". Nadmierna swoboda nie jest w takich przypadkach niczym nowym. Najczęściej objawia się ona w sytuacjach, kiedy przed przyjazdem do Wielkiej Brytanii dana osoba pozostawała pod stałą kontrolą innych. Takie ograniczenia mają podstawę zarówno rodzinną, środowiskową, prawną, moralną, jak i ekonomiczną.

- Pojawia się wtedy syndrom osoby "zerwanej z łańcucha". Najczęściej przejawia się on chełpieniem się tym, co teraz może zrobić, kiedy jest wreszcie "wolna" - dodaje terapeutka.

Tego typu sytuacje mają zastosowanie w obie strony. Zawiść, zazdrość, brak wiedzy, niska samoocena czy też brak empatii tak samo wpływają na opinie Polaków, niezależnie od tego, gdzie oni mieszkają.

Przeczytaj także: Niedźwiedź Knut odczuje na sobie skutki kryzysu.



Przestańcie wreszcie szpanować

Byłam u siostry tylko trzy dni. Miałam trochę czasu na to, żeby porozmawiać z jej współlokatorami. Przepraszam, ale "burak" to jedyna opinia, jaka mi przychodzi do głowy



Niezależnie od tego, czy darzymy się wzajemnym szacunkiem, czy też nie, jedno cały czas będzie przeszkadzało tym, którzy w Polsce pozostali: to, że "brytyjscy" Polacy ich zdaniem zadzierają nosa. 32-letnia Karolina planowała przyjechać do Londynu cztery lata temu. Okoliczności jednak zdecydowały, że pozostała w Polsce.

- Jestem ciekawa tego, co dzieje się na Wyspach, śledzę polskie portale internetowe w Wielkiej Brytanii, ale czasami mam serdecznie dość tego polskiego zadzierania nosa - mówi. - Zdecydowana większość z nich nie pozostanie tam na zawsze. Przyjechali popracować, bo im się tutaj nie układało. Gdybym miała się stać jedną z tych, którzy tak naprawdę niewiele osiągnęli, a robią z siebie alfę i omegę, to Bogu dziękuję, że nie wyjechałam.

Podobnego zdania jest 25-letni Marek, który planował wyjazd do Londynu w ubiegłym roku. - Celowo nie wyjechałem, kiedy otworzyły się granice. Nie chciałem. Wolałem poczekać, zobaczyć, jak się wszystko układa, jak ludzie reagują. Wielu z moich znajomych odbiło. A przecież są w Londynie zaledwie cztery lata. Już nie mają czasu na rozmowy, już nie mają czasu dla nikogo. I nie dlatego, że pracują, a wiem, że pracują ciężko i chwała im za to. Teraz na Gadu-Gadu albo w mailach dostaję krótkie informacje, że nie mogą rozmawiać, bo właśnie idą na otwarcie jakiejś wystawy, bo właśnie się spieszą na autobus do Soho na lunch ze znajomymi, bo właśnie czekają na telefon od nowych znajomych, którzy mają ich zabrać gdzieś na West End - mówi z żalem. - Ani Soho, ani West Endu nie będzie, jak wrócą do Polski. Będą ci sami mało znaczący teraz znajomi sprzed lat i trzeba będzie się znowu przyzwyczaić do tego, z czego się wyjechało. Wolność i wielki świat niektórym uderzyły do głowy i obawiam się, że powrót do rzeczywistości będzie dla wielu bardzo bolesny.

Podobnego zdania wydają się być ci, którzy w Wielkiej Brytanii nie zagrzali miejsca i po jakimś czasie wrócili do kraju. W takiej sytuacji są Damian i Monika, którzy mieszkali w Londynie tylko dwa lata. - Dłużej nie potrzebowaliśmy. Osiągnęliśmy cel i wróciliśmy do naszego rodzinnego miasta. Tam, w Londynie, otarliśmy się o wielu ludzi. Z wieloma z nich nigdy nie będziemy utrzymywać żadnego kontaktu, bo nie widzimy w tym sensu - mówi Damian.

Swoje opinie o Polakach mieszkających w Wielkiej Brytanii szybko wyrabiają sobie także ci, którzy przyjeżdżają tu jedynie w odwiedziny, na kilka dni. I nie są to miłe opinie. - Byłam u siostry tylko trzy dni. Miałam trochę czasu na to, żeby porozmawiać z jej współlokatorami. Przepraszam, ale "burak" to jedyna opinia, jaka mi przychodzi do głowy - opowiada Beata. - Każdy Polak jest tu tylko gościem, a większość zachowuje się, jak gdyby to państwo należało do nich. Wszystko im przeszkadza, wszyscy dookoła są beznadziejni, tylko oni są doskonali. Takich rasistów i homofobów, takiej nietolerancji i nienawiści nie ma nawet w Polsce. Owszem, Polska nie jest doskonała i jeszcze długo nie będzie, ale przynajmniej nad Wisłą wiemy, o czym mówimy. Tu wszyscy jesteśmy tacy sami. Niektórzy zachłysnęli się swobodą i zapomnieli przy okazji, że kultura anglosaska nigdy nie będzie ich udziałem. Oni wrócą do Polski. Tu tej swobody nie będzie. Tu są inne realia. Czy tak trudno o tym pamiętać? - pyta.

Korzystamy ze swobody, jak nam pasuje

Nie mam żadnych kompleksów. Robię, co lubię i na co mnie stać. Jeśli komuś się to nie podoba, to nie mój problem.



Niektórzy Polacy mieszkający w Wielkiej Brytanii przyznają, że życie na obczyźnie pozwoliło im na znacznie więcej swobody, niż mieli w swoich rodzinnych domach i miastach. - Robię to, na co mam ochotę - mówi Michał. - Mam tyle pieniędzy, ile mi potrzeba na życie i na przyjemności. Nigdy tego nie miałem w domu. Tu poznałem wolność, tu doświadczyłem swobody. Tu nauczyłem się, jak bardzo Polska jest do tyłu, jeśli chodzi o jakiekolwiek wolności obywatelskie. Czemu mam z nich nie korzystać, skoro tu mieszkam i płacę podatki? Marek wychował się bez ojca w niewielkim mieście na wschodzie Warmii i Mazur. Skończył szkołę zawodową i kiedy pojawiła się możliwość, wyjechał do Londynu. - Nie mam żadnych kompleksów. Robię, co lubię i na co mnie stać. Jeśli komuś się to nie podoba, to nie mój problem. Polacy w Polsce nam zazdroszczą. Komentują nasze zachowanie, ale nie mają pojęcia o tym, co robimy, gdzie chodzimy. Korzystamy ze swobody tak, jak nam pasuje. I nic nikomu do tego. Co z tego, że wrócę do domu za rok, za pół roku? To moja sprawa. Wrócę i będę znowu takim samym chłopakiem, jakim byłem przed wyjazdem. Na razie robię to, na co mam ochotę.

Warto wiedzieć: Co naprawdę o Polakach myślą Brytyjczycy?



To, co historia w nas ukształtowała

W wielu przypadkach na wzajemne relacje Polaków w Wielkiej Brytanii i Polsce ma wpływ obowiązujący i praktykowany nad Wisłą od pokoleń model wychowania. Przez wiele lat utrwalały się w Polsce wzorce wychowania nieasertywnego. Te z kolei ukształtowały u młodych ludzi postawę albo uległą, albo agresywną. Ma to także związek z historią polskiego narodu, gdzie bez przerwy o coś trzeba było walczyć, czegoś bronić, komuś się podporządkowywać, a także ukrywać swoje prawdziwe poglądy, przekonania, potrzeby czy też preferencje. W efekcie nie ma żadnych wzorców ani tradycji do nabywania postaw asertywnych. Reagujemy albo agresją, albo biernością. Tylko po co...?

Tekst z serwisu

Co sądzisz o osobach, które wyjechały z Polski?