My, chłopcy do bicia

Polska imigracja w Wielkiej Brytanii staje się tematem zastępczym. Dyskusja o problemach, jakie rzekomo przysparza coraz liczniejsza grupa Polaków na Wyspach, przysłania problem o wiele poważniejszy, o którym nie wypada mówić głośno bądź wręcz nie należy. Brytyjska prasa woli nie narażać się na oskarżenia o rasizm, podejmując temat przybyszów z całego świata.
Łatwiej "przywalić" Polakom i pisać o tym, jakim to jesteśmy ciężarem dla brytyjskiej ekonomii i służb publicznych.

Czy dla krytyków rządowej polityki imigracyjnej Polacy są wyłącznie problemem ekonomicznym czy również etnicznym? Nikt raczej nie odważy się odpowiedzieć na to pytanie.

Ciekawy punkt widzenia na tę sprawę ma sir Andrew Green, prezes organizacji Migrationwatch UK, która od lat wzywa do ograniczenia napływu cudzoziemców, przez co spotykała się już z zarzutami propagowania rasizmu.

- Jestem przychylny Polakom, kilka razy odwiedzałem Polskę i spotkałem tam wielu miłych ludzi - zaznacza na wstępie sir Green. - Problemu w Wielkiej Brytanii nie stwarzają Polacy, którzy stanowią jedynie 20 proc. migracji netto. Problemem jest masowa migracja, na jaką pozwala polityka rządu i z powodu której populacja Anglii zwiększy się o 10 milionów osób w ciągu najbliższych 25 lat.

Mediom łatwiej krytykować Polaków

Zdaniem Greena liczne zarzuty w publikacjach brytyjskiej prasy wobec imigrantów napływających z krajów tzw. nowej Unii, w tym przede wszystkim wobec Polaków, były nietrafione. - Główne wyzwanie, przed jakim stajemy, nie dotyczy obywateli z Europy Środkowo-Wschodniej - przekonuje szef Migrationwatch UK.

Według niego, ten, kto podkreśla, że 70 proc. imigrantów pochodzi z Afryki i Azji, automatycznie narażony jest na oskarżenie o rasizm, a to kończy konieczną debatę na ten temat. - Trudno oprzeć się wrażeniu, że media wolą skupić się na imigracji europejskiej niż mówić o napływie cudzoziemców z innych regionów świata - uważa Green.

W domyśle pozostawia podejrzenie, że brytyjskim mediom łatwiej jest krytykować ekonomiczne aspekty polskiej imigracji niż usłyszeć zarzuty o rasizm, pisząc o imigracji afrykańskiej czy azjatyckiej.

W jednym ze swych wystąpień pod znamiennym tytułem "Imigracja z Unii Europejskiej nie jest problemem" Andrew Green pisze, że wielu Polaków wróci do swojego kraju z powodu "silnego, może nieco staroświeckiego patriotyzmu oraz trwałych powiązań rodzinnych". Przewiduje też, że w ciągu najbliższych 10-20 lat polska gospodarka dogoni ekonomicznie inne kraje europejskie, więc Polacy nie będą już tak skłonni do wyjazdów zarobkowych za granicę. Kolejnym argumentem na osłabienie impulsu emigracyjnego w polskim społeczeństwie będzie systematyczny spadek liczby urodzin.

Tymczasem, jak zauważa prezes Migrationwatch UK, żadne z tych zjawisk nie dotyczą emigracji z państw Trzeciego Świata. Ich gospodarki są i będą słabe, liczba ludności rośnie tam bardzo dynamicznie, a pracy - zwłaszcza dla ludzi młodych - nie przybędzie. Zdecydowana większość emigrantów z Afryki czy Azji nie ma więc zamiaru wracać do swoich krajów.

Sir Green przewiduje, że w ciągu najbliższych 15 lat mniejszość pakistańska w Wielkiej Brytanii wzrośnie o 50 proc., a bangladeska nawet o 70 proc.!

Największym powodem do zmartwień nie jest w tym przypadku powodowana przez uchodźców presja na usługi publiczne, służbę zdrowia czy mieszkalnictwo, lecz... brak integracji przybyszów z brytyjskim społeczeństwem.

- Nawet raporty organizacji sponsorowanych przez rząd podkreślają, że wielu z nas żyje w równoległych światach. Pracujemy razem, ale potem wracamy do domów w zamkniętych społecznościach - zauważa Green.

Również Trevor Philips, prezes Komisji ds. Równości Rasowej, ostrzega, że Wielka Brytania "mimowolnie zmierza w kierunku rasowej segregacji".

Milcząca polska mniejszość

Trudno jednoznacznie stwierdzić, jak widzi polskich imigrantów większość Brytyjczyków. Wydaje się jednak, że w zalewie oskarżeń o przeróżne przewinienia, opinia Andrew Greena o tym, że "nie stanowimy problemu", jest jednak odosobniona.

Faktem jest, że Polacy coraz częściej padają ofiarami ataków na tle etnicznym. Przykłady - choćby tylko z ubiegłego roku - można mnożyć. W lutym ubiegłego roku w Edynburgu pobito 22-letniego Patryka Mnicha, który trafił w stanie krytycznym do szpitala. Policja oświadczyła, że napadu dokonano na tle narodowościowym.

W marcu w Southampton ciężko pobito polską lekarkę i jej partnera. I to przestępstwo zostało zakwalifikowane jako tzw. hate crime. W kwietniu w Barrow w Cumbrii (północno-zachodnia Anglia), dwóch Polaków zostało pobitych przez grupę 10 osób uzbrojonych w kije do krykieta. Przed atakiem agresywni Brytyjczycy krzyczeli w stronę Polaków niewybredne uwagi na temat ich narodowości. Tydzień po tym ataku, w centrum Southampton kilku młodych mężczyzn pobiło ciężko dwóch przechodniów. Napastnikom nie podobało się, że są z Polski.

Wypada zgodzić się z opinią byłego Konsula RP w Londynie, Janusza Wacha, który w rozmowie z dziennikarzem "Gońca Polskiego" zauważył, że ataki na tle etnicznym na Polaków zdarzały się i będą się zdarzać - jest to nieuniknione.

Niepokojący jest jednak fakt, że przedstawiciele najświeższej fali Polaków w Wielkiej Brytanii nie wysyłają jasnego i słyszalnego sygnału potępiającego takie zachowania.

O ile Zjednoczenie Polskie ostro potępia i stara się nagłaśniać przypadki hate crime wobec Polaków, o tyle młodsze stowarzyszenia - choć chętnie widzą się w roli głosu nowego pokolenia polskiej emigracji - pomijają ten problem milczeniem i wolą nie wchodzić na drażliwe pole sporów etnicznych. Również z powodu tej "ciszy" polska społeczność wydaje się bardziej bezbronna wobec ataków ze strony nieprzychylnej brytyjskiej prasy.

Inne mniejszości reagują zdecydowanie i głośno na każdy, nawet najmniejszy przejaw dyskryminacji lub czegoś, co tylko się nią wydaje. Zarówno mniejszości religijne, jak i etniczne spoza Europy mają w Wielkiej Brytanii organizacje powołane tylko i wyłącznie do "walki z dyskryminacją i wykorzystywaniem", dzięki którym każde wydarzenie skierowane przeciw reprezentowanym przez nie społecznościom zostaje szeroko nagłośnione i oprotestowane. Z tego też powodu brytyjski rząd czy inne instytucje państwowe, a za nimi także zwykli obywatele, czują się w obowiązku piętnować każde wystąpienie niemieszczące się w ramach polityczno-etnicznej poprawności.

Polaków jakoś to jednak nie dotyczy...

Nie zamykajmy się w getcie

W Wielkiej Brytanii oskarżenie o rasizm stało się czymś w rodzaju knebla, który zatyka usta chcącym zabrać głos w bardzo drażliwej sprawie imigracji, mniejszości etnicznych czy nawet w sprawie zmian oblicza całego brytyjskiego społeczeństwa. Czują to zarówno osoby publiczne, jak i zwykli ludzie.

Ostatnio o tym, że nie warto mówić publicznie tego, co się myśli, boleśnie przekonał się lider niegdyś sławnego zespołu The Smiths - Morrissey. Rozpętał prawdziwą burzę, gdy powiedział, że imigracja jest przyczyną "zanikania" brytyjskiej tożsamości.

- Anglia jest już tylko wspomnieniem. Wrota zostały otwarte, więc każdy może tu przyjechać i rozgościć się - stwierdził Morrissey pod koniec listopada ubiegłego roku w wywiadzie dla magazynu "NME".

- Mimo że nie mam nic przeciwko ludziom z innych krajów, to im większy jest ich napływ do Anglii, tym bardziej zanika brytyjska tożsamość. Gdy przyjedziesz do Anglii, nie będziesz już miał pojęcia, gdzie się znalazłeś. To martwi, ponieważ brytyjska tożsamość jest bardzo atrakcyjna. Wyrosłem w niej, więc wiem, co mówię.

Morrissey, sam pochodzący z rodziny irlandzkich imigrantów, którzy osiedlili się w Manchesterze, ściągnął na siebie tymi wypowiedziami najcięższe oskarżenia o rasizm i ksenofobię. Nie wyparł się swoich słów, ale musiał wielokrotnie zaprzeczać, że jest rasistą, a nawet wynajął prawników przeciw magazynowi "NME", który rzekomo wypaczył sens jego wypowiedzi.

Jednak dla wielu Anglików to, co odważył się powiedzieć Morrissey, jest w istocie szokującą rzeczywistością. Co więcej, w pełni zgadzają się z jego diagnozą.

- Powiedział to, co myśli większość z nas - uważa Richard z północnego Londynu. - I jego opinia brzmi bardzo przekonująco właśnie dlatego, że sam jest synem imigrantów. Jeśli zauważa to człowiek, który pochodzi z rodziny przybyszów, to jak nie mamy tego zauważać my, Anglicy? Widzimy to, martwimy się tym, ale boimy się o tym mówić, żeby nie być potraktowani jak Morrissey. To jest najgorsze.

Richard w rozmowie ciągle podkreśla: "nie jestem rasistą", "nie mam nic przeciwko imigrantom", "jesteście potrzebni naszej gospodarce". Jednak według niego idealną formułą współistnienia wielu narodowości w Wielkiej Brytanii byłoby przyjęcie przez imigrantów zasady "Jesteśmy tu gośćmi", z wszystkimi jej konsekwencjami. Jeśli integracja, to w ramach brytyjskiej tożsamości. Wielokulturowość - owszem, ale na zasadach przenikania się kultur, a nie tworzenia zamkniętych gett rasowych czy narodowościowych.

Idealny przykład współistnienia?

Za modelowy przykład harmonijnego ułożenia wielokulturowej i wielorasowej mozaiki w ramach brytyjskiej społeczności uchodzi dziś Leicester. Według ostatnich przewidywań socjologów z Sheffield University będzie ono pierwszym miastem, w którym ludzie o białym kolorze skóry staną się mniejszością.

Jak udaje się więc unikać tam konfliktów na tle etnicznym? Jeszcze nie tak dawno Leicester było uważane za "najbardziej rasistowskie" miasto w Zjednoczonym Królestwie. Zasłużyło sobie na to miano, gdy w latach 70. ubiegłego wieku radni miejscy uznali za stosowne umieścić w prasie ówczesnej Ugandy, rządzonej przez krwawego dyktatora Idi Amina, ogłoszenia informujące obywateli tego afrykańskiego kraju, że w Leicester nie są mile widziani.

Od tego skandalu samorząd miejski robi wszystko, by zrzucić z siebie odium rasizmu i odnaleźć się w wielokulturowej rzeczywistości. I to się udaje, mimo że odsetek ludzi o innym niż biały kolorze skóry jest tam największy w Wielkiej Brytanii.

Szacunku do innych kultur i ras uczy się w tamtejszych szkołach od najwcześniejszych lat.

- Różnorodność rasowa w naszej szkole jest bardzo daleko zaawansowana - mówi Mirosław Olszewski, sam pochodzenia polskiego, ale posługujący się na co dzień językiem angielskim. Jest dyrektorem St. Patric's Catholic Primary School w dzielnicy Belgrave w Leicester. - Chociaż nasza szkoła jest katolicka, zapoznajemy nasze dzieci z innymi religiami, obrządkami i świętami innych kultur - dodaje.

Jego zdaniem, problemu rasowego w jego szkole i w całym mieście nie ma, bo samorząd - widząc coraz większe rozwarstwienie kulturowe i rasowe - postawił na zapobieganie konfliktom i edukację.

- Podkreślamy potrzebę traktowania wszystkich na równych zasadach i wykorzystujemy nasz samorząd i zajęcia szkolne, by tę zasadę przekazać uczniom - mówi dyrektor Olszewski. - Jeśli zrobimy to najwcześniej jak się da, jest szansa, że te zasady zakorzenią się w nich do końca życia.

Od kilku lat miasto, podobnie jak cała Wielka Brytania, stanęło przed nowym wyzwaniem.

Do mieszanki ras i mniejszości doszedł jeszcze jeden "składnik" - coraz bardziej daje się zauważyć wpływ imigrantów z państw "nowej Unii", zwłaszcza z Polski. W tej chwili w szkole Olszewskiego jest 12,5 proc. dzieci pochodzenia polskiego przy 18 proc. dzieci z rodzin hinduskich, które tworzą najliczniejszą mniejszość w Leicester.

Jak twierdzi dyrektor, polskie dzieci - mimo że wiele z nich styka się z nowymi rasami i kulturami po raz pierwszy - łatwo przyswajają sobie ideę programu "Harmonia rasowa", realizowanego przez placówki podległe samorządowi. - Przyswajają ją sobie z łatwością właśnie dlatego, że są z nią zapoznawane w tak wczesnym stadium ich rozwoju i edukacji - uważa dyrektor.

Traktujcie nas jak gości

Gdy odmawia się prawa do równoprawnej i szczerej debaty na nawet najbardziej drażliwe tematy, a takim jest niewątpliwie wpływ imigracji na brytyjskie społeczeństwo, pojawia się niebezpieczeństwo, że tę "ciszę" mogą wypełnić ekstremiści.

Od wejścia Wielkiej Brytanii w XXI wiek postępy robi - choć to ciągle margines życia politycznego Wielkiej Brytanii - Brytyjska Partia Narodowa (British National Party).

Co prawda skupia ona swoją niechęć na muzułmanach, ale jednocześnie wzywa do natychmiastowego i całkowitego wstrzymania napływu imigrantów do Wielkiej Brytanii. Według ośrodka badania opinii publicznej YouGov z kwietnia 2006 roku, aż 59 proc. badanych Brytyjczyków popierało ten pomysł! Na szczęście, nie przekłada się to na zwycięskie głosy w wyborach, jednak BNP i na tym polu radzi sobie w ostatnich latach coraz lepiej, zwłaszcza w samorządach.

Polacy są na razie obiektem krytyki ze strony brytyjskiej prasy, a za jej pośrednictwem - sporej części opinii publicznej. Jednak dźwiganie wyłącznie na polskich barkach oskarżeń zastępujących ogólną dyskusję o problemach rozwarstwienia brytyjskiego społeczeństwa, wydaje się niesprawiedliwe. Co gorsza, to przerzucanie odpowiedzialności sprawia, że coraz częściej nie czujemy się tutaj mile widzianymi gośćmi.

Tekst z serwisu