Mała rzecz, a cieszy

Polaków, którzy pracują w barach i restauracjach ucieszy wiadomość, że szef nie będzie już mógł zabierać im napiwków. Może spadnie koszt kupna domu. Funt w dół, ale euro też. Wreszcie równe zarobki dla kobiet! Więc na razie zostańmy może jednak na Wyspach
Wśród powodzi ponurych wiadomości i historii na temat finansów i gospodarki rzadko zdarza się ostatnio informacja, którą miło przeczytać. Tym bardziej cieszy planowana zmiana przepisów prawnych dotyczących napiwków. Ustawa powinna okazać się korzystna dla wszystkich tych, którzy pracują w sektorze usługowym, a zwłaszcza w barach, pubach, restauracjach czy zakładach fryzjerskich, gdzie słabo opłacany pracownik liczy na "tipa".

Firmy bardzo różnie odnoszą się do kwestii napiwków. Wielu pracodawców korzysta z obecnego przywileju "przywłaszczania sobie" otrzymanych przez pracowników napiwków i odliczania ich do minimalnej stawki za godzinę, która, jak wiadomo, wynosi obecnie 5.52 funta za godzinę, a od 1 października podniesiona zostanie do 5.73. Pracodawcy wolno jest traktować w ten sposób tylko napiwki doliczane do rachunku. Dlatego w wielu restauracjach, mimo że na rachunku widnieje dyskretny napis: Gratuities are discretionary (napiwki wg uznania), klienci, którzy pokornie płacą doliczony "tip", nie zdają sobie sprawy, że w ten sposób przyczyniają się tylko do wzbogacania szefa, który mniej zapłaci kelnerowi z własnej kieszeni. W ten sposób pozbawiona zostaje sensu zasada dawania napiwku: wynagrodzenie miłego i uczynnego kelnera w odróżnieniu od mniej sprawnych pracowników.

Klient ma prawo wiedzieć, gdzie wędrują jego dobrowolnie oddane pieniądze. Warto też zaznaczyć, że na Wyspach tradycyjny "przyzwoity" napiwek to 10 proc. rachunku, podczas kiedy "dobrowolne tipy" sugerowane przez komputer wynoszą z reguły więcej - ok. 12,5 proc., bo bezpodstawnie doliczane są do rachunku po włączeniu podatku VAT. Ten dodatkowy element to czysty zysk dla pazernego pracodawcy. W oczekiwaniu na zmianę prawa klienci powinni się zbuntować i odmawiać zgody na doliczane do rachunku napiwki, pamiętając jednak o tym, żeby zostawić dodatkowy "tip" bezpośrednio osobie obsługującej. Związki zawodowe, które od dawna walczyły przeciwko tak niesprawiedliwemu traktowaniu pracowników, z zadowoleniem przyjęły wiadomość o rychłej zmianie przepisów w tej materii.

Minister skarbu uśmiercił rynek mieszkaniowy

Alistair Darling, apatyczny minister skarbu, wyróżniający się jedynie potężnymi, kruczoczarnymi brwiami, kontrastującymi z bujną, siwą czupryną, narobił strasznego zamieszania, rozpuszczając wiadomość, że rząd zniesie tzw. stamp duty - podatek od kupna nieruchomości. Prawdopodobnie minister chciał w ten sposób pomóc koniunkturze i rozruszać słaby od kilku miesięcy rynek. Jak pisaliśmy poprzednio, nastąpiło załamanie kredytów: banki przestały szafować pożyczkami, zaostrzając kryteria i podwyższając odsetki. Nic dziwnego, że teraz jest coraz trudniej o kupujących.

Niestety, za pomocą tej plotki ministrowi udało się osiągnąć cel odwrotny do zamierzonego: uśmiercił rynek nieruchomości. Dla każdego - tylko nie dla pana Darlinga, który ma słabe rozeznanie psychologiczne - oczywiste było, że ktoś, kto zamierza kupić dziś dom, powstrzyma się na razie z zakupem i poczeka na przyrzeczoną reformę. Oszczędzić można przecież 1 proc. od nieruchomości w cenie do 250 000, dwa i pół tysiąca funtów - gra warta świeczki. Ten, kto kupuje dom w cenie od 250 0001 do 500 000 funtów, zapłaci dziś podatek w wysokości 3 proc. ceny, a więc 7500 funtów. Opłaca się poczekać.

Po słowach ministra, w oczekiwaniu na czyny, załamały się "łańcuchy" sprzedaży. Plajtują pośrednicy nieruchomości. Znika tysiąc biur tygodniowo. Ale cieszą się ci, którzy od lat przymierzają się do kupna, bo wreszcie jest nadzieja, że nastąpi powrót do cen domów na kieszeń normalnego człowieka. Po furorze, której narobiły słowa ministra, trudno mu będzie wykręcić się od akcji.

Funt w dół

Mimo że - podobnie jak na całym świecie - zwiększa się brytyjska inflacja, Bank Anglii pozostawił stopy procentowe na niezmienionym poziomie 5 proc. Poziom ten jest i tak najwyższy spośród krajów Grupy G7. Decyzja ta wynika z trudnej sytuacji gospodarczej kraju. Międzynarodowy Fundusz Monetarny (IMF) spodziewa się, że w Wielkiej Brytanii nastąpi recesja. Jeżeli funt będzie dalej szedł w dół i spadać będą ceny nieruchomości na Wyspach, może się okazać, że wielu Polaków, którzy wahają się, czy powrócić do kraju, podejmie jednak decyzję, żeby zostać na Wyspach i tutaj kupić własny dach nad głową.

Dobra wieść dla kobiet

Na koniec dobra wiadomość dla pań. Kobiety w dwóch osobnych radach miejskich na północnym-wschodzie Anglii, w tym sprzątaczki i osoby, które pomagają dzieciom przechodzić przez jezdnię, wygrały w sądzie apelacyjnym ważną decyzję na temat równouprawnienia w otrzymywaniu takich samych zarobków jak mężczyźni. Kobiety pracujące w sektorze państwowym, np. w funduszu zdrowia, które wiedzą, że zatrudnieni obok nich mężczyźni dostają - jak często się zdarza - wyższe stawki, mogą teraz śmiało występować na drogę prawną, żądając podwyżek i dodatkowych premii. Najlepiej, oczywiście, zapisać się do związku zawodowego, który zapewni darmową pomoc prawną.

Tekst z serwisu

Przeczytaj także: "Faster, faster!", czyli jak się pracuje na Wyspach