Nie jestem tutaj, żeby się dorabiać

Z pozoru nic ich nie różni od rodaków skrzętnie liczących każdy funt. Są tak jak oni zapracowani i myślą o swojej przyszłości. Nie martwi ich jednak pogorszenie się sytuacji ekonomicznej i spadek wartości funta, bo, jak twierdzą, nie przyjechali do Wielkiej Brytanii, żeby się dorabiać. Są tutaj, żeby spełniać swoje marzenia.
Młodzi Polacy zagranicą, którzy nie zbierają na mieszkanie i budowę domu w Polsce, tryskają optymizmem.

Polak w Wielkiej Brytanii wysyła do Polski średnio 500 funtów miesięcznie. Trzy lata temu było to ok. 3,5 tys. zł, w grudniu 2007 roku - niecałe 2,5 tys. zł. A dziś to ok. 2 tys. złotych.

Tak spadła wartość brytyjskiego funta względem naszego złotego. Spada więc optymizm wśród tych rodaków, dla których czas na saksach to czas inwestowania w dom lub mieszkanie w Polsce. Wielu myśli o powrocie lub już spakowało walizki. Istnieje jednak grupa młodych ludzi, którzy nie przyjechali tutaj, by się dorabiać. Przyjechali spełniać swoje marzenia.

Marzenie o czarnej teczce

Dorota Stąpor (31 lat) - drobna blondynka o nieśmiałym uśmiechu, przyznaje, że dawniej bała się wyrażać swoją opinię. Dziś ma tytuł graphic designer i w CV kilka lat pracy w brytyjskich firmach poligraficznych i agencjach reklamowych.

Czy w 1996 roku, kiedy wyjechała do Londynu z Kolonii Zalesice koło Radomia wiedziała, jak daleką przebędzie drogę?

Marzenia mają to do siebie, że bywają nieracjonalne, zaskakujące i kompletnie nielogiczne. Jose Silva, twórca metody samokontroli umysłu metodą Silvy, podkreśla trzy podstawowe warunki spełnienia się marzenia: 1) trzeba pragnąć; 2) należy wierzyć; 3) trzeba oczekiwać.

Może dlatego dziecięce marzenie Doroty o podróżach i zawodzie związanym z noszeniem czarnej teczki spełniło się. Zaproszenie do Londynu spadło na nią znienacka, kiedy była w trzeciej klasie technikum. W latach dziewięćdziesiątych, gdy można było przyjechać do Wielkiej Brytanii tylko z ważną wizą i zostać jeśli się tę wizę miało jako student, nikt by nie grymasił na takie zaproszenie. Dorota jednak nie była pewna, czy naprawdę chce wyjeżdżać z Polski. Nie miała pojęcia, że właśnie zaczęło się realizować jej marzenie. Przez pierwsze lata pobytu nie myślała o tym, by inwestować w siebie, a tym bardziej spełniać swoje marzenia. Jako pracownik restauracji i au pair jednocześnie, nie miała czasu na błahostki. Po raz pierwszy uświadomiła sobie, że to może szansa, kiedy ktoś zwrócił uwagę na jej artystyczne zamiłowania i wskazał, że mogłaby je rozwinąć w zawód. Od tego momentu uwierzyła, że wszystko jest możliwe.

Dostała się na wydział grafiki komputerowej London College of Communication i po prostu zakochała w zawodzie, w którym się kształciła. Ceny studiów dalece przekraczały możliwości młodej dziewczyny, jednak, jak zaznacza Silva, przy dużym pragnieniu, wszystko działa na naszą korzyść. Znalazła pracę po szkole i w weekendy. Dzień zaczynała o 6 rano, by kłaść się koło północy. Realizacja tego marzenia kosztowała ją kilkanaście tysięcy, własnymi rękami zarobionych funtów. Choć znajomi w tym czasie nazbierali już na dom, posadzili drzewo i spłodzili syna, Dorota nie żałuje inwestycji, jaką poczyniła w siebie. Z satysfakcją i pasją opowiada o projektach dyplomowych, własnym wydaniu tomiku wierszy Emilii Dickinson, posterze jej autorstwa zdobiącym galerię Topolski pod wiaduktem na stacji Waterloo i projekcie graficznym gazety polonijnej. Podróże są wciąż w zasięgu ręki.

A czarna teczka? To teczka z jej portfolio, którą z radością niesie na kolejne spotkania z pracodawcą lub zleceniodawcą.

Londyn okazuje się miejscem, gdzie dużo łatwiej i jednocześnie trudniej realizować własne marzenia czy plany związane z zawodem. Ogromna dostępność różnych form kształcenia dla ludzi w każdym wieku, zapewnia szybką możliwość zdobycia dodatkowych kwalifikacji czy umożliwia zmianę zawodu. Od kursów part-time, kilkumiesięcznych czy nawet kilkudniowych, po dzienne studia, z możliwością zrobienia doktoratu, jeśli tylko przyjdzie nam na to ochota. System edukacyjny w Polsce nie zapewnia takich możliwości. Jedynym mankamentem tutejszego systemu jest pewna powierzchowność kształcenia i konieczność płacenia za naukę.

Marzenie o ewangelizowaniu

Dość nietypowe marzenie miała Ania Wesołowska (lat 27) pakując się po studiach na socjologii we Wrocławiu i ruszając na Wyspy trzy lata temu. Ania chciała zostać świecką ewangelizatorką. W Polsce z trudem można znaleźć taką formę zaangażowania w działalność Kościoła katolickiego. Pełen monopol na działania ewangelizacyjne mają duchowni. Ewangelizowanie na pełen etat to ich działka, osoba świecka może angażować się jedynie w działalność licznych wspólnot i to tylko gratis. Inaczej jest tutaj, gdzie Kościół cierpi na brak duchownych, a praktyka protestancka, z pełnym zaangażowaniem świeckich w działania Kościoła, pomogła nieco i katolikom.

Ania najpierw postanowiła podszlifować język. Zaczęła więc od pracy w pubie, później była asystentem osoby niepełnosprawnej. Zawsze jednak miała jasny plan: być ewangelizatorką. Jak pisze Silva: Trzeba oczekiwać.

Marzenie Ani spełniło się wielokrotnie. Dostała się do grupy młodych ludzi pracujących na rzecz SPEC - All Saints Pastoral Centre w London Colney. SPEC organizuje rekolekcje i wyjazdy dla uczniów szkół katolickich. O tym, że nie są to typowe pobyty w ośrodku rekolekcyjnym, świadczą zajęcia, jakie prowadzi Ania: kurs strzelania z łuku. Jej zdaniem Boga można doświadczać w różny sposób, a budowanie relacji z Nim, to budowanie relacji z przyjacielem i z tym przekonaniem wyjeżdżają uczestnicy rekolekcji w Colney.

SPEC zapewnia swoim pracownikom zakwaterowanie, jedzenie i możliwość opanowania niezbędnych umiejętności przydatnych w dialogu religijnym z młodzieżą. Dodatkowo jego pracownicy dostają ok. 200 funtów kieszonkowego. Zwykle deklarują się na rok pracy i zawiązują swoistą wspólnotę młodych (w SPEC pracują jedynie osoby między 18 a 25 rokiem życia). Jednym z najbardziej spektakularnych przedsięwzięć SPEC jest festiwal Bright Lights - święto muzyki i spotkań z autorytetami religijnymi, odbywające się w lipcu.

Ania tryska radością i zapałem na dalszą drogę. Kiedy skończy pracę dla SPEC, ruszy wraz grupą ewangelizatorów na drogi Australii, gdzie w ramach organizacji NET z Kanady, będzie pracować w różnych ośrodkach szerząc radość z wiary, jaką żyje.

Liczne ośrodki i organizacje religijne oraz charytatywne w Wielkiej Brytanii zapewniają możliwość pracy na ich rzecz, łącząc wykonywane zajęcie z silnie ugruntowanym światopoglądem. Ludzie żyjący w zgodzie ze swoimi przekonaniami, a jednocześnie realizujący się w zawodzie są nie tylko efektywniejsi, ale również bardziej zaangażowani i zdolni do poświęceń.

Marzenie o emo

Pomalowane na czarno oczy, zwykle czarne ubranie i "czarny" nastrój to cecha charakteryzująca popularną dziś subkulturę emo (z angl. emotional), której symbolem jest Emili the Strange, rysunkowa postać stworzona przez Roba Regera. Dawid Kowalski

(lat 26) poważnie cierpiał w Polsce na brak ludzi identyfikujących się z subkulturą emo. Jego pomalowane oczy i czarny płaszcz budziły w miasteczku przerażenie. Podejrzewano go nawet o pewne zboczenie. Dawid zaś deklaruje, że jest jak najbardziej zdrowym i typowym przedstawicielem subkultury emo, a w Londynie odnalazł raj dla siebie. Zabiegany i zapracowany w tygodniu, w weekend wrzuca na siebie ulubione czarne ciuchy, maluje powieki czarną kredką, odsłuchuje kilkadziesiąt minut hardcorowego rocka i rusza na Camden Town, by realizować swoje marzenie: poczuć się u siebie, czyli znaleźć innych przedstawicieli emo. Jak wiadomo ta część miasta obfituje w różne subkultury, więc Dawid czuje się jak w niebie.

On również nie odkłada pieniędzy na jutro, nie myśli o kupnie mieszkania w Polsce. Jak twierdzi, jego podejście do życia streszcza się do przeżycia w sposób dla emo charakterystyczny każdego dnia. Jako że żyje swoim marzeniem codziennie, czuje się szczęśliwy. Kontrowersyjne może się jedynie wydać jego podejście do używek, choć jak twierdzi, w subkulturze emo nie da się inaczej. HIM czy Marylin Manson też tworzą tylko pod wpływem A Dawid właśnie stworzył swoją kapelę.

Wielokulturowy Londyn daje możliwość wtopienia się w subkulturę, jaką tylko nosi ziemia. Przybysze z różnych krajów czy niezasymilowani emigranci, a z czasem ich dzieci tworzą barwną mieszankę kultur i zjawisk socjologicznych. Dzięki temu mieszkańcy Londynu uznawani są za bardzo tolerancyjnych lub przynajmniej biernych w stosunku do przedstawicieli najdziwniejszych subkultur.

Marzenia więc się spełniają, a my możemy im w tym pomóc. Jak wskazują psychologowie, silna motywacja i determinacja w osiąganiu celu pomaga ludziom w podjęciu nawet najbardziej ryzykownych działań, by zrealizować swoje priorytety, które nazywamy czasami marzeniami.



Z pozoru nic ich nie różni od rodaków skrzętnie liczących każdy funt. Są tak jak oni zapracowani i myślą o swojej przyszłości. Nie martwi ich jednak pogorszenie się sytuacji ekonomicznej i spadek wartości funta, bo, jak twierdzą, nie przyjechali do Wielkiej Brytanii, żeby się dorabiać. Są tutaj, żeby spełniać swoje marzenia. Młodzi Polacy zagranicą, którzy nie zbierają na mieszkanie i budowę domu w Polsce, tryskają optymizmem.

Tekst z tygodnika