"Faster, faster!", czyli jak się pracuje na Wyspach

Czy zbyt poufałe i zbyt silne klepanie po plecach, odmawianie przerwy w pracy, opóźnianie wypłaty i wstrzymywanie zapłaty za urlop to standardowe warunki zatrudnienia w Wielkiej Brytanii? Nie, ale wciąż są miejsca, gdzie można natrafić na takie traktowanie. Ile jest w stanie znieść pracownik, któremu zależy na pracy? Bardzo wiele.
Tekst z tygodnika: Nowy Czas

Rzecz dzieje się w niewielkiej, ale bardzo ruchliwej pizzerii, na peryferiach Southampton. Spędziłem tam blisko rok, a część moich znajomych wciąż tam pracuje. Jako że placówka działa pod logiem znanej i poważnej firmy produkującej pizzę na masową skalę, dla niepoznaki nazwijmy ją "Kamino". Kilkunastu pracowników przez kilkanaście godzin dziennie, świątek i piątek, ugniata, dodaje odpowiednie składniki i wypieka placki, które natychmiast są dostarczane do klientów. Właśnie dostawy - jak najszybsze - są domeną Kamina. A że czas to pieniądz, nic dziwnego, że na czas produkcji kładzie się w firmie największy nacisk. Każdy placek ma być w piecu w ciągu dwóch minut od zamówienia, czas każdej realizacji jest skrupulatnie mierzony, a ostatni pracownik z linii produkcyjnej, wkładający gotową pizzę do pieca, musi wykrzyknąć na cały głos czas, np. One - point - six. - Good job - pada wówczas odpowiedź.

Uśmiech Jonattana

Jonattan pochodzi z Filipin. Nie potrafię sobie przypomnieć go inaczej niż z szerokim uśmiechem na twarzy. Łatwowierny jak harcerz, otwarty i prosty w swoich potrzebach jak dziecięcy elementarz. Do Anglii przyjechał by zdobyć pieniądze na leczenie ciężko chorej matki. Na bilet dla niego zrzucała się cała jego wieś.

- Greg, Kamino to shit - to ostatnie jego słowa, jakie usłyszałem, gdy dzwonił do mnie od znajomych, którzy udzielili mu schronienia. Nie widziałem go, ale czułem, że nie ma już na twarzy tego nieodstępnego uśmiechu.

Trudno było sobie wyobrazić drugiego podobnie zaangażowanego orędownika Kamino jak on. Powykręcanymi, schorowanymi palcami klepał kulki ciasta długo i cierpliwie, aż wychodziły równo. Był moment, że nie widział innej przyszłości niż ta obiecana w Kamino. Niestety, rzeczywistości nie udźwignął.

Kiedy zaczął pracować w tym oddziale, wynajął pokój od managera - Hindusa o imieniu Jack. Zapłacił za rok z góry. Latem ubiegłego roku Jack został oskarżony o gwałt. Miał w jednym z parków w Southampton zaatakować i ogłuszyć przechodzącą dziewczynę, a następnie zgwałcić. Ofiara po odzyskaniu przytomności rzuciła się z mostu. Jack zniknął w areszcie, jego żona i dzieci wróciły do Indii. Mieszkanie wróciło do agencji, a Jonattan został bez dachu nad głową i wyłożonych pieniędzy. W międzyczasie wygasła jego wiza, a właściciele pizzerii, wystraszeni, że po aferze z Jackiem Home Office może lustrować pracowników placówki, przenieśli Filipińczyka do oddziału w innym mieście, gdzie dla bezpieczeństwa pracował tylko w weekendy.

Dla Jonattana było to prawdziwą katastrofą. Już wcześniej nie zarabiał najlepiej, chociaż nie rozumiał przyczyn. Kiedy chwalił się nam pejslipem, na którym nie miał stawki godzinowej a jedynie wynagrodzenie 500 funtów za miesiąc pracy po 70 godzin tygodniowo, był przekonany, że to angielski standard.

Faster, faster!

Kolejni kierownicy z Kamino byli do siebie podobni. Mentalnością i zachowaniem przypominali raczej nadzorców z galer, niż wykwalifikowaną kadrę kierowniczą. Rozliczani z load time, reagowali złością na pracowników, którzy spowalniali produkcję, zwłaszcza w chwilach sakramentalnego busy.

Niemniej, gdy poczułem, że na moich plecach wylądowało łapsko jednego z nich, Raviego, a do tego uderzenie było tak silne, że aż przyparło mnie do metalowego stołu, nie wytrzymałem.

- Ravi, ile masz lat? Dwadzieścia? Dwadzieścia dwa? Mógłbyś być moim synem. Okaż mi trochę szacunku, tak jak ja ci go okazuję - warknąłem. - Jeszcze raz mnie dotkniesz i wyjdę.

- Ale w Indiach wszyscy tak się traktujemy, to oznaka, że się lubimy.

Z takim tłumaczeniem nie miałem co dyskutować, powiedziałem jedynie zdawkowo, że nie życzę sobie takich dowodów sympatii, bo mogę zareagować jeszcze większą sympatią.

W Kamino nie ma krzeseł ani miejsca, gdzie pracownicy mogliby spędzać ustawową przerwę, wypić herbatę. O prawie do przerwy nie ma tu mowy. Sprzeczka w tej kwestii była powodem odejścia z pracy jednej z moich koleżanek.

Podczas wieczorowej zmiany odeszła na chwilę od linii produkcyjnej, by odebrać telefon z domu i dowiedzieć się, co porabia jej kilkumiesięczna córka.

- Wyłącz telefon i wracaj do pracy - usłyszała od kierownika zmiany.

- Ale to jest moja przerwa. Należy mi się 15 minut przerwy, prawda?

- Należy się, ale ty masz przerwę, gdy akurat nie robisz pizzy. Wtedy nie masz nic do roboty

Było to ostatnie zdanie, jakie usłyszała w Kamino. Zrzuciła fartuch i wyszła. Z tą przerwą to oczywiście zupełnie inaczej. Żaden z szeregowych pracowników produkcji w Kamino nie ma szansy postać bezczynnie. Jeśli nie robi pizzy, ma zamiatać podłogę. Gdy podłoga jest zamieciona, ma chwytać sanitajzer i szorować linię produkcyjną. Jeśli zostanie przyłapany chociaż na chwili bezczynności, grozi mu natychmiastowe wysłanie do domu. W programie komputerowym, wspomagającym zarządzanie oddziałem jest specjalne menu kontrolne, pokazujące aktualne obroty firmy i współczynnik obrotów do kosztów zatrudnienia. Jeśli jest wyższy niż 25 proc., kierownik ma obowiązek wysyłać do domu kolejnych pracowników - i obcinać ich wynagrodzenie.

Jedyną gwarancją zostania do końca zmiany jest zapis w grafiku o pracy w ten dzień aż do zamknięcia firmy. Taka osoba ma obowiązek posprzątać cały zakład, wszystkie linie produkcyjne, piec, uporządkować składniki, umyć posadzki. Zasadniczo powinni robić to wszyscy pracujący do zamknięcia. Sęk w tym, że w naszym Kamino do sprzątania zaganiało się tylko dwóch pracowników - Polaków. W tym samym czasie w kanciapie siedziało nawet trzech hinduskich pracowników. Dostawali pieniądze za jedzenie i plotkowanie. Co chwila wychodzili poganiać i pytać, jak długo jeszcze potrwa praca. Zdarzały się przypadki wcześniejszego wylogowania z systemu pracowników dłużej zamykających, oczywiście bez ich wiedzy, co było równoznaczne z okradaniem ich z czasu pracy. Ja tego nie wytrzymałem. Odszedłem pod koniec wiosny.

Bez kontraktu, z opóźnioną wypłatą, bez zapłaty za urlop

W naszym Kamino nikt z szeregowych pracowników nie widział na oczy swojego kontraktu. Wymiar godzin ustalany był na grafiku z tygodnia na tydzień i był wyrazem uznania managmentu, czy raczej - jak to powszechnie po cichu mówiliśmy między sobą - rodzajem bata i marchewki. Jesteś potulny, dostajesz godziny. Protestujesz, twoje godziny są obcinane do absolutnego minimum. Nie ma kontraktu, nie ma więc żadnej wiedzy na temat ewentualnej zapłaty za bank holiday czy warunków płatności urlopu.

Nie ma miesiąca, by właściciele nie zapomnieli o wypłacie przynajmniej dla jednego z pracowników. Pechowiec musi upominać się, prosić, wreszcie cierpliwie czekać, aż kierownik przywiezie dla niego czek. Jeszcze gorszy los spotyka osoby, które zdecydowały się zwolnić. Muszą się upominać o swoje ostatnie wynagrodzenie nawet kilka razy. Kiedy pracownicy są ściągani do pracy w święta i bank holiday, obiecuje im sie kokosy. Na pejslipach jednak znajdują pojedynczą stawkę. Tak było np. z dodatkowymi pracownikami, ściągniętymi do pracy na pierwszy dzień tego roku.

Jednak najgorsze przyszło latem. Już od marca wszyscy z utęsknieniem czekali na czerwiec, kiedy mieliśmy dostać zapłatę za zimowy urlop. W innych oddziałach pizzerii wynagrodzenie za urlop płacone było dotąd dwa razy w roku - do końca grudnia za dwutygodniowy urlop letni, do końca czerwca za dwutygodniowy urlop zimowy. Niestety, rozczarowali się wszyscy - i aktualni, i byli pracownicy. Dodatku urlopowego nie dostali z wypłatą majową w czerwcu. Wówczas kierownik poinformował ich, że za urlop dostaną w kolejnym miesiącu. Skłamał. Także i w lipcu nie było urlopowego. Podenerwowani pracownicy, zarówno aktualni, jak i byli, próbowali kontaktować się z szefem i prosić o wyjaśnienia. Nie odbierał telefonów, nie odpowiadał na sms-y.

Ja miałem nieco więcej szczęścia. Udało mi się zamienić z nim kilka słów.

- To nie tak jak myślisz, Greg - odpowiedział. - Ja nie zabrałem twoich ani niczyich pieniędzy, ja nie wstrzymuję żadnej wypłaty za urlop. Po prostu podjęliśmy decyzję, że od tego roku urlopowe będzie płacone raz do roku, zawsze na koniec roku.

A więc zapłatę za zimowy urlop, wypracowany pomiędzy październikiem 2007 a marcem 2008 roku pracownicy dostana dopiero na przełomie roku 2008/2009. I według niego nie jest to wstrzymywaniem czyichś pieniędzy, a jedynie decyzją, podjętą w majestacie prawa.

To niestety codzienny obraz życia i pracy w tym oraz wielu innych oddziałach Kamino w całej Wielkiej Brytanii. Poszturchiwanie, opóźnienia w zapłacie, wysyłanie do domu z byle powodu, wstrzymywanie zapłaty za urlop, łamanie prawa do przerwy, brak kontraktów - to smutna norma.

I co najsmutniejsze. Drugą co do liczebności zatrudnienia grupą narodowościową w Kamino, oczywiście po Hindusach, są dziś Polacy.

Tekst z tygodnika