Dolina Bobru na weekend - zieleń, slow food, czysty relaks. Jeszcze nieodkryta Polska idealna [SAMOCHODEM NA DOLNY ŚLĄSK]

Nie pamiętam, kiedy na widok Polski z wrażenia opadła mi szczęka. Uwielbiam ją taką - tonącą w zieleni, piękną, czystą, pełną śladów dawnych czasów, bez wszechobecnych reklam, cichą. Jakąś taką... niepolską. Chciałabym widywać ją częściej. Szkoda, że Polska idealna leży tak daleko, prawie 500 km od Warszawy. Ale może wy macie bliżej do Doliny Bobru?

Na Dolny Śląsk chciałam pojechać od "zawsze", tylko zawsze było za daleko. A "daleko" i "drogo" to dwa argumenty, które zwykle ucinają temat. Ale intuicja mnie nie myliła - Park Krajobrazowy Doliny Bobru to moje odkrycie na miarę Suwalszczyzny, a tę uważam za dobro narodowe. Powiem więcej - dziwię się, że południowo-zachodni skrawek Polski nie jest naszą turystyczną wizytówką. Oczywiście wszyscy znają Wrocław, słyszeli o Karkonoszach, może nawet o Złotoryi, ale zachwycająca dolina między Jelenią Górą a Lwówkiem Śląskim to wciąż swego rodzaju terra incognita.

***

Dwie dziewczyny i  wyżeł - to nasz skład na czterodniowy wypad do Doliny Bobru. Z czterech dni na miejscu robią się niecałe trzy - w sumie tam i z powrotem plus po lokalnych, krętych drogach, nakręciłyśmy 1300 kilometrów. Sporo. Ale odległe położenie to jedyna wada celu naszej podróży, który i tak wart jest każdego przejechanego kilometra.

Kraina Wygasłych Wulkanów - niecałe 500 km od Warszawy i tam będziemy!tfot. Paulina Dudek

Google szacuje, że na dotarcie na Dolny Śląsk z Warszawy potrzeba niespełna pięciu godzin. Nam schodzi osiem, bo gdy tylko mijamy znak "Kraina Wygasłych Wulkanów" (tak, mamy w Polsce takie rzeczy i to nie jest żaden chwyt marketingowy), ciągle się gdzieś zatrzymujemy. A to popatrzeć na Śnieżkę, a to obejść czysto romański (czy jesteśmy we Francji?) kościół św. św. Jana i Katarzyny w Świerzawie, a to przejść się kawałek ścieżką przyrodniczą przy Organach Wielisławskich (podjeżdżamy wąską dróżką, zaintrygowane, co to może być, a tam - odsłonięte porfiry o unikatowym słupowym kształcie, powstałe w wyniku zastygnięcia magmy. Są super).

Za kolejnym zakrętem może wyłonić się cokolwiek (pałac, zamek, drogowskaz, jeleń), co znowu każe nam skręcić, zboczyć i spóźnić się jeszcze bardziej na kolację. Wreszcie docieramy do siedliska, oszołomione bajkowym otoczeniem - mieszaniną niemal dziewiczego krajobrazu (tak jak okolice Różanej Sędziszowej wyglądają niektóre szwajcarskie doliny) i pięknej, poniemieckiej architektury, jakże różnej od domów-gargameli, które szpecą chociażby moją rodzinną Małopolskę.

Naszą bazą wypadową jest Wleń, miasteczko w zakolu Bobru, które w 2014 roku świętowało 800-lecie nadania praw miejskich. Piękny wiek. Mówi się, że to też jedno z najpiękniej położonych miast Dolnego Śląska - zgadzam się (poza tym, że uważam, że w Dolinie Bobru nie ma miast niepięknie położonych). "Tylko się tam nie wleńcie" - słyszę od każdego, z kim dzielę się radosną nowiną o wyjeździe (ha-ha). Jedynie kolega J. rozczula się na wspomnienie swoich dziecięcych wczasów we wleńskim uzdrowisku i żąda zdjęcia pomnika gołębiarki (stoi, zrobiłam).

Wleń ma swoje atrakcje "dolne" i "górne". Dolne - czyli Wleń właściwy: z rynkiem, kolorowymi kamienicami i dwoma pałacami - Książęcym (nieopodal mostu na Bobrze, w ofercie noclegi w komnatach od 80 zł/osobę i różne pakiety specjalne - tu warto wspomnieć, że nocleg w pałacu w Dolinie Bobru to żadna fanaberia - wiele pałaców jest w rękach prywatnych i działa jako hotele lub pensjonaty, a ceny wcale nie są wygórowane) i Nielestnie (kilkaset metrów dalej, przy drodze do Jeleniej Góry).

Wleń w Dolinie Bobrufot. Paulina Dudek

Górne atrakcje to rezerwat Góra Zamkowa (rośnie tu cis i czosnek niedźwiedzi, a szczęściarze mogą spotkać muflona) z ruinami Wleńskiego Gródka - zamku uważanego za najstarszą (!) murowaną budowlę obronną w Polsce. W obrębie zamkowych murów stoi wieża widokowa (przyda się latarka), z której rozciąga się wspaniała panorama Wlenia i całej doliny. Stąd najlepiej widać, jak kilka górskich pasm - Karkonosze, Góry Izerskie i Kaczawskie - układa się nad Doliną Bobru niczym wielowarstwowa makatka. Nieco niżej stoi pałac Lenno (dziś także własność prywatna) - są tu noclegi i kawiarnia z pysznymi... cenami. Ale o Lennie jeszcze wspomnę, dotrzemy tu ostatniego dnia.

Rezerwat Góra Zamkowa to wspaniałe widoki, rzadka i cenna flora i fauna oraz ruiny najstarszej murowanej twierdzy w Polscefot. Paulina Dudek

Czwartek

Wybór na Wleń pada dlatego, że przeczesując internet w poszukiwaniu noclegów trafiam na Polną Zdrój (Polna 5, http://www.polnazdroj.com/). I choć wydaje mi się dość droga, już nie chce mi wyjść z głowy. Ponad 200-letnie siedlisko przywrócili do życia Magda i Mateusz Trojanowscy. On urządził w modnym, nowoczesno-rustykalnym stylu, ona przyrządza dla gości Polnej dania, których nie powstydziłaby się niejedna warszawska restauracja.

Śniadanie kosztuje 25 zł za osobę, obiadokolacja - zupa, danie główne i deser - 50 zł, a w wersji premium (z przystawką i drugim daniem głównym) - 75 zł. Można zjeść gdzie indziej taniej i szybko zapomnieć albo skusić się na prawdziwy polski slow food i pamiętać go długo - tu wszystko jest z własnego ogródka albo od sąsiadów i lokalnych wytwórców. Rozpływa się w ustach i wygląda jak z Kukbuka.

Pierwszego wieczora czeka na nas przystawka ze śledzia na domowym chlebie, zupa z młodej kapusty, kaczka z kluseczkami z bunca w maśle, bliskowschodnia szakszuka (w wariancie z bakłażanem), dwie pyszne sałaty i lekki deser z agrestem. Do tego karafka domowego kompotu z polskich owoców. Porcje olbrzymie. Mnie w kuchni Polnej ujęło zwłaszcza jedno - czuć, że Magda na niczym nie oszczędza, ale też nic się u niej nie marnuje, że ma szacunek do tego, co rodzi ziemia - sezonowe owoce i warzywa powtarzają się w daniach (np. agrest, pomidory czy awokado), ale za każdym razem są inaczej przyrządzone, co wydobywa pełnię ich smaku. No i jeszcze kwiaty, których w Polnej jest pełno - począwszy od wazonów na stołach i stolikach, a na daniach i ziołowych naparach skończywszy.

Smakołyki z Polnej Zdrój - polski slow food czerpiący inspiracje ze świata. Pycha!fot. Paulina Dudek

Wygląd samego siedliska to osobna historia - w Polnej jest po prostu światowo i pięknie. Szaro, biało, gołąbkowo, w kamieniu i naturalnym drewnie. Eklektycznie, ale spójnie, z masą dekoratoskich smaczków (klamka drzwi do stodoły to wygięta srebrna łyżka). Jest duży taras z widokiem na zieleń, wieczorem rozpalany niewidzialnymi dłońmi kominek, wielki drewniany stół w salonie i kuchnia, w której można sobie coś przyrządzić. Jest najprawdziwsza fińska sauna (gorrrrąca), za sauną leżaki i koce, pod którymi nocą można oglądać gwiazdy, jest nawet miniplaża dla dzieciaków i dorosłych. Jest wreszcie autorska zastawa z Bolesławca (z jelonkami) zaprojektowana przez znajomą artystkę. Widać, że właściciele kochają to miejsce i podchodzą do niego z czułością oraz sympatią do swoich gości. My w Polnej czułyśmy się swobodnie i po prostu dobrze. Tak dobrze, że zdecydowałyśmy się spędzić tu cały pobyt w Dolinie Bobru.

 

Polna Zdrój to moje odkrycie, poza tym cieszy się zasłużoną sławą, zwłaszcza wśród nowożeńców, ale wynajmuje też pojedyncze pokoje gościom indywidualnym i rodzinom. Rezerwować trzeba jednak ze sporym wyprzedzeniem (nam jakimś cudem udało się wstrzelić w wolny weekend). Bez problemu można przyjechać ze zwierzakiem. Pokój dwuosobowy kosztuje ok. 200 zł, to nie najtaniej, ale wiadomo, za co się płaci.

Jeśli nie Polna, to w okolicy jest jeszcze kilka miejsc, które na pewno chciałabym kiedyś odwiedzić. Pierwsze to Pokrzywnik 11 (http://www.pokrzywnik.pl/), wegetariańska agroturystyka, bardzo polecana przez Magdę Trojanowską (bo tutaj ludzie polecają swoją konkurencję, gdy wierzą, że robi dobrą robotę i gość będzie zadowolony - uwierzycie?), drugie - Tartak nad Bobrem (http://www.tartaknadbobrem.com/), przy samej zaporze w Pilchowicach, znany wśród pasjonatów wędkarstwa. Można się też zatrzymać w bajkowym Pałacu Lenno, ale uprzedzam, że nie śpi się w samym pałacu, tylko w położonym nieco dalej pawilonie (pokoje są skromne, bardziej w stylu kolonijnym, za to otoczenie wspaniałe). Ogólnie baza noclegowa w Dolinie Bobru jest bardzo dobra i jeśli macie nawet spore wymagania, na pewno znajdziecie nocleg na ich miarę.

Piątek

Dziś wielki dzień - jedziemy spełnić marzenie! A jest nim wizyta w Zakładach Ceramicznych w Bolesławcu i udział w warsztatach malowania ceramiki. Nie wiemy, czy w Dolinie Bobru uda nam się zrealizować wszystkie plany, ale ten punkt programu jest obowiązkowy. Droga z Wlenia do Bolesławca cudna - jeszcze więcej domów z kamienia i muru pruskiego, zieleń, zakręty, pałace zalane słońcem (w ostatniej chwili spontanicznie odbijamy w boczną drogę, by rzucić okiem na majestatyczny Pałac Brunów, w okolicy znajduje się kemping nad Bobrem, po drodze jest też Pławna z Magicznym Zamkiem Śląskich Legend, istny raj dla dzieciaków, oraz Muzeum Przesiedleńców i Wypędzonych, przybliżające losy dawnych mieszkańców tych ziem, niestety zabrakło nam na nie czasu).

Wracając do bolesławieckiej ceramiki, ta święciła u nas triumfy w PRL-u, ale ostatnio znowu staje się supermodna. Na Dolnym Śląsku powstaje od 300 lat. Sześć klasycznych, zastrzeżonych wzorów to spadek po Niemcach, ale każdy zakład ma swoich projektantów. Dziś wzorów jest w sumie już ponad 300, niektóre tylko na zagraniczne rynki (bo 80% tutejszej produkcji idzie na eksport do USA, Japonii, Korei Południowej i Rosji).

Tajemnice bolesławieckiej ceramiki można odkryć podczas superciekawych warsztatów. Na nas największe wrażenie zrobiła malarnia i cudne wzory, który w niej powstająfot. Paulina Dudek

Przechodzimy przez całą fabrykę i wszystkie etapy tworzenia naczyń - od robienia glinianych odlewów, przez produkcję uszek do kubków i szkliwienie, a na wypalaniu skończywszy. Hitem jest malarnia, gdzie 80 pań i jeden pan (co zawsze się tak chętnie podkreśla, heloł, brawo wszyscy, ale jednak bardziej panie!) maluje, a raczej stempelkuje naczynia. Praca, która wydaje się marzeniem przedszkolaka, wcale nie jest prosta: bez zmysłu artystycznego i precyzji ani rusz. Są naczynia łatwiejsze do malowania (np. talerze) i trudniejsze (np. wyszukane wazy czy kubki), ale każda z rzeczy powstaje na akord, a po oszkliwieniu i wypaleniu przechodzi dokładną kontrolę jakości. Jeśli przedmiot ma najdrobniejszą niedoskonałość (krzywo postawiony stempelek, nierówna obwódka...) - trafia do sprzedaży jako drugi, trzeci lub czwarty gatunek. O tym informuje ostatnia cyfra kodu na dnie. Jest też naklejka - certyfikat jakości, który przyznaje tylko zakład w Bolesławcu. To gwarancja, że towar jest prima sort i nie do ruszenia - w filiżance upieczecie sernik, a na talerzu pizzę.

Po zwiedzaniu chwila prawdy - dostajemy własne koła garncarskie, wstępnie wypalone  talerze, pojemniki z farbą i dużo stempli. Reszta zależy już tylko od naszych umiejętności i wyobraźni. Wymyślamy własne wzory i mimo ambitnego podejścia jesteśmy w miarę zadowolone z efektu (przynajmniej z tego, co widzimy na miejscu, bo po szkliwieniu i wypaleniu w piecu farby na naczyniach zmienią kolor). Co za emocje!

Koszt warsztatów w Zakładach Ceramicznych w Bolesławcu to 65 zł, dostępne tylko w tygodniu, można rezerwować przez stronę internetową. Gotowe, własnoręcznie pomalowane naczynia są wysyłane do uczestników kurierem (tylko koszt kuriera - 20 zł, przy większych grupach - bezpłatnie). Zdecydowanie warto się tu wybrać.

Więcej na stronie: http://ceramiczna-przygoda.pl/.

W Bolesławcu (głównie w sklepie z ceramiką) zabawiamy dłużej niż było planowane. Gdy znowu wskakujemy do auta, jest już po 14. Następny kierunek: Lubomierz (kierunkowskaz rzucił nam się w oczy w Pławnej). Znowu cieszymy się jak wariatki - to przecież w Lubomierzu na targu Wicia zamienił poniemiecki rower na kota! Jako dziewczynka oglądałam "Samych swoich" kilkanaście razy, wszystko wiemy o krużewnickiej trylogii i śmiało podjeżdżamy do płota.

Dzisiejszy Lubomierz liczy 1,5 tysiąca mieszkańców i poza sierpniowym Festiwalem Filmów Komediowych niewiele się w nim dzieje. Tu także historia sięga XIII wieku, wiąże się z Bolkiem I Jaworskim (któremu cała okolica Doliny Bobru wiele zawdzięcza) i pięknym klasztorem benedyktynek, ufundowanym przez Juttę von Liebenthal. W przeszłości lubomierskie mniszki były właścicielkami ponad 200 wsi między Bobrem i Kwisą, a miasto rozwijało się dzięki handlowi płótnem i pełne było technicznych nowinek. Stąd pochodzili Hieronim Wietor i Marek Scharrfenberg, którzy stworzyli trzon krakowskiego drukarstwa. Pierwotny klasztor się nie zachował, jego budynki (dziś mniszek już tu nie ma) i majestatyczny kościół pochodzą z XVIII wieku. Znacznie starszy, bo XV-wieczny jest ratusz. Warto przejść się pod pręgierz, przyjrzeć kamienicom z podcieniami i oczywiście odwiedzić nieduże, ale bardzo fajnie urządzone Muzeum Kargula i Pawlaka (w Domu Płócienników, wejście 3 zł). Lubomierz jest dość zaniedbany i opustoszały, ale dla mnie piękny w swojej melancholii i na pewno warto odwiedzenia.

Z Lubomierza kierujemy się na Gościniec Perła Zachodu - dolnośląskie "must see". Chcemy zobaczyć słynne schronisko dosłownie zawieszone nad taflą jeziora Modre i przejść się do lasu po drewnianej kładce, której stan techniczno jest żywo dyskutowany w internecie. Położenie schroniska faktycznie jest wspaniałe, a kładka zreperowana. Szybki spacer, zdjęcia, pies szczęśliwy, ale wolałby uciec do wody, niż tak dreptać na smyczy. Żałujemy, że nie mamy czasu na dłuższą przechadzkę wśród drzew i skałek, ale chcemy zdążyć jeszcze do Siedlęcina - w tej niedużej, niepozornej miejscowości ukrył się prawdziwy skarb.

A skarb to 24-metrowa kamienna wieża książęca z drewnianym, stromym (zachowanym od XIV wieku!) dachem. Pierwotnie wieża strzegła przeprawy traktu z Jeleniej Góry do Lwówka Śląskiego (wówczas dużego i ważnego miasta Śląska) przez stromą rzekę. Potem pełniła funkcje mieszkalne. Ok. 1345 r. jej ściany ozdobiły świeckie polichromie, uważane dziś za najstarsze w Polsce. Co pokazują - nigdy nie zgadniecie. To historia sir Lancelota z Jeziora, jednego z rycerzy króla Artura. Malarz pochodził prawdopodobnie ze Szwajcarii, a dzieło przetrwało dzięki temu, że przez 100 lat wieża służyła jako spichlerz. Drugiego takiego malowidła nie ma w całej Europie.

Gdy opuszczamy Perłę Zachodu do zamknięcia Wieży w Siedlęcinie zostaje dosłownie chwila, więc dzwonimy zapytać, czy w ogóle jest sens przyjeżdżać. Zaskoczone słyszymy, że oczywiście, że zapraszają. Na miejscu nieśmiało pytamy, ile mamy czasu. Słyszymy: "ile panie potrzebują". Wow! To nie pierwszy (i nie ostatni) raz, kiedy w Dolinie Bobru spotykamy się z czystą ludzką życzliwością i zaangażowaniem w wykonywaną pracę. Z przyjemnością i spokojnie (ale nie przeciągając) oglądamy zabytek (polichromie bardzo ładne, ale na mnie większe wrażenie robi mocarny dach, co za robota!). Siedlęcin super.

Po zwiedzaniu kolacja, odpoczynek i sauna. Wakacje, to rozumiem.

Sobota

Mój pociąg (sic!) do Doliny Bobru nie wziął się znikąd. Kiedyś, dawno temu, przeczytałam o pewnej trasie kolejowej i zapragnęłam się nią przejechać - zanim zniknie. Powstała ponad 100 lat temu, a jej wybudowanie - w sumie 33 kilometry między Jelenią Górą i Lwówkiem Śląskim - zajęło 4,5 roku. Bobertalbahn, czyli Kolej Doliny Bobru, u schyłku lat 20-tych XX wieku sprzedawała 70 tys. biletów rocznie na jednej tylko stacji we Wleniu. Zanim jednak w ogóle przejechał tędy jakikolwiek pociąg, a w nim choć jeden rozemocjonowany turysta, projektanci i budowniczowie linii mieli sporo do roboty - musieli tu nasypać, a tam przekopać, bo teren był bardzo wymagający.

Kolej Doliny Bobru uchodzi za jeden z najpiękniejszych fragmentów kolei w Polsce. Jej główne atrakcje to największy wiszący most w Polsce (jedyny o łukowej konstrukcji, 130 m długości, 40 m wysokości nad taflą wody), okazały wiadukt nad szosą w Pilchowicach i trzy tunele - 134-metrowy pod górą Czyżyk, 154-metrowy pod wzniesieniami Dworów i 320-metrowy pod wschodnim zboczem Góry Zamkowej. Pociąg mknie wzdłuż rzeki Bóbr, przez sielski krajobraz doliny, mija jezioro Modre i zaporę w Pilchowicach. Przyznam jednak, że liczyłam na więcej i prawdę mówiąc, więcej niż z okien klimatyzowanego szynobusa widziałyśmy z samochodu.

Kolej Doliny Bobru kursuje bardzo rzadko (my chciałyśmy przejechać całą trasę i udało nam się skompilować jedyny możliwy kurs powrotny) i tylko w wakacje. Pociąg jedzie powoli, więc długo - ok. 1,5 h (ale mija szybko), bilet normalny kosztuje ok. 15 zł. Co do logistyki: samochodem dojeżdżamy do Lwówka Śląskiego, zostawiamy go na parkingu przed marketem Netto i wsiadamy w pociąg po 9 rano. W Jeleniej Górze mamy trzy godziny postoju. Przed 16 jesteśmy z powrotem we Lwówku.

Co robić przez trzy godziny w Jeleniej Górze? Tego za bardzo nie wiemy, a kolejnego ratusza nie chce nam się oglądać. Postanawiamy iść do kawiarni, którą poleca TripAdvisor i tam zaczerpnąć kawy, bezy z truskawkami i języka. Tak trafiamy do Kukutu Cafe, nieświadome, że prowadzi ją Robb Maciąg, znany podróżnik, autor książek rowerowych, człowiek od TukTuk Cinema, który zapakował w plecak polskiego "Bolka i Lolka" i pojechał go wyświetlać hinduskim dzieciom (sukces!). Z Robbem szybko znajdujemy wspólny język, rozmawiamy o Indiach na zmianę z Miedzianką (tak, tą Miedzianką z książki Filipa Springera, to tu), dowiadujemy się też, że to niestety ostatni weekend jego urzędowania w kawiarni. Samo Kukutu, gdzie równie mile widziane są dzieci, jak dorośli (te malutkie umywalki i mikrofoteliki obok dużych), na dobre się nie zamyka.

Nowym właścicielom życzymy powodzenia, bo takie miejsca sprawiają, że w Polsce jest po prostu fajniej. Szalone, sięgające pedałami gwiazd pomysły Robba możecie natomiast śledzić tutaj: http://www.ku-sloncu.org/.

Będąc w Jeleniej Górze koniecznie zajrzyjcie do Kukutu Cafefot. Paulina Dudek

Po posiedzeniu w Kukutu niewiele czasu zostaje do pociągu. Ze znajomym konduktorem wracamy do Lwówka, o którym cudów się naczytałam w przewodniku. A tu - architektoniczna rozpacz! Lwówek Śląski otrzymał prawa miejskie w 1217 roku. W XIV wieku dobił do 11 tys. mieszkańców i był wtedy naprawdę duży i ważny. II wojna obeszła się z nim niełaskawie - zniszczona została ponad połowa miasta. Ale zachowały się wspaniałe średniowiecznie mury z basztami, w których dziś mieszczą się warsztaty i mieszkania, dzięki którym Lwówek to trochę taka polska Transylwania. No ale Lwówek straszy i to na serio. Ma jeden z największych rynków w Polsce (o bokach długości 220 m), w środku tego rynku absolutnie obłędny gotycko-renesansowy ratusz, a wokół niego... PRL-owskie bloki, które ktoś pomalował na róż i pistację i dorobił do nich podcienie! Aaaa, zęby mnie bolą, chcę uciekać i omal się nie rozpłaczę na to barbarzyństwo.

Przybite idziemy na pizzę do lokalu o nazwie Kuźnia 1755 (ul. Wojska Polskiego 26, http://pizzerialwowek.pl/). Pizza smaczna, ciasto grube (wiem, mówi się puszyste), dodatki ok., ceny w porządku (za maks 35 zł można mieć pizzę o średnicy 45 cm, ale nie podejmujemy wyzwania), obsługa uprzejma i wystrój bardzo ładny. Robimy jeszcze "test Magdy Gessler" i zamawiamy sałatkę grecką. Tu porażka - składniki sałatki dosłownie pływają w malinowym (?!) dressingu. Mimo wszystko wychodzimy zadowolone i Kuźnię mogę polecić (choć to nawet w połowie nie jest poziom Polnej Zdrój, ale oferta też jest inna).

Jest już naprawdę późno, a o 19 - na miłe pożegnanie z Doliną Bobru i jako wsparcie przed długą podróżą do domu - mamy rezerwację w spa w Cieplickich Termach. W Internecie znalazłam informacje o Dzikim Wąwozie między Maciejowcem i Pokrzywnikiem i nie wyjadę z Dolnego Śląska, jeśli go nie zobaczę. Znowu mam nosa - krajobrazy jak z Narnii, trzeba tu koniecznie wrócić na szlaki (btw, Opowieści z Narnii kręcono przecież w Karkonoszach). Spacer delikatnie mówiąc szybki, potem samochód i rura do Cieplic.

W Termach jest super - ciepła woda, masaż pleców, jeszcze więcej ciepłej wody, w sobotni wieczór zaskakująco mało ludzi. Siedzę w zewnętrznym basenie, grzeję się i pada na mnie delikatna mżawka. Ale fajnie. W drugim basenie - jak zwykle - próbuję nauczyć się pływać (podobno nie wolno się uczyć - co pokazała ostatnia historia z Tarnowskich Term - ale nikt nie zwraca mi uwagi, może to jednak przypomina pływanie?).

Termy GORĄCO polecam przed długą podróżą, warto skorzystać z masażu pleców (30 zł za 25 minut, po uprzedniej rezerwacji i lepiej zadzwonić co najmniej dwa dni przed planowaną wizytą, bo terminy znikają jak świeże bułeczki). Sam wstęp do basenów kosztuje 25 zł za dwie godziny, 30 zł ze strefą saun. Czysto, ładnie, na poziomie, bez tandety, w której niestety lubują się aquaparki, ale atrakcje typu zjeżdżalnia-cebula też się znajdą.

Więcej na stronie: http://www.termycieplickie.pl/.

W niedzielę rano zbieramy się do domu. Przed odjazdem z Doliny Bobru wdrapujemy się jeszcze na Górę Zamkową i zaglądamy do Pałacu Lenno. I znowu - teoretycznie jeszcze zamknięte, ale witają nas z otwartymi ramionami. W pałacowym wnętrzu działa przytulna kawiarnia. Zamawiamy kawę, kakao (belgijskie, bo Belg - mówiący po polsku - jest właścicielem posiadłości) i - nie mogąc i nie chcąc wcale się zdecydować - trzy ciastka. Wszystkie pyszne. Przechadzamy się po ogrodzie - w typowych dla pałacowych i zamkowych ogrodów "wycinankach" z bukszpanu rośnie sałata, rzodkiewki, ogórki. W szklarni pną się pomidory. Lenno ma w sobie jakiś bajkowy, nierealny urok, a historia jej obecnego właściciela jest bardzo ciekawa, ale nie ma tu na nią miejsca. Koniecznie sprawdźcie Lenno przed swoją wizytą w Dolinie Bobru: http://beta.palaclenno.pl/.

Przyjedziecie?

p.s. W drodze powrotnej nie odmówiłam sobie dwóch godzin we Wrocławiu. W pobliżu wrocławskiej starówki jest ulica św. Antoniego, którą śmiało można nazwać zagłębiem domów pogrzebowych. Wśród wystaw z ubraniami do trumny i modnymi (!) urnami działa Karavan (KRVN BAR, św. Antoniego 40, http://krvn.pl/) - cocktail bar serwujący też jedzenie. Na ścianach inspirowane śmiercią malowidła, podłoga z kafelków jak w prosektorium. Kiedyś tu też był dom pogrzebowy, ale spokojnie, burger z Karavanu na pewno nie stanie wam w gardle.

Wrocławski Karavan, czyli smaczne jedzenie w dawnym domu pogrzebowymfot. Paulina Dudek