Parki Narodowe USA. Canyon de Chelly National Monument

Okolica, przez którą jedziemy drogą nr 160 w stronę kanionu de Chelly, to indiańskie terytorium, największe w całych Stanach. Navajo Nation, Navajoland.
Okolica, przez którą jedziemy drogą nr 160 w stronę kanionu de Chelly, to indiańskie terytorium, największe w całych Stanach. Navajo Nation, Navajoland, w języku nawaho - Diné'bikéyah, obejmuje ziemie w Nowym Meksyku, Utah i Arizonie, ignorując granice stanowe. Przed każdym z mijanych rancheros stoi hogan. Przypomina ulepione z gliny igloo i zapewne jest formą zapamiętaną z Dalekiej Północy, z której przybyli Nawahowie. Indianie Pueblo nazwali ich Navajo - "kradnący plony", ale sami mówią o sobie Diné - Ludzie.

Ojczyzna kojota, krajobraz wyobraźni

Nawahowie wielu rzeczy nauczyli się od Pueblów, ale nigdy życia w większej społeczności. U schyłku dnia widzimy tylko pojedyncze rancheros przy drodze, a dalej, wydawałoby się, pustynia. Czerwoną, suchą ziemię pokrywają po horyzont kępy pustynnych krzewów, od czasu do czasu opuncja albo jukka, między nimi pojedyncza krowa. W oddali, w zakurzonym powietrzu majaczą dziwaczne buttes - ostańce rzeźbione przez miliony lat w czerwonym piaskowcu, z których kształtów można wróżyć, jak z wosku w andrzejkowy wieczór. Gdy tylko zapadł zmrok (w listopadzie wcześnie i tu, na południu, nagle), cała okolica ożyła, pokryła się światełkami migającymi w oddali, znacząc niewidoczne za dnia siedliska ludzkie. I nie wiadomo, czy to jeszcze droga, czy już Droga Mleczna, czy światła osady Chinle, bramy do kanionu Chelly? "Ojczyzna kojota, krajobraz wyobraźni, gdzie nic nie jest tym, czym się wydaje. Ostańce, mesy i czerwone iglice mamią cię, byś zobaczył w nich coś innego: katedrę, blat stołu, uszy niedźwiedzia lub zakonnice" - pisze o tej ziemi Terry Tempest Williams w książce "Red: Passion and Patience in the Desert" (2001).

Dopiero rano oglądamy prosty kemping w zagajniku przepięknie zacienionym złotymi topolami. Topole na pustyni to woda, a woda to życie. Zrozumiałe, dlaczego kanion nosi ślady najdłuższego ciągłego osadnictwa w całej Ameryce Północnej - od trzeciego stulecia naszej ery. Nawahowie nazwali go Tséy - "miejsce w głębi skały", z czego wyszło hiszpańskie de Chelly. Ale dla Hopi było to Suyátupovi - "miejsce o miękkiej glebie". Gdybyśmy wiedzieli to wcześniej, to może nie wjeżdżalibyśmy. Ale zdecydowaliśmy się na jazdę z przewodnikiem i po chwili już wiem, dlaczego bez przewodnika nie wolno wjeżdżać na dno kilkunastokilometrowego jaru. Adam balansuje autem, manewruje i miejscami wydaje się, że ugrzęźniemy, a Hadley siedzi na tylnym siedzeniu i bez emocji, spokojnie kieruje: w lewo, trzymaj się prawej, bliżej krzewów. Tylko on wie, gdzie kończy się płytki, nawiany piach, a zaczynają ruchome piaski.

Canyon de Chelly

Nasz przewodnik Hadley, około czterdziestki, żylasty, ogorzały, z bandaną wokół czoła wygląda dokładnie tak, jak jego przodkowie na archiwalnych fotografiach przechowywanych w Smithsonian Institution. Jest pasterzem, a w sezonie i w weekendy przewodnikiem w Canyon de Chelly National Monument, parku chronionym prawem federalnym, a zarządzanym przez Nawahów. Asfaltowe drogi i punkty widokowe na południowej i północnej krawędzi są wynikiem amerykańskiego demokratycznego myślenia o powszechnej dostępności narodowych skarbów.

Gruntowa droga biegnąca dołem to realizacja dostępności na prawach gospodarzy, czyli Nawahów. Hadley jest świetnym, doświadczonym przewodnikiem. Zna każdą wyboistość drogi, każdą zawieszoną wśród skał ruinę, każdy znak pozostawiony na skale przez Anasazi, których Nawahowie już tu nie spotkali.

- A to jukka - Hadley wskazuje na pustynną roślinę. - Kobiety nasze myją włosy w wywarze z jej korzenia, dlatego są pięknie lśniące i czarne. Tak czynić nakazała Estsánatlehi, po angielsku Changing Woman, Kobieta od Zmian, Kobieta Zmienna, jak zmienne są pory roku. Narodzona z tęczą wokół głowy, z naszyjnikiem z białych muszli i turkusów na szyi, wybranka Słońca, z którym mieszka na Zachodzie, pramatka Nawahów, bogini czerwonej Ziemi.

Jeśli Estsánatlehi jest uosobieniem płodnej ziemi, to topola jest z pewnością jej szatą. Teraz, w środku jesieni, mieni się cudownie złotem i okrywa czerwone skały. I jak w micie Nawahów Słońce promieniami penetruje wnętrze kanionu i zapładnia Estsánatlehi. A my zagłębiamy się w mit, w te skały w odcieniach ochry, sieny, purpury, krwi, a coraz wyższe ściany zamykają się nad nami. To jest miejsce początku.

Nagle z głębi kanionu dochodzi dźwięk fletu. Czyżby grał sam Kokopeli, dobry duszek płodności i urodzajów? Nie tym razem. Przed Białym Domem, XII-wiecznymi ruinami Indian Anasazi, artyści Nawahowie rozłożyli, jak co dzień, kramy z koralami, malunkami na kawałkach skał, wyrobami ze srebra, smażonym chlebem z cynamonem. Dwugodzinne zejście od punktu widokowego na południowej krawędzi jest jedynym szlakiem na dno kanionu dostępnym bez przewodnika, dlatego tak wielu tutaj turystów. Przy jednym ze straganów siedzi długowłosy muzyk i gra. Cedrowy flet nigdzie nie brzmi lepiej. Po raz pierwszy słuchaliśmy muzyki z wnętrza kanionu we wspólnym nagraniu Carlosa Nakai (Diné) i Paula Horna - już wtedy podejrzewałam, że to kanion jest miejscem magicznym, a nie flet.

- To Pajut - dla Hadleya przynależność etniczna określa talent (tutaj brak). W drodze powrotnej dodaje: - Diné są matrylinearni. Mężczyzna przychodzi mieszkać do kobiety, razem gospodarują, ale gdy związek się rozpada on odchodzi bez niczego, tak jak przyszedł. Nic tu nie należy do niego. Opuszczając kanion, wyminęliśmy dwa zakopane w piachu auta - nie mieli szczęścia do przewodnika. Bez targów policzyliśmy się z Hadleyem, bo zasłużył na te 10 dol. za godzinę.

Chinle

A nas asfalt poprowadził znów do Chinle, gdzie wszyscy tutejsi tankują i robią podstawowe zakupy. Robimy to samo. Po chwili jednak widzę, że w Chinle nie jest najważniejszy ani sklep, ani remiza, lecz pralnia przy stacji benzynowej. Co chwilę podjeżdżają zakurzone po dach pikapy. Wysiadają z nich kobiety, piękne i dumne, w szeleszczących rozłożystych sukniach, jak do flamenco. W rękach zakurzone tobołki, a na rękach, szyi, piersi - ogromne turkusy. Na pustyni trudno o czystą, bieżącą wodę, łatwiej przywieźć pranie do landromatu i wyprać za kilka ćwierćdolarówek. Siedzę, przecieram oczy i patrzę na ten spektakl. Chciałam złapać zawiniątko z naszymi brudnymi ciuchami i dołączyć do grona. Ale z czym tu - w wyświechtanych dżinsach, lekko nieświeżej podkoszulce, z zegarkiem jako jedyną ozdobą? Zrozumiałam Hadleya, dla którego było oczywiste, że los mężczyzn (Diné i nie-Diné) jest w rękach kobiet Nawaho. Ich ogorzała skóra ma barwę ziemi z Navajoland, włosy - czerń najczarniejszej szczeliny de Chelly, a turkusy - kolor nieba. Każda mówi: "jestem kobietą, życiodajną glebą, Estsánatlehi ". Każda to Demeter.

Wracamy jeszcze na północną krawędź, by w świetle zachodzącego słońca spojrzeć na ruiny Domu Antylopy i Groty Masakry, na złotą topolową narzutę na dnie kanionu. Przypomina mi się test zaproponowany przez Williams: "Wyciągnij z kieszeni swój scyzoryk, otwórz i zrób nacięcie na przedramieniu. () Jeśli zacznie wydobywać się wilgotny piasek, który będzie szybko wysychał na powierzchni, wtedy wiesz, że stałeś się częścią pustyni. Dopiero wtedy możesz powiedzieć, że należy do ciebie". Dla mnie wynik wciąż negatywny. Podnoszę i chowam do kieszeni krwistą grudkę, i odjeżdżamy.

Warto wiedzieć

Dojazd. Kanion leży ok. 3 km na wschód Chinle; do Chinle prowadzi droga nr 191 na północ od autostrady nr 40 pomiędzy Gallup i Holbrook.

Zwiedzanie. Codziennie, godz. 8-17, rezerwacje w centrum informacyjnym przed wjazdem do parku.

Nocleg. Kemping bezpłatny (woda bieżąca i toalety); motel Thunderbird Lodge, prowadzony przez Indian Nawaho, tel. (928) 674 58 41; hotele w Chinle.

Na terenie całego rezerwatu obowiązuje prohibicja, jeśli mamy własny alkohol, lepiej go nie pokazywać

Artykuł pochodzi z Gazeta Turystyka - sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej