Etiopia w 10 dni. Od Addis Abeby do Hareru

Gdy wracamy tu na nocne czuwanie, nieprzebrany tłum białych postaci z płonącymi świecami w ręku wypełnia każdy centymetr przestrzeni
W Addis Abebie lądujemy w nocy. Stolica Etiopii, podobno już 5-milionowa, pogrążona jest w ciemnościach, ale jak się okazuje, wcale nie śpi. Na ulicach pełno kobiet spowitych na biało od stóp do głów - właśnie wracają z nabożeństwa.

Kościół etiopski jest po armeńskim najstarszy na świecie. Powstał w IV w. i ma wiele elementów wspólnych z judaizmem, m.in. szabat i obrzezanie.

Nazajutrz mamy okazję zobaczyć, jak wygląda wiara Etiopczyków na co dzień. Kościoły, otwierane tylko na nabożeństwa, cały dzień otaczają mężczyźni i kobiety. Szepczą modlitwy, bijąc na ziemi pokłony albo pieszczotliwie gładząc dłońmi mury świątyni.

***

Pałace w ogrodach, luksusowe hotele i rezydencje sąsiadują ze slumsami. Na ulicach tłumnie. Mija nas starsza kobieta w długiej białej gabi (rodzaj płaszcza zakładanego do kościoła), głowę przykrywa biały szal netala. Zachwycają nas piękne twarze o ciemnej skórze, smukłe postaci, eleganckie w ruchach, niezależnie od statusu materialnego. Po ulicach jako taksówki krążą niebieskie łady z białymi dachami i trójkołowe tuk-tuki [autoriksze]. Ich stan techniczny pozostawia nieco do życzenia...

Odwiedzamy pałac Hajle Sellasje - w otaczających go ogrodach ciągle jeszcze mieszkają lwy, symbol cesarskiej władzy, o które dziś nikt już nie dba. Widok dogorywających zwierząt jest bardzo przygnębiający.

W Muzeum Narodowym oglądamy słynną Lucy - najstarszą na świecie małpę człekokształtną znalezioną w Etiopii - ma ponad 3 mln 300 tys. lat. Nieduża, wygląda sympatycznie, jakby się uśmiechała. Podziwiamy kosztowne stroje cesarzowych i cesarzy: Menelika II - założył Addis Abebę i w bitwie pod Aduą w 1896 r. pokonał Włochów, dzięki czemu Etiopia nigdy nie została kolonią - oraz Hajle Sellasjego, próbującego modernizować kraj. Muzeum jest mocno przykurzone i atmosferą przypomina czasy PRL-u.

Po dwóch dniach opuszczamy zatłoczoną stolicę, kierując się na południe. Po obu stronach drogi sawanna z rzadka porośnięta akacjami. Krajobraz wypalony słońcem, prawie płasko - jesteśmy na wysokości ponad 2 tys. m. Szybko okazuje się, że szosa w znacznie mniejszym stopniu należy do pojazdów niż do zwierząt i ludzi. Owiec, osłów, mułów, beżowych krów, kóz, koni. Poboczem dumnie kroczą Etiopczycy, na ogół boso, trzymając na ramionach kije z tobołkami - piechotą pokonują dziesiątki kilometrów. Kobiety z koszami na głowach, z dziećmi w chustach na plecach, poruszają się zwinnie jak gazele. Dzieci idące do szkoły, ubrane w zielone, fioletowe, pomarańczowe bawełniane mundurki, na nasz widok machają i uśmiechają się. Co chwila się zatrzymujemy, bo... zwierzęta, dzieciaki, dyskusje na środku drogi.

Po kilku godzinach dojeżdżamy nad jezioro Langano, jedno z nielicznych miejsc w Etiopii, gdzie można bezpiecznie się kąpać. Anglicy nazywają je "cup of tea" - woda ma kolor herbaty z mlekiem, ale kąpiel jest wspaniała. Tuż przy nas usadowiły się pelikany, nieco dalej widać hipopotamy. Sylwestrową kolację jemy w restauracji zbudowanej na drzewie na wysokości pierwszego piętra. Towarzyszą nam jedynie pawiany skaczące po konarach w poszukiwaniu ulubionych fig (domek stoi w małpim gaju). Gdy wracamy do naszego domku, rozłożona przed nim rodzina guźców niechętnie ustępuje z drogi.

***

Po powrocie do Addis Abeby wynajmujemy przewodnika z jeepem. Zamierzamy jechać na północny zachód, następnie na północ i wschód kraju. Plan ambitny - mamy 10 dni, a ponad 80-milionowa Etiopia, którą zamieszkuje więcej niż 80 różnych grup etnicznych, rozciąga się na przestrzeni ponad miliona kilometrów kwadratowych...

Nasz przewodnik Tesfaye ma 32 lata, narzeczoną, nieźle zarabia jak na tutejsze warunki. Chce nam pokazać każdą roślinę, zwierzę i ptaka, a zna się na tym znakomicie. Orły, tukany, święte ptaki ibisy, drzewa eukaliptusowe, kawowce i przede wszystkim tef. Ta jasnożółta trawa jest podstawą wyżywienia Etiopczyków (u nas nazywa się miłka abisyńska, rośnie pod Białymstokiem). Ziarenka tefu zalewa się wodą i zostawia do fermentacji. Z ciasta piecze się indżerę - cieniutkie, duże placki o kwaskowatym smaku. Chcemy zobaczyć, jak się je robi i jak mieszkają Etiopczycy. Wzdłuż szosy stoją niewielkie, okrągłe lub prostokątne lepianki, o szkielecie z drewna eukaliptusowego, kryte słomą albo blachą. Przed jedną z nich młoda kobieta przygotowuje indżerę. Zatrzymujemy się i Jina zaprasza do środka. Mieszka z mężem i trójką dzieci w chatce, która ma ok. 10 m kw., z tego część zajmuje sklepik z żywnością. Jedyne sprzęty to łoże i dwie ławy do spania, na ścianach kilka obrazków, fotografie, kalebasy (wielkie tykwy na wodę), na sznurku suszy się bielizna. Nie ma szafy ani stołu, jedzenie przygotowuje się na zewnątrz. W głębi otwarte przejście do malutkiej obórki dla owiec i kóz, duże zwierzęta (krowy, wielbłądy) pozostają na zewnątrz, pod drzewami. Etiopczycy są narodem pasterskim. - Nawet podczas klęski głodu nie zjadali swoich stad, najwyżej je sprzedawali - zapewnia Tesfaye.

***

Przez potężne góry w kolorze ochry, poprzecinane kanionami, dojeżdżamy prawie do źródeł Nilu Błękitnego, które w końcu XVIII w. odnalazł Szkot James Bruce. Po godzinnym marszu w prażącym słońcu docieramy do imponującego wodospadu. Jest jakby przydymiony, zawsze pojawia się przy nim tęcza. Nieco dalej rzeka wpada do Tany (największego jeziora w Etiopii), następnie skręca w stronę Sudanu, gdzie łączy się z wielkim Nilem. W miejscu ich połączenia żyją hipopotamy. Udaje nam się zobaczyć tylko ich łby - może to i lepiej, bo wbrew poczciwemu wyglądowi to bardzo niebezpieczne zwierzęta.

Na 37 wysepkach i brzegach jeziora przez wieki wznoszono klasztory. Wynajmujemy niewielką zdezelowaną motorówkę i po godzinie szczęśliwie docieramy do pierwszego z nich. Niewielki, okrągły, drewniany kościół św. Jana stoi na półwyspie. Wewnątrz, jak w każdej etiopskiej świątyni, w najświętszym miejscu przechowuje się kopię Arki Przymierza (Etiopczycy twierdzą, że jej oryginał znajduje się w starożytnym Aksum, strzeżony przez mnicha - i nikt poza nim nie ma prawa oglądać świętej skrzyni, w której przechowywano mojżeszowe tablice z Dziesięcioma Przykazaniami). Przed wejściem do kościoła należy zdjąć buty. Ściany od góry do dołu pokrywają malowidła, jak komiks ilustrujące krok po kroku historię zbawienia - Bóg Ojciec, Chrystus i Duch Święty to trzy identyczne osoby. Uderza czystość i intensywność kolorów, gdyż malarze używali naturalnych barwników, tworząc na płótnie, które z czasem na trwałe przywarło do podłoża. W skarbcu mnisi przechowują liczące kilkaset lat księgi pisane na koziej skórze w starożytnym języku gyyz, używanym jeszcze tylko w liturgii. Zabudowania klasztorne toną w kawowcach, drzewach mango i papajach, na brzegu jeziora rosną papirusy (dziś służą jako budulec).

Szybko przestajemy się bać podejrzanych z wyglądu jadłodajni - zamiast podłogi klepisko, na nim zeschła trawa, z boku mężczyzna oprawia wiszący na haku ogromny połeć mięsa. Po chwili dostajemy pyszną indżerę z różnymi mięsami i sosami. Jemy jak Etiopczycy, z jednego wielkiego talerza, odrywając rękami kawałki placka i wzajemnie się nimi częstując. Pijemy tej - świetne lokalne wino zrobione na miodzie, cierpkie w smaku, schłodzone, bardzo orzeźwia.

***

Jadąc dalej, zatrzymujemy się w niewielkiej osadzie Tariya, przy szkole. Podobnie jak większość domów wokół zbudowana jest z błota, ale pomalowana na błękitno. Obstępują nas dzieci, dyrektor chętnie pokazuje klasy z ławkami ufundowanymi przez organizację charytatywną. Od początku uczą się amharskiego (język oficjalny) i angielskiego, matematyki, techniki, przyrody. Nie mają książek, jednym zeszytem i długopisem dzieli się całe chodzące do szkoły rodzeństwo. Klasy liczą po 45 osób. - Najważniejsze, żeby dzieci przychodziły do szkoły, a nie zostawały pilnować bydła - mówi nauczycielka. Zabieramy dyrektora do pobliskiego miasteczka, gdzie kupujemy zeszyty i długopisy dla dwóch klas za równowartość stu złotych. W zamian dzieci wysłuchują krótkiej opowieści o Polsce.

Przed nami Lalibela, najsłynniejsze etiopskie miasto sanktuarium. Droga wiedzie przez góry. Mijamy tłumy pielgrzymów w długich, zszarzałych od kurzu, niegdyś białych, szatach. Wędrują boso, kilkadziesiąt, a nawet kilkaset kilometrów.

To tutaj król Lalibela miał sen nakazujący mu wykuć w skałach "drugą Jerozolimę", by jego ziomkowie nie musieli pielgrzymować do Ziemi Świętej. Dziesięć kościołów (a właściwie jedenaście, gdyż jeden jest podwójny) z XII i XIII w. połączonych długimi wąskimi tunelami to dzieło 60 tys. budowniczych. Wydrążone w blokach bazaltu, monolityczne albo z dwóch skał, o oknach w kształcie krzyża, z płaskorzeźbioną dekoracją - jeden z cudów świata. Zwiedzamy wszystkie: św. Jerzego, Zbawiciela, Emanuela (dla rodziny królewskiej, z osobnymi pomieszczeniami na żywność), podwójny św. św. Rafała i Gabriela i najwspanialszy - Matki Bożej, cały w kształcie krzyża. Wewnątrz są prawie puste, jeśli nie liczyć tysięcy pielgrzymów, którzy koczują w nich już od wielu godzin, by zapewnić sobie najlepsze miejsca na dzisiejszą wigilijną noc. Jest 6 stycznia, u nas Trzech Króli, w Etiopii wigilia Bożego Narodzenia. Gdy wracamy tu wieczorem na nocne czuwanie, nieprzebrany tłum białych postaci z płonącymi świecami w ręku wypełnia każdy centymetr przestrzeni. Przewodnik toruje nam drogę, trzymamy się za ręce i mozolnie przedzieramy się przez ciżbę pielgrzymów. Chwilami stoimy na brzegu wysokiej stromej skały, jedna noga ma oparcie, ale druga już nie... Kilka lat temu ktoś spadł z tego miejsca i się zabił.

Dziewczyna zaprasza, żebym usiadła na jej tobołku. Widok zapiera dech! Kilkudziesięciu księży ubranych na biało i mnichów w złotych szatach modli się, tańcząc. Poruszają się powoli do przodu, później w tył, wybijając rytm sistrami (metalowymi kołatkami) i laskami. Najwyżsi rangą mają aksamitne parasole wysadzane drogimi kamieniami. Co pewien czas włączają się śpiewem i klaskaniem kobiety. Muzykę i wszystkie instrumenty (sistrum, laski, obciągnięty zwierzęcą skórą nieregularny bęben kebero) stworzył w VI w. św. Yared. Od tej pory w tym obrządku nie zmieniło się nic albo bardzo niewiele. Jesteśmy u zarania chrześcijaństwa.

***

Z północy Etiopii chcemy przenieść się na wschód, do regionu rzadko odwiedzanego przez turystów. Mamy już niewiele czasu, więc decydujemy się na samolot. Lecimy nad górami Semien nazywanymi "dachem Afryki". Z okna samolotu wyglądają jak rozciągnięta gigantyczna skóra hipopotama. Prawie nagie, porowate, wielkie połacie skał wyglądają, jakby ktoś olbrzymim nożem odciął ich górną część. Powstałe w ten sposób płaskie powierzchnie rozpościerają się niczym dach na przestrzeni ponad dwustu kilometrów.

Lądujemy w Dire Dowa. Miasto jest urocze, ulice wysadzane platanami, kawiarenki noszą francuskie nazwy. Niegdyś mieszkało tu wielu Francuzów i do dziś widać wyraźne ślady ich bytności. Główną atrakcją jest lokomotywa stojąca na środku jednego z placów. Jest też niewielka stacja wybudowana przez Francuzów, podobnie jak jedyna dotąd linia kolejowa w kraju, łącząca Addis Abebę z Dżibuti (od trzech lat w remoncie).

Z Dire Dowa, po godzinie jazdy samochodem, docieramy do Hareru - miasta 99 meczetów. Pochodzi z X w., w XVI w. emir Nur otoczył je murami. Dziś ma ponad 200 tys. mieszkańców. Błękitne, seledynowe, cytrynowe domy (często w kilku kolorach naraz), na ulicach wielobarwny tłum. Kobiety w wielokolorowych, jaskrawych strojach potrząsają brzęczącą biżuterią.

Targ pierwszy, drugi, trzeci, kolejny... Z warzywami i owocami, mięsny chrześcijański, mięsny muzułmański, z nielegalnymi towarami chińskimi (przypływają do Dżibuti, gdzie odbywają się wszystkie transakcje), wreszcie największy - z chatem [czuwaliczką jadalną], miejscowym dopalaczem. Liście, trochę większe od brzozowych, żują mężczyźni, kobiety i dzieci. Gigantyczny interes zatacza coraz bardziej przerażające kręgi. Nie opłaca się już hodować bananów, papai czy mango, jeśli sprzedając narkotyzującą roślinę, która rośnie wszędzie, można zarobić kilka razy więcej.

W Harerze schronił się po ucieczce z Paryża francuski poeta Jean Arthur Rimbaud (1854-91). Przed jedenastu laty z pomocą Francji powstało w mieście muzeum jego imienia. Można w nim zobaczyć listy i fotografie autorstwa Rimbauda, a z tarasu podziwiać wspaniałą panoramę miasta.

Wieczorem wychodzimy poza mury Hareru. Na podwórku niewielkiego gospodarstwa, u boku miniaturowego meczetu widzimy brodatego mężczyznę, który niesie wiadro z ochłapami surowego mięsa. Stawia je na ziemi i nawołuje. Po chwili jedna po drugiej przybiega kilkanaście hien. Mężczyzna gołymi rękami podaje im jedzenie. Dajemy się namówić i też zbliżamy się z mięsem na patyku. Mają przerażające pyski i iskrzące oczy, ale beżowa cętkowana sierść jest tak puszysta i piękna, że w ostatniej chwili cofam rękę, którą chciałam pogłaskać jedną z nich.

To najbardziej niesamowita atrakcja Hareru. Co noc ten człowiek karmi hieny kilkoma wiadrami mięsa, żeby zwierzęta nie weszły do miasta, by szukać pożywienia.