Kambodża. Wizyta w Phnom Penh

Dawno nie spotkałem tak uprzejmych i wesołych ludzi, nawet z pokolenia, któremu buciory Pol Pota podeptały młodość
640 lat temu nad Mekongiem spacerowała dama (mniszka?). Widząc na wodzie olbrzymi pień koki, postanowiła go wyłowić. W środku były posążki Buddy, co uznano za bardzo pomyślny znak i postanowiono upamiętnić usypaniem wzgórza. Od imienia znalazczyni nazwano je Phnom Daun Penh - Górą Pani Penh, co przylgnęło potem do nazwy miasta - uprzednio Krong Chaktomuk, czyli "miasto o czterech twarzach", bo zbiegające się tu wody Mekongu, Bassac i Sap utworzyły wielki znak X, dzieląc ziemię na cztery części.

Dziś na 27-metrowym wzgórzu stoi świątynia, a w białej stupie spoczywają szczątki XV-wiecznego władcy Ponhea Yat, który przeniósł tu stolicę z Angkor Thom. To najstarsza budowla miasta. W niewielkim parku wokół kopca natkniemy się na astrologów, geomantów i wszelkiej maści wróżbitów, którzy pomogą ustalić odpowiednią datę ślubu albo początku podróży, doradzą w interesach. Można kupić ptaszki i puścić je wolno - dzięki takiej ofierze spełnią nasze życzenia. Szczęście przynosi też podobno karmienie małp, które czasami biorą nasz los (a raczej jedzenie) w swoje łapy, bez pytania o zgodę. Podobne cudotwórcze działanie ma przejażdżka na słoniu. Wizyta w tym miejscu przyniesie nam same korzyści!

Ulice Phnom Penh

Wyskakuję z autobusu prosto w ludzkie mrowisko, które rozstępuje się tylko na dźwięk klaksonów, turkot motorów i riksz, pokrzykiwania straganiarzy pchających wielkie drewniane wozy pełne towarów. Choć wydaje się, że w tym wszystkim nie ma składu i ładu, to jednak to funkcjonuje, napędzane ludzką energią, smykałką do interesów i sporą dawką instynktu samozachowawczego.

Trudno uwierzyć, że niecałe pół wieku temu ulice Phnom Penh były kompletnie puste, żaden dom nie odbijał żadnego dźwięku, w powietrzu nie unosił się żaden kuchenny zapach. Miasto umarło, bo Czerwoni Khmerzy wygnali mieszkańców na wieś. Jedynie warkot wojskowych ciężarówek zwożących skazańców do więzienia S-21 przerywał od czasu do czasu grobową ciszę. Grobową dosłownie - tylko kilkorgu z torturowanych tam 14 tys. ludzi udało się przeżyć, resztę dobijano w Choeung Ek, na "polach śmierci".

Młody ryksiarz z szerokim uśmiechem zaprasza mnie do środka pojazdu. Po chwili stajemy się częścią wielkiego ludzkiego strumienia na tysiącach kół. Nie widać jego początku ni końca. Chłopak co chwila ogląda się przez ramię i radośnie pokazuje śnieżne zęby. Przed przyjazdem do Kambodży uprzedzano mnie, żebym uważał, bo "z pewnością będą chcieli cię oszukać albo nawet okraść". Nic takiego mnie nie spotkało. Wręcz przeciwnie - dawno nie miałem do czynienia z tak uprzejmymi i wesołymi ludźmi, nawet tymi z pokolenia, któremu buciory Pol Pota podeptały młodość. Może tylko opieszałość Kambodżan przekracza czasami europejskie normy, ale... komu chciałoby się spieszyć w taki upał?!

Przejeżdżamy przez dzielnicę pełną chińskich sklepików i knajp, z nieodłącznymi "hot potami". "Hot pot" to podgrzewana od dołu miska z rosołem (często wielka misa wciśnięta w otwór w stole), do którego wrzuca się zamówione składniki: warzywa, grzyby, mięso. Rosół może być łagodny albo tak pikantny, że zapałka przyłożona do ust zapali się od oddechu.

Nie tylko Chińczycy wywarli wpływ na tutejszą kuchnię. Ryż na sypko Kambodża pożyczyła od Tajów, makarony (sojowe, ryżowe, maniokowe), sposób przyrządzania surowych lub kiszonych sałatek i sos rybny od Wietnamczyków. Birmańczycy sprezentowali jej wieprzowinę w sosie curry, z odrobiną imbiru, kurkumy i tamaryndu, kuchnia laotańska - chilli. Mnie najbardziej smakowała zupa z tofu i warzywami ugotowana w mleku kokosowym i podawana w jego wielkiej skorupie. Wielkie mniam, mniam! A wielkie brrrrrrrrrrrrrr powinno się rozlegać na widok tzw. ciepłych portretów, czyli zwierząt, które wygrzebuje się z ziemi, albo strąca z drzew i gotuje żywcem!

Wychylam głowę z rikszy, by pomachać do buddyjskiego mnicha na motorze (papieros w ustach). Oglądam się za kobietą, która z niezwykłą gracją taszczy na głowie wielki kosz pełen zielonych pęków lotosu (bardzo smaczne ziarna). Nie mogę wyjść z podziwu nad ilością luksusowych lexusów - wśród niedużych tuk tuków wyglądają jak wielkie karety z zupełnie innej bajki. Rzucają się w oczy zwoje kolczastego drutu rozpięte na wysokich murach otaczających niektóre wille.

Skręcamy w boczną uliczkę. W jednej z bram staruszka rozpala ogień pod paleniskiem, a jej wnuczka czyści wielki wok. Zbliża się pora kolacji. Wreszcie zajeżdżamy pod skromny hotelik. Zamawiam bagietkę z warzywami (wpływ francuskich kolonizatorów), biorę prysznic i zasypiam utulony sączącym się z telewizora słodkim kambodżańskim popem.

***

Phnom Penh jest nieprzerwanie stolicą kraju dopiero od 1866 r. (przedtem było nią także, ale jedynie przez 73 lata - 1432-1505), kiedy zbudowano obecny pałac królewski. W skład kompleksu wchodzi m.in. słynna Srebrna Pagoda z posążkiem Szmaragdowego Buddy, która zawdzięcza nazwę pięciu tysiącom srebrnych płytek pokrywających podłogę. Obecny król Kambodży Norodom Sihamoni to postać niezwykle ciekawa. Dorastał w Czechosłowacji, bo jego ojciec flirtował z komunistami. Studiował tam balet i choreografię. Jest też dyplomowanym reżyserem filmowym - ten szlif zdobył z kolei w Korei Północnej. Ale państwem faktycznie rządzi premier. Król może zatem poświęcać swój cenny czas tańcu apsara (był przez wiele lat nauczycielem tańców klasycznych w Paryżu). Poza tym chyba nie pozostawi po sobie potomka, bo, jak mawiają Kambodżanie, "kobiety darzy miłością raczej siostrzaną". Ale poddani za bardzo się tym nie przejmują, bo monarchia nie jest dynastyczna - króla wybiera Rada Koronna.

Pewnie bardziej obchodzi ich to, by mieć co włożyć do garnka (na wysypisku Stung Meanchey jedzenia szukają dorośli i dzieci), posiedzieć w knajpce z rodziną i przyjaciółmi, no i (jak wszędzie na świecie), żeby nie tracić zdrowia. Dlatego na stadionie, wybudowanym w latach 60. XX w. na Igrzyska Azjatyckie (które się nie odbyły), spotkałem tylu ćwiczących ludzi, młodych i starszych. Grali w piłkę, biegali wzdłuż ławek na trybunach albo tańczyli na koronie stadionu.

Bardzo ruchliwe są też targowiska. Psar Thmei to niezwykła budowla w stylu art déco, wyglądająca jak wielki statek kosmiczny. W czasie mojego pobytu była w remoncie, dlatego teren wokół oblepiały stragany z ubraniami, zegarkami, kalkulatorami, srebrem, złotem, a najczęściej tym, co je udawało. Gwarny do granic wytrzymałości jest Psah Chas. Można tu kupić owoce, warzywa, ubrania, dewocjonalia i tysiące innych rzeczy. Wybrałem się tam pod wieczór, kiedy sprzedawcy zaczęli także pichcić i sprzedawać jedzenie.

Na koniec zostawiłem sobie Psah Toul Tom Poung, przezwany "rosyjskim targiem" (nie mylić z Psar O Russei). Miejsce wyróżnia się chyba tylko tym, że liczba produktów podejrzanego pochodzenia na jednym metrze kwadratowym jest pewnie w ścisłej światowej czołówce. Na pewno oryginalne są kramy - kraciaste, bawełniane chusty, które chronią Kambodżan przed słońcem i kurzem. Są tak popularne, że stały się symbolem ich przynależności narodowej.

Wracając z Psah Toul Tom Poung przeciąłem bulwar Mao Zedonga. Widać Kambodżanie nie uporali się jeszcze i z upiorami obcego chowu. Niech zrobią to jak najszybciej, bo inaczej stabilizacja polityczno-gospodarcza okaże się tu tak samo trwała jak torba, którą kupiłem. Rozleciała się po dwóch dniach!