Bądź IN: Lizbona

Jej imię błąkało mi się po głowie od lat. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że Lisboa znaczy po prostu miła zatoka. Gdy się tam znalazłem, zrozumiałem, że to określenie nie jest na wyrost.
IN - 20 miast w nowej, wyjątkowej serii - kolejny tom co piątek! Zamówisz w Kulturalnym Sklepie>>

Lizbona Intro: Rafał Bryndal

Jej imię błąkało mi się po głowie od lat. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że Lisboa znaczy po prostu miła zatoka. Gdy się tam znalazłem, zrozumiałem, że to określenie nie jest na wyrost. Kusiła tak bardzo swoim egzotycznym i poetyckim wydźwiękiem, że za każdym razem czułem duże podniecenie na samą tylko myśl o tym, że mogę kiedyś poznać ją bliżej. Towarzyszyło mi ciągłe przeświadczenie, że mogę dzięki niej odnaleźć spokój i przyjemność.

Przez całe lata Lizbona wydawała mi się nie do zdobycia. Brakowało czasu, możliwości, odwagi i determinacji, by dać się jej uwieść. Czasami była odległa jak piękna gwiazda filmowa, do której wzdychamy po każdym filmie. Pocztówki z jej widokiem zachęcały nieustannie do rzucenia się w jej objęcia. Na widokówkach dominowała panorama miasta, które widziane z zamku Świętego Jerzego zbudowanego jeszcze przez Maurów robi urzekające wrażenie.

Był to tak sugestywny widok, że zacząłem o Lizbonie śnić nie tylko po nocach. Zacząłem o niej zbierać informacje i drżałem z podekscytowania, że mógłbym kiedyś pojechać Elevador de Santa Justa, czyli windą z 1902 r. zaprojektowaną przez Raula Mesniera, ucznia samego Gustawa Eiffela, aby połączyć Baixa z wyżej położoną częścią miasta. Cieszyłem się na samą myśl, że mógłbym podziwiać, stojąc nad Tagiem, najdłuższy most w Europie, któremu jak wielu rzeczom w Lizbonie nadano imię Vasco da Gamy.

W końcu gdy nastąpił ten moment, poczułem jedno z najwspanialszych życiowych spełnień. Było to pełne zmysłowych przeżyć zbliżenie, które nie dość, że sprostało wszelkim oczekiwaniom, to jeszcze przerosło moje wyobrażenia. Gdy stałem w centrum na Rossio, czyli na placu Króla Piotra IV, miejscu spotkań lizbończyków, czułem, że to miasto jest wymarzonym miejscem na ziemi. Ma w sobie wszystko, czego oczekuję od prawdziwej miłości. Jest piękne, ale nie w jarmarcznym znaczeniu, w którym standardy wyznacza kolorowa prasa i odpustowy gust. Wystarczy się przejść uliczkami najstarszej lizbońskiej dzielnicy Alfamy, by zrozumieć, że jej urok zawiera się w zmysłowych zakamarkach, do których trafić mogą w zasadzie wszyscy, ale w pełni docenić tylko nieliczni. To właśnie ta część miasta przetrwała niemal w całości najbardziej druzgocące trzęsienie ziemi w 1755 roku. Jej ukryte walory przypominają stary klejnot, który lata świetności ma już za sobą, jednak ciągle robi wrażenie na osobach obdarzonych odpowiednią wrażliwością. Takie wrażenie robi wyłożona mozaikowym brukiem Rua Augusta, która jest popularną turystyczną promenadą dzielnicy Baixa.

Bogactwo widoków, na jakie co chwilę trafiamy, sprawia, że jak z najbardziej wspominaną kochanką człowiek nie jest w stanie się znudzić. Ma przy tym klasę, dumę i melancholię, jaką mają w oczach potomkowie Vasco da Gamy, tęskniący za czymś, co nieuchwytne, co pociągające, co znalazło kiedyś odzwierciedlenie w poszukiwaniach nowych nieznanych lądów. Mimo że teraz w zasadzie nie ma już czego odkrywać, to jednak ta tęsknota w nich pozostała. Gdy człowiek pojedzie kultowym lizbońskim tramwajem do dzielnicy Belem, skąd wypływali wszyscy wielcy odkrywcy, to oczami wyobraźnie może zobaczyć te chwile, kiedy opuszczali miasto z tęsknym oczekiwaniem czegoś nowego, Wystarczy posłuchać tylko najbardziej autentycznego fado, by to zrozumieć.

Nigdy mnie do tej pory nie zawiodła i zawsze daje mi to, czego można oczekiwać od namiętności swojego życia. Gdy obcuję z nią, nie pragnę być za żadne skarby nigdzie indziej. Tylko tam kawa smakuje tak cudownie, szczególnie w legendarnej kawiarni A Brasiliera przy Rua Garret 120. Właśnie tam można usiąść przy kamiennej postaci jednego z najwybitniejszych portugalskich poetów Fernando Pessoi i w refleksyjny sposób obserwować życie. Właśnie za to kocham Lizbonę, za jej melancholijny nastrój.

Nic więc dziwnego, że do dzisiaj każdy kontakt z nią wywołuje u mnie dreszcz emocji, ilekroć tylko po wylądowaniu na lotnisku zaczynam po raz kolejny zakochiwać się w Lizbonie. Wcale nie przeszkadza mi w tym to, że nie przepadam za dorszem - narodową potrawą Portugalii. Dorsz jest tak bardzo utożsamiany z tym krajem, że niektórzy myślą, iż najpopularniejszym zespołem portugalskim jest The Dorsz.

***

Its name had been buzzing in my head for years. At the time, I did not yet know that Lisboa simply means "pretty bay." Once I got there, I realized that this is no overstatement. It tempted me with its exotic and poetic ambiance, so much so that I felt giddy with excitement at the mere thought of one day getting to know it better. It was accompanied by the underlying belief that it will help me find peace and joy.

For years, Lisbon seemed unconquerable to me. I lacked the time, possibility, courage and determination to let myself be seduced by it. At times, it was distant - like a beautiful movie star we long for after each film. Postcards with its image were a encouragement to throw myself into her arms. These illustrations were dominated by a panoramic view of the city, which - seen from the St. George's Castle, built by the Moors - leaves a lasting impression.

The view was so evocative that I began to dream of Lisbon, and not only at night. I started to gather information on the city, and I felt a rush of excitement that I could one day travel on the Elevador de Santa Justa - an elevator designed by Raoul Mesnier, a pupil of Gustave Eiffel himself, and built in 1902 to connect Baxia with the elevated part of the city. I was overjoyed at the thought that I could stand over the Tagus river and admire the longest bridge in Europe, which - like so many things in Lisbon - is named after Vasco da Gama.

When that day finally came, it was one of the most fulfilling moments of of life. It was a close encounter of the most sensual kind, which not only met all my expectations, but even outgrew my wildest dreams. Standing in the city centre at the Rossio - or King Peter IV square, a favourite meeting place for Lisboners - I felt that the city is the best place on Earth. It has everything you may expect of a true love. It is beautiful, but not in the rustically festive sense, with standards set by the tabloid press and indulgent tastes. All you have to do is walk down the streets of Lisbon's oldest district - Alfama - to realize that its charm lies in its sensual recesses: available to all, but fully appreciated only by the chosen few. This part of the city survived the devastating earthquake of 1755 almost entirely intact. Its hidden virtues are reminiscent of a forgotten gem whose glory years are long gone, but which never fails to make an impression on those with the right eye. The mosaic-lined Rua Augusta, Baixa's popular tourist promenade, leaves precisely this kind of impression.

The wealth of views surrounding us at any given moment means that - like with the most remembered mistress - one is unable to become bored with it. At the same time, she has the class, pride and melancholy of the descendants of Vasco da Gama who long for that elusive and appealing end once reflected in the quest for new and undiscovered lands. And though there is no longer much left to discover, the yearning has remained. When taking the cult Lisbon tram to the Belem district, from where all of the great explorers set out, our imagination projects the moments when they left the city to search for that novelty. Just listen to a morsel of authentic fado and you'll immediately understand.

It has never disappointed me and it always provides me with all that I can expect from its passionate life. When I am there, I would not give up it up for anything else. It is only here that the coffee tastes so good, especially in the legendary cafe A Brasiliera at 120 Rua Garret, where you can sit down next to the stone statue of one of Portugal's grandest poets, Fernando Pessoa, and contemplate life. This melancholic mood is the very reason why I love Lisbon.

No wonder that, until this day, any contact with the city makes me tremble with excitement. Every time I land at the airport, I fall in love with Lisbon all over again. And it doesn't bother me one bit that I do not fancy cod, Portugal's national dish. In fact, cod is identified with the country to such an extent that some people actually think that the most popular film in Portugal is The Codfather.


Kolekcja przewodników IN



IN Miasta - to seria nowoczesnych, dwujęzycznych (polsko-angielskich) poradników dla podróżnika, poszukującego oryginalnych i nietuzinkowych miejsc.

W 20 tomach prezentuje 20 miast świata i to, co najlepszego mają do zaoferowania. Oprowadza po najmodniejszych klubach. Otwiera drzwi lokali, które nie dla każdego są dostępne. Wie, które sklepy są na topie i radzi, jak i jakie robić w nich zakupy; które galerie są najbardziej ekstrawaganckie i kogo w nich można spotkać. Wskazuje najlepsze hotele, restauracje, kafejki i bary. Pokazuje prawdziwe życie wielkich miast, ich puls i rytm. Żadnych zabytków, historii, nudnego zwiedzania. Tylko praktyczne porady: ceny, godziny otwarcia, adresy, nazwy. Wszystko sprawdzone i z ostatniej chwili.

Kolekcja obejmuje następujące tomy. Co piątek ukazuje się nowy.

1. IN Barcelona

2. IN Praga

3. INMediolan

4. IN Paryż

5. IN Amsterdam

6. IN Bruksela

7. IN Antwerpia

8. IN Berlin

9. IN Marrakesz

10. IN Madryt

11. IN Tel Awiw

12. IN Stambuł

13. IN Budapeszt

14. IN Rzym

15. IN Lizbona

16. IN Wiedeń

17. IN Kopenhaga

18. IN Sztokholm

19. IN Nowy Jork

20. IN Londyn

Pojedyncze tomy lub całą kolekcję przewodników IN w promocyjnej cenie kupisz w Kulturalnym Sklepie