Podróż dookoła świata: Argentyna - boskie Buenos Aires!

Na końcu podróży przybiliśmy do Buenos Aires. Zanim jednak zatańczyliśmy pożegnalne tango, spędziliśmy święta w argentyńskim stylu i wkroczyliśmy na (muzealne ) salony najbogatszych Portenios.
Wielkanocne barbecue i śmigus dyngus na sucho

Choć święta przypadają na koniec jesieni, Argentyńczycy bynajmniej nie trwają pogrążeni w smutku. Ciepła, słoneczna pogoda nastraja pozytywniej niż mroźna obecnie polska wiosna. Świętuje się od piątku do niedzieli. Nikt jednak nie jest przymuszany ani do przestrzegania postu ani do późniejszego leniuchowania. Jeśli chce w tym czasie spacerować w supermarkecie, popić w barze, a w końcu potańczyć w dyskotece, wszystkie przybytki czekają na niego z otwartymi drzwiami.

Piątkowe drogi krzyżowe w Buenos Aires mają charakter lokalny bez religijnej żarliwości obecnej na przykład w regionie Missiones. Brakuje również zwyczaju święcenia potraw, więc Argentyńczycy nie mają żadnego pretekstu, aby w Wielką Sobotę choć zbliżyć się do kościoła. Niedziela jest za to okazją do wielogodzinnego biesiadowania w rodzinnym gronie. Ze spokojnym sumieniem można wyciągnąć mięso z lodówki i wrzucić je na rozgrzanego grilla. Karkówki, boczki, kurczaki i kiełbaski prezentują całą paletę wielkanocnego barbecue. Po obiedzie gospodarz domu w obecności wszystkich gości rozbija przyniesione przez nich czekoladowe jaja, szukając w środku ukrytej niespodzianki (najczęściej w postaci dodatkowych słodyczy). W argentyńskim stylu dzień kończy się na obowiązkowym wspólnym piciu mate.

Poniedziałek jest już zwykłym dniem roboczym, któremu nie przypisuje się żadnych specjalnych obchodów. Nie mogliśmy jednak na obcej ziemi zaniechać polskich tradycji i podczas śniadania chlusnęliśmy naszym gospodarzom prosto za koszulę szklanką zimnej wody. Spotkaliśmy się z zaskoczeniem, ale na szczęście nie z odwetem.

Tajemnicze szepty w Palacio de Paz

Kiedy Argentyna stała się ziemią obiecaną, bogaci gauchos zjechali do Buenos Aires w karetach pokrytych wiejskim błotem. Pragnąc odróżnić się od swoich prymitywnych przodków, przypisali sobie nazwę Portenios - mieszkańców portowego miasta. Nowe rezydencje zaczęli budować na wzór największych osiągnięć francuskiej, czy włoskiej architektury.

Jose C.Paz pod koniec życia widział siebie w roli prezydenta Argentyny. Kampanię wyborczą zaczął od budowy pałacu, aby przekonać innych, że będzie miał gdzie mieszkać po objęciu najwyższej funkcji w państwie. Nie doczekał się wyborów, co gorsza nie zobaczył również nigdy ukończonej budowli. Zmarł w Monte Carlo pozostawiając rezydencję nielicznej rodzinie. Przez następnych dwadzieścia pięć lat sześć osób zamieszkiwało jedno piętro z czterech dostępnych i miało do swojej dyspozycji sześćdziesięcioosobową służbę. Mimo to żaden z gości nigdy nie widział przechadzającego się po domu lokaja. Pomiędzy pokojami zbudowano przejścia, którymi jak duchy poruszali się służący, aby zjawić się na rozkaz i równie szybko zniknąć. Z powodu braku telefonów po tajemnych korytarzach szeptem krążyły wiadomości pomiędzy mieszkańcami domu.

Obecnie pałac należy do klubu oficerów, który ledwo wiążąc koniec z końcem wynajmuje sale wszystkim, których na to stać. Odbywają się tutaj wesela, firmowe przyjęcia, a nawet kabaretowe show kręcone dla telewizji. Dobrze więc, że Jose Paz nie widzi, jak po jego prezydenckim gabinecie biegają transwestyci przybrani w pawie piórka.

Dwa wieczory z tangiem

"Moje Buenos Aires - ukwiecona ziemio

Gdzie skończę swoje życie

Pod twoją opieką rozczarowanie nie istnieje

Odlatują lata, zapomina się o bólu"

Tak śpiewa Carlos Gardel o swoim mieście - matce, a my możemy tylko dodać:

"Na twoich ulicach ludzie tańczą

Historię życia zawartą w tangu"

Tango jest piękne, głębokie, smutne, wzruszające - słowem stanowi emocjonalny narkotyk, który w Buenos Aires podaje się na tacy. Uzależnić się od niego to jak popaść w jedną z najnieszczęśliwszych miłości opiewanych w pieśniach Gardela. Tango można ujarzmić dopiero po latach bolesnych niepowodzeń. Sukces w tańcu wyzwala w człowieku (podobno) jeszcze więcej ambicji, aby poprowadzić partnerkę pewniej, szybciej, precyzyjniej

Tango w Buenos Aires bezwarunkowo trzeba obejrzeć co najmniej dwa razy. Agencje turystyczne dobrze o tym wiedzą i życzą sobie za pokazy czasem kilka setek dolarów. Jeśli tylko możecie, unikajcie ich. Najlepiej na przystawkę wybrać się na Plac Dorrego w dzielnicy San Telmo, gdzie każdego wieczoru tancerze prezentują swoje umiejętności za przysłowiową wrzutkę do kapelusza. Następnie wybierzcie show, ale w mniej znanej, nastawionej na argentyńskich turystów, restauracji. Po pierwsze ceny za pokaz są trzy razy niższe (pod warunkiem, że znajdziecie tubylca, który kupi dla was bilety), po drugie tańczy się tutaj bez kabaretowych wstawek dla zagranicznych turystów.

Zapewniam was, że trzeciego dnia rankiem pobiegniecie do pierwszego lepszego sklepu muzycznego, aby zakupić w nim płyty z tangiem. Następnie wrócicie do domu i przy pierwszych dźwiękach odkryjecie namiętność przy swoim partnerze (partnerce). Uwaga jedynie na meble, szczególnie jeśli próbujecie w mieszkaniu przyjaciół.

Powrotu nadszedł czas

Trudno mi się oprzeć wielkim słowom cisnącym się na papier w tej ostatniej relacji. Wyruszyliśmy z Polski dokładnie 10,5 miesiąca temu nie mając bladego pojęcia co nas spotka, jak bardzo się przez to zmienimy i czy będziemy umieli o tym opowiedzieć. W ciągu dwudziestu pięciu napisanych tekstów poszerzył i pogłębił się obraz świata, który utkwi nam w głowach już na całe życie.

Mieliśmy podróżować przez okrągły rok, jednak z powodów prozaicznych zdecydowaliśmy o skróceniu wyprawy. Pytani przez innych oraz samych siebie, czy nie żałujemy podjętej decyzji, nie możemy dać jednoznacznej odpowiedzi. W pewnym momencie trudno znaleźć właściwy czas na powrót do domu. Człowiek gotów jest podróżować jeszcze miesiąc, rok, czy dziesięć lat. Kiedy jednak trzyma już w ręku bilet powrotny, zaczyna odliczać godziny do spotkania z najbliższymi. Żal jest oczywiście tych kilku straconych relacji, których pisanie nadało wyprawie dodatkowy sens.

Jeszcze nie skończyliśmy podróżować. Od kilku dni krążymy po rodzinnych domach, pokazujemy zdjęcia i opowiadamy, opowiadamy. Rzeczywistość za oknem (w zimowej aurze!) wydaje nam się ciągle nierozpoznana i tym samym nieobecna. Tych, którzy czytają nas po raz pierwszy, zapraszamy do lektury poprzednich tekstów. Tym, którzy towarzyszyli nam od początku, chcemy serdecznie podziękować - nic tak nie mobilizuje do lepszego pisania jak świadomość waszych oczekiwań. I to już jest koniec aż do następnej wyprawy w powiększonym składzie.

O autorach

Joanna i Grzegorz Zalescy 14 czerwca wyruszyli w roczną podróż dookoła świata. Na trasie ich podróży znajdą się: Łotwa; Rosja, Uzbekistan, Kirgistan, Kazachstan, Mongolia, Chiny (z Tybetem), Wietnam, Kambodża, Indie, Tajlandia, Birma, Malezja (z częścią na Borneo), Indonezja, Australia (tylko Sydney), Peru, Boliwia, Chile, Argentyna, Urugwaj, Brazylia. Turystyka.gazeta.pl objęła patronat nad tą podróżą.