Indie. Trekking w Ghatach Zachodnich

Miasteczko Munnar w Kerali. Codziennie, schodząc z gór, mijaliśmy zielone herbaciane pola, podziwialiśmy pracę zbieraczek.
Bazą naszego kilkudniowego, kwietniowego trekkingu w Ghatach Zachodnich było miasteczko Munnar (1800 m n.p.m.) w Kerali, kurort i centrum uprawy herbaty - pierwsze plantacje powstały jeszcze za czasów brytyjskich. Codziennie, schodząc z gór, mijaliśmy zielone herbaciane pola, podziwialiśmy pracę zbieraczek, często z nimi rozmawiając. Noszą długie gumowe fartuchy otulające ciało od szyi po kostki dla ochrony przed żmijami. Długie kije bambusowe służą im jako rodzaj poziomicy - kij kładą poziomo na krzakach herbaty i wszystkie wystające listki zbierają grzebieniem (podobnych używają nasi zbieracze jagód). Później ogromne wory pełne listków niosą na głowach do punktu wagowego. Mogliśmy tamtędy przechodzić tylko z przewodnikiem, wyznaczonymi dróżkami. Zdarzyło się, że dozorca pól nie przepuścił nas przez wcześniej wybraną drogę. Nie pomogły negocjacje przewodników - musieliśmy zawrócić. Pola herbaciane na południu należą do prywatnych właścicieli, a ponad 80 proc. upraw jest w rękach koncernu TATA prowadzonego przez bogatą i wpływową rodzinę o tym nazwisku. - Właściciele zabraniają obcym wchodzić na pola pod groźbą zwolnienia nas z pracy - wyjaśnia jeden z dozorców.

Szczyt Chokkarmudi

Trekking zaczynamy w dniu strajku generalnego w Indiach. W pośpiechu kupujemy prowiant na cały dzień, bo na wschód słońca w górach musimy wyjść znacznie wcześniej - nie chcemy zrobić łamistrajka z Mani, naszego przewodnika. Ok. 6 niebo zamienia się w paletę barw - od ciemnofioletowej do pomarańczowożółtej. Słońce zaczyna podświetlać góry, wyostrzają się granie, świat budzi się z nocnego letargu. Bajeczny widok!

Szlak na szczyt Chokkarmudi początkowo prowadzi po stromych, kamiennych i omszałych schodach, później przez las, dziki sad śliwkowy, pola trawy cytrynowej. Mani zrywa źdźbła, rozciera je, a my wąchamy, upajając się zapachem. Wchodzimy na grań. Lśniące w słońcu skały są niebezpiecznie śliskie. Osiągamy siodło, przedwierzchołek i wreszcie ok. 8 - szczyt. Choć przepyszny stąd widok na Anai Mudi (2695 m n.p.m.), w pośpiechu opuszczamy to miejsce z powodu gniazda dzikich os. Na śniadanie przysiadamy nieco niżej, chłonąc piękne widoki. W dole, nieoświetlone jeszcze słońcem, bezkresne zieloniutkie pola herbaciane. W drodze powrotnej natykamy się na stado kozic Nilgiri Tahr. Dwie z jedenastu najwyraźniej broniły swojego terytorium, wydając tak niesamowite odgłosy, że długo byliśmy przekonani, że to ktoś z nas gwizdał... Do Munnar dochodzimy w strugach ulewnego deszczu.

Plantacje przypraw

Nazajutrz wczesnym rankiem oglądamy plantację przypraw. Rośnie tu wszystko, czego używamy w kuchni. Podziwiamy pięknie kwitnącą wanilię i jej zielone strąki. Pnącza z gronami pieprzu oplatają drzewo chlebowe - zbiera się tylko zielony pieprz, a od sposobu suszenia zależy, czy będzie czarny, czy czerwony. Drzewa cynamonowe mają niesamowitą korę, którą zbiera się raz na trzy miesiące, a później ręcznie roluje. Są drzewa goździkowe i muszkatołowe. Owoc gałki podobny jest do naszej brzoskwini, a pestkę (gałkę) otacza różowa, ażurowa łupinka używana w kuchni południowoindyjskiej jako składnik curry do kurczaka. Rośnie tu też rodzaj bananowca, z którego owoców wyrabia się chipsy, a także pieprz betelowy (jego suszone liście Hindusi żują jako paan). Kardamon kwitnie na różowo i owocuje tuż przy ziemi, rosną krzewy kakaowca, kawowca, ananasy itd. Kwitnie mnóstwo dzikich orchidei, storczyków i Neelakurinji (Strobilanthes kunthiana ) - na niebiesko, raz na 12 lat, z dokładnością co do dnia i godziny!

Z ogrodu przypraw wychodzimy na szlak. Przed nami najtrudniejszy odcinek - na grań prowadzi ponad 500-metrowa stroma ściana porośnięta wysoką trawą. Trzeba iść ostrożnie, bo chwila nieuwagi i można polecieć... Potem idziemy w dół przez zdziczałe plantacje kardamonu i kawy, zatrzymując się chwilę przy opuszczonym domku na drzewie. Około południa osiągamy Savanmaley, który zdaniem Maniego ma 2500 m, a według nas 1780 m. Na szczycie schody do... nieba. Jak tu pięknie! Chcemy pobyć jak najdłużej, ale z obserwacji aury wynika, że będzie lało. I rzeczywiście, ulewny deszcz łapie nas już na herbacianych polach. Wkładamy peleryny i zmierzamy prosto do Munnar, na obiad do restauracji. Z menu wybieramy nasze ulubione paneer butter masala (indyjski ser paneer w sosie maślanym z przyprawami), alu gobhi (ziemniaki i kalafior w podobnym sosie), parippu vada (ciasteczka na ostro). Dania są pyszne i tanie - zapłaciliśmy ok. 150 rupii.

Pola herbaciane

Następnego dnia jesteśmy na trasie przed 7, bo nie chcemy zmoknąć w tropikalnym deszczu, który zjawia się z dokładnością co do kwadransa ok. godz. 14. Wyjście w góry zaczynamy w wiosce. Cudnie tu. Ludzie już wstali, przed sklepem stoi kolejka. Dziewczyna zamiata podwórko, przed domem kępa kwitnących słoneczników. Wokół świeżo założone pola herbaciane. Zamiast zielonych krzaków - malutkie sadzonki z białymi karteczkami (metryczka krzewu) z nazwą i datą zasadzenia. Nagle zamieszanie w naszej grupce - inwazja pijawek w butach. Rekordzistą jest Mario - w lewym bucie znalazł ich 9! Idąc dalej, napotykamy w zaroślach świeże ślady żerowania słoni. Na wysokości 2 m gałęzie wyglądają jak skoszone. Tarasują nam drogę, ale przedzieramy się, wypatrując wiewiórek wielkich jak lisy. Są jednak tak zwinne, że trudno je złapać w kadr. Rozpoznajemy pojedyncze drzewa dzikiej guawy.

Po tych emocjach wychodzimy na otwartą przestrzeń. Wokół zielone wzgórza, połoniny - krajobraz przypomina Bieszczady. Połoninami dochodzimy na szczyt Kanimaly, skąd mamy panoramę Anai Mudi Range, pól herbacianych i zaporowego jeziora Mattupetty, celu naszej wędrówki. Mimo upału rozsiadamy się na szczycie, robimy zdjęcia i oglądamy album Maniego ze zdjęciami i rekomendacjami naszych poprzedników. Przewodnik dostał wysokie noty - dopisujemy się, chwaląc jego wiedzę, punktualność i miłą osobowość.

Zaczynają nas obsiadać natrętne muchy - to znak, że nadchodzi burza. Powoli schodzimy. Na końcu szlaku natykamy się na rząd świątyń hinduistycznych poświęconych głównie Kali, żonie Śiwy. W kiosku Indian Snack Bar przegryzamy bardzo popularną w Kerali parippu vada i ruszamy nad jezioro Mattupetty (1700 m n.p.m.). Chcemy zamoczyć chociaż nogi. Docieramy do zapory z lat 40. XX w. i przechodzimy na drugą stronę, szukając zejścia do jeziora - nie ma. Jest za to bazarek z owocami. Arek posila się mleczkiem z kokosa, ja kupuję kilka dojrzałych mango. Śliczna sprzedawczyni w sari zamieniła mi je na mało dojrzałe - w Indiach jada się niedojrzałe owoce. Do Munnar wracamy dżipem, 13 km. Na obiadokolację umawiamy się do Royal Restaurant na ryby, podobno najlepiej tam przyrządzane. Oczywiście pada. Następnego dnia rano opuszczamy te zaskakująco piękne góry. Malowniczą drogą wśród plantacji ananasów udajemy się na południe, do Alleppey nad Oceanem Indyjskim, gdzie czeka nas całodzienny rejs łodziami po Backwaters...

Warto wiedzieć

Ghaty Zachodnie ciągną się wzdłuż zachodniego brzegu półwyspu Dekan nad Oceanem Indyjskim łukiem długości ok. 1800 km. Ich najwyższy szczyt Anai Mudi leży w Kerali, na terenie Parku Narodowego Eravikulam, od lutego do kwietnia zamkniętego dla turystów z powodu ochrony koziorożców z gatunku Hemitragus hylocrius , których okres rozrodczy przypada na wiosnę. Są górami krawędziowymi o asymetrycznym przekroju. Od strony zachodniej opadają stromą krawędzią ku wąskiej nizinie oddzielającej je od oceanu. Wschodnie stoki są łagodne, ich szczyty wieńczą połoniny, porastają je bujne lasy równikowe i monsunowe (w naturalnych warunkach rośnie tu drzewo sandałowe). Letni monsun wiejący od czerwca do września dostarcza różną ilość opadów - na zachodzie 5 tys. mm rocznie, na wschodzie 600-700. Waluta: rupia, 1 dol. = 45 rupii

www.himalaje.pl