Birma. Podróż życia

Pagan. Ani jednego turysty, autobusu, balonu, reklamy, straganu. Kompletna cisza. Zachodzi słońce. Coś absolutnie nieziemskiego...
Wszystko już było. Cieć polerujący ścierką stalowe Petronas Towers, świątynia w Bangkoku pokryta zwierciadłami, mafia w Kambodży, nocleg u króla w Radżastanie, mnich medytujący na dachu, słonie w ogrodzie, reklamówki w zatoce Bali, wypalona bombą ulica w Kucie, Mekong pełen kawy, paryskie bagietki w Laosie, czarne uzębienie tajskich góralek. Wieczna sauna, i to ciągłe: "Pani, daj dolara!". Wszędzie posągi Buddy i lśniące puszki coca-coli. Została już tylko Birma.

***

Shwe Toe ("shwe" znaczy "złoty") nosi długą spódnicę, podobnie jak większość mężczyzn w Rangunie. Absolwent fizyki, mówi po angielsku i hiszpańsku, został przewodnikiem, żeby z czegoś żyć (http://tourmyanmarservices.webs.com ). Dzięki niemu zobaczyliśmy Birmę, jakiej turyści nie widzą. Jedziemy jego srebrną furgonetką z kierownicą po prawej stronie, ruch też prawostronny. Przy wyprzedzaniu to pasażer musi sprawdzać, czy coś nie jedzie z przeciwka. - Junta wojskowa zarządziła zmianę ruchu, żeby odciąć się od czasów kolonialnych. A samochody nadal są sprowadzane z Japonii, gdzie jeździ się lewą stroną.

Odwiedzamy pagodę Shwe Dagon. Przechodzimy przez bramę i natychmiast ogarnia mnie spokój. Lubię buddyjskie świątynie - nie ma kazań, ludzie, zamiast klęczeć, siedzą, gadają, czasami coś jedzą. Powoli obchodzimy stupę i nagle - mrugający telewizor, na ekranie Budda. - To najważniejszy wizerunek Buddy w Birmie. Wierzymy, że ten posąg ma olbrzymią siłę. Tylko generałowie mają do niego dostęp. Boją się, że opozycja mogłaby coś wymodlić. Wierni swój święty posąg oglądają tylko w telewizorze. Wtedy podobno nie ma on takiej mocy (to tak jakby Jaruzelski w czasie stanu wojennego zamknął na kłódkę Czarną Madonnę i powiesił telewizor na bramie Jasnej Góry).

***

Ruszamy o świcie. Oglądamy Buddę stojącego, siedzącego, leżącego i ze szklanymi oczami. Na posiłek zatrzymujemy się w klasztorze. Nie ma żywego ducha. Bawię się z zapchlonymi szczeniakami. Nagle odzywa się gong i na ścieżce pojawiają się mnisi. Gąsienica w kolorach zachodzącego słońca wije się, rozczłonkowuje i znika w drzwiach jadalni. Idą i idą. Młodzi i starzy. Wszyscy bosi. Wszyscy łysi. - Ilu ich tu jest? - pytam po pół godzinie nieprzerwanego pochodu. - Około tysiąca sześciuset. To największy klasztor Birmy. Jemy na niskich stołach, siedząc na podłodze. Ryż, warzywa i herbata. Mnisi utrzymują się z jałmużny i codziennie spożywają całą darowiznę. Jakby nie miało być jutra.

***

Kobieta wiosłuje nogą. Stoi na końcu wąskiej łodzi, trzyma koniec wiosła ręką, a dół naciska zgiętą stopą. Płyniemy po jeziorze Inle. Nagle widzimy równo rozplanowane grządki pomidorów. Ogrodnik na łódce zbiera dojrzałe owoce. Krzewy rosną na pływających bambusowych kratownicach obłożonych żyznym mułem. Pomidory kołyszą się, gdy podpływamy bliżej. Na koniec rejsu wizyta w klasztorze. Przyjazny mnich pyta, skąd jesteśmy. - Z Polski. Wielce zadowolony wyciąga książkę o II wojnie światowej i pokazuje ruiny Starówki. Za chwilę wchodzą następni turyści. - Skąd? - Z Włoch. Mnich podskakuje z radości i sięga po książkę. Demonstruje fotografię Mussoliniego. Wszyscy ustawiamy się do zdjęcia z gospodarzem. W porównaniu z nim wyglądamy jak przerośnięci. Ale to tylko on promienieje wewnętrznym szczęściem.

***

Najmodniejsze dziewczyny noszą turbany z ręczników frotté. W dzień targowy schodzą się ludzie z całej okolicy. Najczęściej przychodzą piechotą, a towar niosą na głowach lub w nosidłach. Zamożni paradują na wozach zaprzężonych w woły. Kupuję bimber i cygara. W części z warzywami, wśród masy nieznanych mi produktów, rozpoznaję pomidory. Pewnie te z jeziora. Są przepyszne, jak u babci z ogródka. Od razu zjadamy całą torebkę, mlaszcząc z zadowoleniem. Nagle czuję, że coś jest nie tak. Cały tłum zamarł i gapi się na nas. Patrzę na Shwe Toe. Ten chichocze. - Co jest? - U nas surowe pomidory jedzą tylko świnie. Teraz śmieją się już wszyscy: elegantki w ręcznikach, dziewczynki z pomalowanymi na beżowo twarzami, bezzębni chłopi. My też śmiejemy się na głos i kupujemy następną porcję.

***

Pniemy się wyboistą drogą. Ciężarówki wyładowane pniami drzew przyciskają nas do skał. Nasz "złoty" przewodnik ma szósty zmysł i zawsze na czas wyczuje staczającego się z góry potwora. Co jakiś czas widzimy w przepaści rdzewiejącą maszynę. Dwadzieścia lat po maturze z polskiego wreszcie w pełni pojmuję "Pierwszy krok w chmurach" Hłaski. Dusimy się kurzem, siedzenia sztywnieją, wokół zgrzyt umierającej dżungli.

***

Staruszek mówi z silnym oksfordzkim akcentem. Ma ze sto lat. Za młodu służył u Brytyjczyków. - To były czasy! Birma była wtedy bogata, był porządek, można było się dorobić. Teraz wszyscy ledwo wiążą koniec z końcem. Ryż znów podrożał. Wnuczki postanowiły przyjmować turystów.

Idę przejść się po miasteczku. Kupuję zachwalany lokalny szampon. Trzeba kilka razy wcierać go w głowę, żeby się wreszcie zapienił (jak pokrzywowy ze sklepu GS). Na rogu birmański Starbucks. Ożywcze orzeszki areki obtaczane w lepkim wapnie i zawinięte w liść betelu. Pakunek należy cały włożyć do buzi, wcisnąć pod policzek i powoli ssać. Po chwili dostaję ślinotoku i wypluwam używkę. W hoteliku pijemy mocną herbatę z mlekiem, wdychając rześkie górskie powietrze.

***

Pagan. Jak to opisać? Może gdyby sobie wyobrazić, że z Krakowa wyparowały wszystkie domy, sklepy, latarnie, dorożki, a zostały tylko kościoły. Pomiędzy nimi goła ziemia i trochę drzew. Tak właśnie wygląda dziś starożytna stolica, gdzie z czasem rozsypała się drewniana zabudowa, a zostały tylko murowane świątynie. Za to jest ich tysiące, z każdej strony, po horyzont. - Generałowie ciągle dobudowują nowe, pięknie je zdobią cennymi kruszcami, stawiają posągi Buddy, przywożą dary. Mają nadzieję, że ziemskie grzechy zostaną im odpuszczone.

Siedzimy na płaskim dachu jednej ze świątyń. Shwe Toe wciąga po stromych schodkach przedszkolny stolik z abecadłem na blacie i parzy herbatę. Oprócz nas i chłopa na polu żywcem wyjętego z "Orki" Chełmońskiego nie ma nikogo. Ani jednego turysty, autobusu, balonu, reklamy, straganu. Kompletna cisza. Zachodzi słońce. Coś absolutnie nieziemskiego. Powinnam teraz wczołgać się pod ten cud chińskiej produkcji i odszczekać to, co powiedziałam. Tylko co by Shwe Toe pomyślał o tych dziwnych ludziach z Zachodu?

Tekst powstał na konkurs "Najpiękniejsza podróż mojego życia" ogłoszony przez nowojorski "Nowy Dziennik", druk tamże 23 lutego 2010 r.