Podróż dookoła świata: Borneo - w sercu dżungli

Tym razem przeżyliśmy bujny romans z obfitą przyrodą. To nie był łatwy związek, wycisnął z nas krew, pot... i jeszcze raz pot. Jeśli nie straszna wam wilgoć, pijawki, komary i trujące liście, czym prędzej ruszajcie do dżungli na Borneo.
ZOBACZ galerię zdjęć z Borneo, Kuala Lumpur i Singapuru!

Park Mulu - spacer z pijawką na nodze

Borneo . Przed nami dżungla. Ruszamy drugiego dnia po wylądowaniu w parku Mulu . Piszę "wylądowaniu", ponieważ samolot to właściwie jedyny sposób, aby się tam dostać. Cywilizacja kończy się na budynkach lotniska i siedziby parku, za bramą musimy się z nią pożegnać. Dystans do Obozu 5 jest dość krótki - przygotowawczy można powiedzieć. Pierwszą jego część pokonujemy małą, kilkuosobową łodzią, która i tak utyka na mieliźnie w płytkim zakolu rzeki. Nie ma rady - trzeba pchać, w dodatku pod prąd. Dla nas każda przeszkoda jest atrakcją, do czasu... Gdy rwący nurt zaczyna mnie odrywać od łódki, a nogi odmawiają posłuszeństwa od chodzenia boso po ostrych kamieniach, z podziwem patrzę jak nasi przewodnicy bez grymasu na twarzy sprawnie manewrują pomiędzy wystającymi z rzeki korzeniami.

Nasmarowani repelentem przedzieramy się przez dżunglę, słuchając melodyjnego śpiewu ptaków i wibrującego jazgotu cykad. Na razie idzie sprawnie. Nagle w czasie marszu czuję, że lewe udo zaczyna mnie nieprzyjemnie swędzieć. Podwijam nogawkę i widzę... wijącą się powyżej kolana pijawkę! Próby wyszarpnięcia jej ze skóry nie pomagają, im mocniej wyrywam, tym pijawka silniej wbija się w naskórek. W końcu, przy pomocy patyka, udaje mi się ją usunąć. W tej samej chwili za plecami słyszę krzyk - odwracam się i widzę Asię wywijającą, jak ja przedtem, nogą na wszystkie strony. Asia miała mniej szczęścia - jej pijawka była znacznie większa i w dodatku tygrysia, z zębami, które tną skórę aż do mięsa. Odpadła dopiero dzięki interwencji przewodnika, opita krwią na kilka tygodni życia. Wiem, że pijawki nie są jadowite, a "upuszczanie krwi" ma nawet działanie uzdrawiające. Mimo to, po tej "przygodzie", zaczynam się nerwowo otrzepywać z nieistniejących pijawek kąsających moje nogi.

ZOBACZ galerię zdjęć z Borneo, Kuala Lumpur i Singapuru!

Wspinaczka na "Pinnacles" - fitness w wersji hard

W obozie piątym, z produktów przytaszczonych na własnych plecach, gotujemy kolację. Czekamy na spotkanie z przewodnikiem, który objaśni nam plan działania na następny dzień. Wieczorem przychodzi młody, nieśmiały chłopak i z uśmiechem na ustach przedstawia wszystkim zasady: wychodzimy o 6:30 rano, spóźnienia nie wchodzą w grę - na szczycie musimy być przed jedenastą, aby zdążyć wrócić. Jeśli spadnie deszcz, nie wychodzimy w ogóle. Jeśli ktoś nie nadąży za grupą, musi wrócić na własną rękę. W nocy rozmyślam, kto z nas nie wytrzyma wspinaczki.

Po pierwszych dwustu metrach wdrapywania się po śliskich konarach drzew, jako pierwszy nadaję się do odstrzału. Na szczęście zatrzymujemy się dość często na krótki odpoczynek, co pozwala wyrównać oddech. Dzikie, rudowłose małpy przyglądają się nam bez emocji z bezpiecznego dystansu. Wspinając się wyżej, czuję się już coraz lepiej. Puszczając wodze fantazji widzę się już nawet w roli wytrawnego alpinisty. Pierwsza część zadania zostaje wykonana - przed jedenastą jesteśmy na szczycie. Pod nami rozciąga się widok dżungli poprzecinanej czterdziestometrowymi wapiennymi iglicami, zawdzięczającymi swoje unikalne piękno nieustannym deszczom.

Najostrzejszy odcinek zejścia - wymagający użycia lin i haków - pokonujemy nadspodziewanie szybko. Męczarnią staje się dopiero dwukilometrowa stroma skarpa przeorana wszerz i wzdłuż mokrymi, śliskimi gałęziami. Bardzo powoli, krok po kroku schodzimy w dół i tak nie unikając bolesnych wywrotek. W połowie drogi zaczynam mieć pewność, że zabłądziliśmy. "Niemożliwe jest przecież pokonywanie tej samej trasy tak długo" - próbuję przekonać siebie, a nawet przewodnika. Niestety - ostatecznie zejście zajęło mi sześć godzin. Bardzo sprawnym fizycznie wystarczą cztery (więc tutaj możesz się dowiedzieć, czy jesteś naprawdę "fit"), ratownikom z parku - trzydzieści minut! Na pocieszenie przewodnik przyznaje, że połowa turystów wykupujących tę wycieczkę, rezygnuje po przebyciu pierwszych dwustu metrów drogi.

ZOBACZ galerię zdjęć z Borneo, Kuala Lumpur i Singapuru!

Exodus nietoperzy z jaskini "Deer Cave"

Przy wejściu do jaskini czuję wyraźny zapach kocich sików. Nie jestem daleki od prawdy - wącham właśnie odchody dwóch milionów nietoperzy. Na ziemi z tych odchodów usypują się góry, przypominające kolorem i konsystencją zastygłą lawę. Bynajmniej nie jest ona martwa. Po zapaleniu latarki pod snopem światła uwijają się robaki, czekające na odchody jak na mannę z nieba. Darczyńcy wiszą u góry grupami, przyklejeni do skał, tworząc razem jednolite, czarne plamy.

Wieczorem, pomiędzy godziną siedemnastą a osiemnastą, nietoperze budzą się ze snu. Jeśli akurat nie pada (co w porze monsunowej zdarza się dość rzadko), wyruszają na zbiorową kolację poza domem. Najpierw małymi grupkami wylatują zwiadowcy, sprawdzić, czy nie ma zagrożeń w postaci czyhających jastrzębi. Kiedy tor lotu jest bezpieczny, następuje milionowy exodus nietoperzy. Przez niemal godzinę można obserwować jakby czarną smugę dymu wijącą się z wnętrza jaskini na kształt korkociągu. Najpiękniejszy jest przy tym szum skrzydeł przypominający odgłos lecącego szybowca.

Nietoperze tylko wylatują razem - polują już w małych grupach, a często pojedynczo. Idąc wieczorem przez dżunglę można łatwo dojrzeć jak patrolują dokładnie każdy centymetr kwadratowy swojego "rewiru". Najsprytniejsze wybierają łowiska najbardziej sprawdzone, jak na przykład okolice oświetlone jasną żarówką przed wejściem do hostelu. W naszej obecności cztery nietoperze kołowały wokół ciem zwabionych do sztucznego światła. Z precyzją amerykańskich myśliwców, w krótkich nalotach, wyjadały jedną po drugiej. Precyzja i szybkość są zresztą na wagę złota. W końcu każdy z nich musi znaleźć w ciągu nocy do pięciu gramów pożywienia, co przy dwóch milionach nietoperzy uszczupla dżunglę o tony insektów (w tym - dzięki ci Boże - komarów). Ostatecznie wszystko ląduje w jaskini w postaci "guana" i tak całe koło się zamyka.

ZOBACZ galerię zdjęć z Borneo, Kuala Lumpur i Singapuru!

Robinsonada na wyspie Mamutik

Jeśli Robinson Cruzoe miałby pewność, że wróci z bezludnej wyspy za kilka dni, pewnie podskoczyłby z radości zaraz po przebudzeniu na piasku - to przecież jedyna możliwa reakcja na widok ciepłego, lazurowego morza. A przynajmniej my tak właśnie czuliśmy się lądując na niewielkiej wyspie Mamutik, która na dwa dni stała się scenerią naszej leniwej robinsonady. Oczywiście może trochę przesadzam. Do pełni szczęścia Robinsonowi w długą gwiaździstą noc przydałby się zapewne przyjaciel i może dwie urocze Robinsonki. Przydałby mu się również zestaw do snorkelingu, pozwalający odkryć w pełni bogactwo podwodnego świata. Marzenia. Żyjemy jednak w dwudziestym pierwszym wieku i atrakcje pierwotnego życia przyjemne są w rozsądnych (czyli niewielkich) dawkach. Na przykład rozpalenie na plaży ogniska. Wierzcie mi, że nie jest to takie łatwe, gdy ma się pod ręką jedynie podmokłe drewno prosto z lasu deszczowego.

Na zwierzęta na szczęście nie musieliśmy polować, uzbrojeni w konserwy zakupione wcześniej w supermarkecie. Zresztą w dzisiejszych czasach, za złapanie choćby myszki, Robinson dostałby kilka milionów ringittów grzywny i dwa lata odsiadki w niezbyt przyjemnym malezyjskim więzieniu. Nastawieni więc do natury pokojowo omal sami nie staliśmy się częścią czyjegoś pożywienia. Spokojny sen w namiocie przerwał nam bowiem nad ranem energiczny, zwierzęcy tupot. Wyskoczyliśmy ze śpiworów pchani po równi strachem i zaciekawieniem. Przed obozowiskiem dostrzegliśmy półtorametrowego jaszczura, obserwującego, zapewne z tych samych powodów, nasze niezgrabne ruchy. Na szczęście nie było nam dane sprawdzić, czy jego zęby są dostatecznie naostrzone. Po chwili jaszczur (oficjalna nazwa: "monitor lizard") ruszył w kierunku nadbrzeżnych skał poszukać czegoś smaczniejszego.

ZOBACZ galerię zdjęć z Borneo, Kuala Lumpur i Singapuru!

Nocne safari w Singapurze

Zgodnie z tytułem, nie będzie o przepięknych singapurskich budynkach ani o manii czystości wśród jego mieszkańców, ale o... singapurskim miejskim zoo, uważanym za jedno z najlepszych na świecie. Zoo w Singapurze zamieszkuje w sumie 2530 gatunków (!) zwierząt i oczywiście szaleństwem jest chcieć zobaczyć je wszystkie podczas jednej wizyty. My zamiast włóczyć się w pełnym słońcu parkowymi ścieżkami wybraliśmy atrakcję bardziej zbliżoną do spotkania z naturą - nocne safari. Pod osłoną nocy zwierzęta wydają się mniej ograniczone niewidocznymi zabezpieczeniami, jakby przyłapane "na gorąco" w świetle halogenów. Oczywiście można powiedzieć, że pojedyncze zwierzęta na wybiegach są bladą odbitką prawdziwego życia dżungli. Prawda jest jednak taka, że w dżungli bardzo trudno jest je dojrzeć. Zasłona z konarów, liści i gałęzi jest tak gęsta, że jeśli tylko jakiś wąż wysunie się na wytyczoną ścieżkę, już można nazwać się szczęściarzem. W parku Mulu o piątej rano wybraliśmy się podejrzeć życie ptaków ledwo zauważając jednego pomimo użycia profesjonalnych lornetek (chociaż śpiew ptaków w dżungli to najpiękniejsze pogwizdywanie świata). W singapurskim zoo latające lisy czy lemury (dla niewtajemniczonych - jakby ogromne nietoperze) objadały się owocami, wisząc tuż nad naszymi głowami. Nie mówiąc już o największych nocnych markach - indyjskich nosorożcach, malajskich tygrysach czy lampartach. Wspomnienie pojedynku w cztery oczy z ostatnim z nich przez szklaną szybę pozostanie już ze mną do końca życia.

ZOBACZ galerię zdjęć z Borneo, Kuala Lumpur i Singapuru!

Kuala Lumpur - nowy rok czas zacząć

Tego wieczoru siedzieliśmy wszyscy w parku pod wieżami Petronas. Z sylwestrowych kreacji mieliśmy na sobie znoszone t-shirty i krótkie spodenki. Za noworoczny bufet posłużyła butelka tequili i kilka paczek krakersów. Na dwie godziny przed północą trudno było zresztą rozpoznać, że nadchodzi Nowy Rok. Pobliskie centrum handlowe opuszczali właśnie ostatni zakupowicze, ruch na ulicy odbywał się bez zakłóceń, a w restauracjach siedzieli zwyczajnie ubrani goście. Oprócz sceny z głośnikami, które rozbrzmiewały dobrą muzyką, reszta parku świeciła pustkami. Tłum pojawił się dopiero piętnaście minut przed godziną zero, aby podziwiać imponujący pokaz sztucznych ogni.

W Kuala Lumpur jest co najmniej kilka sylwestrowych pokazów fajerwerków. Każdy stara się przyciągnąć największą widownię coraz lepszym show i co roku bitwę tę niezmiennie wygrywa potentat paliwowy Petronas. Jeśli kiedykolwiek widzieliście w telewizji migawki z Sylwestra w Kuala Lumpur, z pewnością kręcone były pod bliźniaczymi wieżami. I z pewnością zasługują na miano wyjątkowych. Idealnie w rytm muzyki, przez piętnaście minut na niebie pojawiały się co rusz nowe wzory i kolory rozświetlając srebrne Petronas Towers. Oczywiście Kuala Lumpur to nie Rio de Janeiro, ale wystarczyło aby zachwycić przybyszów z Polski. Staliśmy z głowami zadartymi w górę, akcentując każdy wybuch zbiorowym westchnieniem. Wspominając tamtą chwilę jeszcze raz życzymy sobie i wszystkim szczęśliwego Nowego Roku i zrealizowania podróżniczych marzeń.

ZOBACZ galerię zdjęć z Borneo, Kuala Lumpur i Singapuru!