Kambodża. W biednym, pięknym kraju

W tym skorumpowanym i bardzo biednym kraju czai się nowy potwór - głód pieniądza. Zaspokaja go Angkor Wat - duma narodowa Kambodży i mekka turystycznych pielgrzymek z całego świata.
Trzydzieści pięć lat temu reżim Czerwonych Khmerów w Kambodży pokazał do jakich zbrodni prowadzi najdalej posunięta utopia komunistyczna. Koszmar się skończył i wśród ludzi wróciła zwykła radość życia. W tym skorumpowanym i bardzo biednym kraju czai się jednak nowy potwór - głód pieniądza. Zaspokaja go Angkor Wat - duma narodowa Kambodży i mekka turystycznych pielgrzymek z całego świata.

ZOBACZ całą galerię zdjęć z Kambodży!

Phnom Penh - trudna lekcja w "szkole" Czerwonych Khmerów

Vann Nath był na tyle zdolnym malarzem, aby z produkcji portretów króla wieść razem z żoną i dziećmi spokojne życie w miasteczku Battambang. Kiedy w 1975 roku do miasteczka weszli Czerwoni Khmerzy Vann martwił się, czy nie będą go pytać o służbę w rządowej straży, którą każdy musiał wcześniej odbyć. Czerwoni Khmerzy nie chcieli jednak o nic pytać. Po trzech dniach wygonili wszystkich mieszkańców Battambang na okoliczne pola ryżowe, aby tam niewolniczą pracą budowali największą komunistyczną utopię - państwo oparte na rolniczej kooperatywie. Vann zbił barak z desek dla swojej rodziny i oddał się pracy na rzecz kolektywu widząc w posłuszeństwie jedyną nadzieję na przetrwanie. Mimo to jego życie zostało osądzone przez agentów Czerwonych Khmerów i pewnej nocy Vann zniknął bez śladu na dwa lata. Nigdy się nie dowiedział, jaki był powód decyzji Angkaru (partia Czerwonych Khmerów) o jego aresztowaniu. Może jego artystyczne powołanie, może zbyt mądre spojrzenie, a może zawiść sąsiadów z kolektywu. Vann Nath'a przewieziono do tajnego więzienia S-21 w Phnom Penh. Budynek więzienia należał wcześniej do szkoły Tuol Sleng, kilka miesięcy po "wyzwoleniu" Czerwoni Khmerzy powierzyli go bratu o pseudonimie Dutch do przesłuchiwania wrogów Angkaru. Procedura była prosta i krótka. Więźniów przewożono wieczorem ciężarówkami i od razu prowadzono do sal tortur, w których podłączeni do prądu, topieni w beczkach, przypalani ogniem przyznawali się do wszystkiego. Omdlałych z bólu ładowano z powrotem na ciężarówki i wywożono na "pola śmierci" poza miastem. Tam żołnierze, aby nie marnować cennej amunicji, dokańczali dzieła bambusowymi kijami. Nie oszczędzano nikogo - ani bezbronnych starców, ani młodych dziewczyn, ani matek z dziećmi. Dzieci zabijano od razu albo roztrzaskując je o ściany, albo o pnie drzew na "polach śmierci".

Życiowy egzamin z portretu

Talent malarski uratował Vann Nath'a od niechybnej śmierci. Nadzorca więzienia przeczytał jego życiorys i dał jedyną szansę na ocalenie - artysta miał namalować na podstawie fotografii portret Brata Numer 1 - Pol Pota. Vann pracował od rana do nocy słysząc za ścianą jęki torturowanych, które przypominały mu co się stanie jeśli twarz Pol Pota nie będzie dostatecznie jasna i piękna. Vann zdał jednak egzamin i został przeniesiony do działu propagandy, w którym doczekał końca reżimu Czerwonych Khmerów. Przez więzienie S-21 przewinęło się łącznie ponad czternaście tysięcy osób, przetrwało jedynie siedem. Krótko po tych wydarzeniach Vann Nath powrócił do S-21, aby namalować obrazy służące jako świadectwa zbrodni w powstałym na tym miejscu muzeum. Pewnego dnia spotkał jednego ze swoich oprawców udzielającego wywiadu japońskiej telewizji (żyjący przestawiciele reżimu dopiero niedawno stanęli przed sądem, wielu z nich doczekało końca swoich dni żyjąc wygodnie i dostatnio). Vann zapytał, czy jego przesycone okrucieństwem i cierpieniem obrazy są prawdziwe. "Nie, są nawet zbyt łagodne, działy się jeszcze gorsze rzeczy" - odpowiedział mężczyzna i spuścił wzrok.

ZOBACZ całą galerię zdjęć z Kambodży!

Battambang - z wizytą u starszej pani

"Zabierz nas do starych domów" powiedzieliśmy od razu kierowcy tuk-tuka, kiedy przeczytaliśmy o nich w broszurce turystycznej. "Stare domy" to popularna nazwa kilku willi z początku XX wieku, zbudowanych według kolonialnych wzorców. Różnią się one od tradycyjnych khmerskich domów znacznie większym rozmiarem i bogatym drewnianym wykończeniem. Obecnie ich właściciele zarabiają na utrzymanie pokazując turystom zabytkowe wnętrza i oferując równocześnie możliwość noclegu. Tym samym zostaliśmy na kilka nocy u pani Bun Roerung. To wnuczka fundatora domu - adwokata pracującego na początku wieku dla francuskich kolonistów. Pamięta ona czasy, kiedy pod jednym dachem żyła wspólnie dwudziestoosobowa, wielopokoleniowa rodzina. Chce jednak zapomnieć jak po objęciu władzy przez Czerwonych Khmerów w jedną noc zabito wszystkich jej najbliższych: rodziców, braci, siostry, trójkę dzieci i męża. Resztki zimnej krwi zabroniły jej przyznawać się do zawodu nauczyciela i dzięki temu uniknęła niechybnej śmierci. Kiedy reżim się skończył, Pani Bun wróciła do opustoszałego domu, aby jeszcze raz wpuścić do niego życie. Założyła przytułek dla osieroconych dzieci i adoptowała małego chłopca, który obecnie już jako dorosły mężczyzna posiada własne potomstwo. Pani Bun może więc znów spokojnie usiąść na pięknej werandzie i przysłuchiwać się głosom żywych, zamiast umarłych najbliższych.

Jaka szkoda, że choć mieliśmy dużo czasu, nie byliśmy w stanie dłużej porozmawiać z Panią Bun. Bariera językowa okazała się nie do przeskoczenia. Nasza gospodyni zna bowiem język khmerski i francuski, ten ostatni nauczony jeszcze w szkole za czasów kolonialnych. My z kolei do naszej wyprawy poznaliśmy nieco rosyjski, czy nawet troszkę chińskiego, ale o francuskim kompletnie zapomnieliśmy. Próbowaliśmy używać języka migowego, z mizernym jednak skutkiem. Ostatniego dnia pobytu przed odjazdem zdołaliśmy jedynie zamienić parę zdań przez przy pomocy oszczędnego w słowa tłumacza i kierowcy tuk-tuka zarazem. Wielka szkoda!

Bambusowy pociąg w Battambang

Potrzeba jest matką wynalazków, które nie śniły się największym odkrywcom. W czasach kolonialnych Kambodża posiadała rozbudowaną linię kolejową, którą następnie Czerwoni Khmerzy doprowadzili do kompletniej ruiny (jak wszystko w tym kraju). Po okresie ich rządów ostały się jedynie pozarastane trawą zardzewiałe tory, jednak potrzeba przemieszczania się wśród okolicznych mieszkańców wcale nie zanikła. Nie czekając naiwnie na inwestycje w zniszczonym kraju, zwykli ludzie zbudowali swoją własną kolej. Jej tabor stanowiły małe bambusowe drezyny napędzane prostym, spalinowym silnikiem. Obecnie, kiedy ulice Kambodży zapełniły skutery, zapotrzebowanie na transport szynowy spadło na tyle, że tej jedynej na świecie "bambusowej kolei" groził całkowity upadek. Na pomoc przyszli jednak turyści skuszeni zachwytami pierwszych zagranicznych pasażerów. Na początku przejażdżki serce staje w gardle, kiedy ta wątła konstrukcja rozpędza się na powykrzywianych torach do pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Po chwili jednak strach zostaje opanowany i można cieszyć się jazdą "bez trzymanki". Ostrożnie z okrzykami zachwytu - nietrudno przygryźć język, kiedy pojazd uderza w szczeliny pomiędzy dwoma odcinkami niepołączonych ze sobą szyn.

Tory są jedne, a ruch pociągowy odbywa się w obydwie strony. Co zrobić więc kiedy pośrodku drogi spotkają się drezyny jadące w przeciwnych kierunkach? Konstruktorzy z Kambodży opracowali w tym celu bardzo szybką metodę rozkładania drezyn na części łatwo zdejmowalne z torów. W ślad za tym poszedł cały kolejowy savoir-vivre. Ustępuje się bowiem zawsze drezynie z większą ilością pasażerów lub ciężkiego towaru na pokładzie. Samotne drezyny muszą również ustępować tym, poruszającym się w grupie. Pomimo tego, że przewoźnicy liczą sobie stanowczo za dużo za przejazd, doceniamy ich pomysłowość w szukaniu sobie źródła zarobku. Niestety (lub stety) rząd w Phnom Penh planuje przywrócenie prawdziwej linii kolejowej z powrotem do życia. Bambusowe pociągi znikną na zawsze, ale być może mali motorniczy będą mieli okazję znaleźć zatrudnienie przy większych maszynach.

ZOBACZ całą galerię zdjęć z Kambodży!

Kiedy Vishnu kładzie się spać

Na początku był ocean rozległy i głęboki po krańce wszechświata. Po środku oceanu stała góra Meru o sześciu śnieżnych szczytach - dom wszystkich Bogów Hinduizmu. Na górze spał Vishnu nie czując jak z jego pępka wyrasta kwiat lotosu. Z kwiatu powstał Brahma - stworzyciel Nieba, Ziemi i wszystkich żywych stworzeń. Kiedy zbudzony Vishnu spojrzał na świat, postanowił wybrać ludzi na jego opiekunów dając im do tego wiedzę - esencję ludzkiej egzystencji. Lud Khmerów uwierzył w potężnego Vishnu i pod jego opieką urósł do największej potęgi Indochin. Wdzięczny za dar łaski król Suryavarman II wybudował świątynię Angkor Wat otaczając ją fosą "głęboką i rozległą jak ocean" i zdobiąc kamiennymi wieżami - szczytami góry Meru. Koleje losu są jednak nieubłagane i kiedy Vishnu kładzie się spać przychodzi Shiva, aby wszystko zniszczyć. Khmerzy wielokrotnie napadani przez Siamów (ludy obecnej Tajlandii) zmuszeni zostali w końcu do opuszczenia Angkoru. Powoli w trakcie stuleci królewskie miasto zarosła dżungla rozrywając korzeniami potężnych jedwabno-bawełnianych drzew kamienne ściany i sklepienia świątyń. Dzieła Shivy dokończyli ludzie - najpierw Czerwoni Khmerzy zniszczyli wszystkie posągi Buddy, nieliczne pozostałe rzeźby rozkradli złodzieje wynajęci przez zachodnich kolekcjonerów. W Hinduizmie jednak dzieło zniszczenia w swym pięknie równa się stworzeniu i królewskie miasto Angkoru w stanie ruiny porośniętej lasem nigdy nie przestanie zachwycać.

Gra w "Państwa, miasta" w Angkor Wat

Wracając z powrotem na Ziemię można zobaczyć Angkor w nieco innym świetle. Polowanie na "chodzące bankomaty" - tak bowiem turystów widzą tubylcy - rozpoczyna się już o świcie. W tym czasie całe rodziny z okolicznych wiosek są rozwożone do poszczególnych świątyń, żeby w mniej lub bardziej natrętny sposób wydobyć najcenniejszy surowiec - dolary. Co najgorsze większość ich dochodu ląduje w kieszeni bogatych mafiozów, a biedne dzieciaki dostają w zamian przysłowiową miskę ryżu. Niektóre metody nadają się do podręczników marketingu. Na przykład kiedy mały pięcioletni szkrab zaczepia nas pytaniem: "Skąd jesteście?" (wszystkie dzieciaki posługują się angielskim), odpowiadamy grzecznie: "Z Polski". Maluch ma już przygotowaną następą kwestię: "Jeśli zgadnę stolice waszego kraju, kupicie ode mnie pocztówki?", "Spróbuj" - odpowiadamy, wątpiąc w geograficzną wiedzę chłopca. "Warszawa" - słyszymy po chwili i tym samym dolar ląduje w kieszeni sprytnego biznesmena. Inne dzieci nie są tak mądre, żeby uczyć się wszystkich stolic świata na pamięć. Uczepiają się więc nogi i błagają o zakup czegokolwiek. Zwykła odmowa nie przynosi skutku. Dziecko zagradza nam drogę pytając szczerze: "Dlaczego wy macie tyle dolarów, a ja nie mam żadnego?" Odpowiadam sobie w duchu: "Gdybym wiedział dlaczego, oddałbym ci cały portfel. Ale nie wiem i nie czuję się winny!" Omijam więc chłopca bez słowa i odchodzę nie słuchając dalszych nawoływań.

ZOBACZ całą galerię zdjęć z Kambodży!

O autorach

Joanna i Grzegorz Zalescy 14 czerwca wyruszyli w roczną podróż dookoła świata. Na trasie ich podróży znajdą się: Łotwa; Rosja, Uzbekistan, Kirgistan, Kazachstan, Mongolia, Chiny (z Tybetem), Wietnam, Kambodża, Indie, Tajlandia, Birma, Malezja (z częścią na Borneo), Indonezja, Australia (tylko Sydney), Peru, Boliwia, Chile, Argentyna, Urugwaj, Brazylia.

Turystyka.gazeta.pl objęła patronat nad tą podróżą.